Jakie prezenty zapakować do kalendarza adwentowego?

O radości robienia prezentów i o tym, jak cenię tą sztukę, pisałam Wam jakiś czas temu TU. Pokazałam Wam też pierwsze mikołajkowe drobiazgi w tym roku. Dziś pokażę Wam odrobinkę tego, co ukryło się w naszym tegorocznym kalendarzu adwentowym.

Pisaliście do mnie z prośbą, abym Wam powiedziała co włożyłam do malutkich szufladek naszego Bożonarodzeniowego Domku. Cóż, dużo się tam nie zmieści. Albo mała czekoladka, albo mała karteczka. Ja postawiłam w tym roku na karteczki. Na każdej małej karteczce napisałam nazwę miejsca, w którym skrywa się prezent na dany dzień. Michałek ma prawie 4 latka i z zapałem poznaje literki. Zna już A jak autobus, B, co ma dwa brzuszki, I, co zgubiło kropeczkę w wierszu, U jak ul… merdają mu się niektóre literki bardzo, ale widzę jak bardzo chce je rozpoznawać. Dlatego uznałam, że kalendarz będzie do tego dobrym narzędziem. Otwieramy razem szufladkę i rozszyfrowujemy co tam jest napisane. A potem Michał biegnie do tego miejsca i znajduje jakiś gift.

A jakie to dokładnie prezenty? Bardzo nieduże – małe książeczki, lizak, żelki, soczek, farbki i pędzelki, gumka do mazania  o fajnym kształcie, tatuaże, naklejki. Same skarby :) Większość z tych rzeczy miałam w swoim magicznym pudle od dłuższego czasu. Ci, co mnie znają, wiedzą, że jeśli chodzi o prezenty, to ze mnie straszna wariatka. Potrafię kupić prezenty „na zaś”, i to na takie zdrowe zaś, bo czasem nawet rok wcześniej. Na przykład znajduję coś na wyprzedaży świątecznej, co będzie fajnym prezentem na przyszłe Święta ;) W przypadku Kalendarza moich Maluchów, wykorzystałam książeczki, które miałam – uwaga! – od ponad dwóch lat w domu. Kupiłam je na kiermaszu taniej książki nad morzem i trzymałam na jakąś okazję. I teraz właśnie trafiła się okazja na wyciągnięcie zbunkrowanych skarbów.

Oprócz namacalnych prezentów są też prezenty wyjątkowe takie jak wspólny wypad na lodowisko, pierwsza wizyta w kinie czy wspólne rozwiązywanie świątecznych zadań, lub kolorowanie świątecznych kolorowanek. Gdy mijają święta, chowam wszystkie książeczki z nimi związane i wyciągam je dopiero znowu w sezonie. To właśnie wtedy jest czas na zeszłoroczne zimowe zabawy i czytanki.

A jak zapakowałam prezenty do kalendarza? W tym roku musiałam nieco przyciąć budżet i nie obkupiłam się w różne papiery i wstążki. Kupiłam komplet papierów w IKEA, jeden papier w choinki, i czerwono-biały sznurek, który wydaje mi się bardzo mikołajowy. Wykorzystałam też papierowe serwetki, a właściwie ich element z papierową koronką. W ten sposób stworzyłam ciekawe  opakowania – delikatne i kolorowe, nie trącące tandetą. No i w moich ulubionych pastelach <3

Pomiksowałam też trochę papiery. Z papieru w choinki wycięłam choinki, i przykleiłam je na opakowanie z innego papieru. Takie doklejanie różnych elementów (gwiazdki, choinki serduszka) bardzo urozmaica sam prezent, który pięknie wyglądając staje się jeszcze cudowniejszym podarunkiem.

Nie zostaje nam nic innego jak tylko odliczanie dni, otwieranie szufladek i rozgryzanie zagadki kaligraficznej :)

 Miłego dnia kochani!

Bożonarodzeniowy Domek czyli bardzo bajkowy Kalendarz Adwentowy!

I rozpoczęliśmy grudzień. Uwielbiam go! Śmiało mogę powiedzieć, że to mój miesiąc – nasze urodziny – i męża i moje, nasza rocznica ślubu, Mikołajki no i najważniejsze – Boże Narodzenie. Mój starszy Synek już od dawna pyta kiedy te Święta, kiedy Mikołaj, kiedy do nas przyjdzie, no kiedy, kiedy… Maluchowi nic nie mówi „za miesiąc”, albo „za dwa tygodnie”. Ale przemawia do niego kalendarza adwentowy – otwieranie paczuszek, zjadanie słodkości, albo otwieranie okienek. Każdego dnia jakaś niespodzianka, każdego dnia coś miłego, każdego dnia bliżej Gwiazdki. Dziecięcia radość jest niesamowita. Dlatego wiadome było, że zrobię kalendarz adwentowy, tylko do końca nie wiedziałam jaki. W zeszłym roku postawiłam na małe, dyndające paczuszki owinięte srebrno-białym papierem w śnieżynki, ale w tym roku miałam ochotę na coś bardziej bajkowego, kolorowego, coś, co pozostawi niezapomniane wrażenie i będzie cudownym wspomnieniem świątecznym. I tak wpadł mi w oko kalendarz adwentowy na blogu Ushiilandia. Tak bardzo mi się spodobał, że postanowiłam wykorzystać ten pomysł i stworzyć podobny własny.

Dzięki mojemu mężowi, przysłowiowej Złotej Rączce, marzenia o pięknym Bożonarodzeniowym bajkowym domku zrealizowały się. Ze sklejki mąż wyciął kształty, klejem na gorąco zlepiliśmy cały domek, pomalowaliśmy, a ja go ozdobiłam. Wyszedł cudny, i jestem nim szczerze zachwycona. Wiem, że to będzie nasz kalendarz na lata, cudowna ozdoba, która będzie miała swoje honorowe miejsce w domu każdego grudnia, a moje dzieci będą ją wspominać już zawsze :)

W przyszłym roku, odpowiednio wcześnie, na pewno wrzucę Wam tutorial jak zrobić takie cudo. W tym roku udał się nam na ostatnią chwilę, więc nie zdążyłam Was zainspirować. Mam jednak nadzieję, że wpadł Wam w oko, i w przyszłym roku ktoś z Was spróbuje takowy zrobić. Koszt tego cuda nie jest duży. Za same sklejki zapłaciłam w markecie budowlanym 30 zł, do tego farba 17 zł, ozdoby powyciągałam przeróżne, jakie miałam. Stworzyłam też najmniejszy wianuszek w życiu ;)

Szufladki są malutkie, zawierają albo coś słodkiego, albo informację, gdzie prezent można znaleźć. Pochowałam je w różnych częściach naszego domu ;)

Kalendarz docelowo stanął na maszynie do szycia, w towarzystwie cyprysa i malutkiej latarenki tworzy już prawdziwie świąteczny klimat.

Podoba się Wam?

A Wy? Też już zaczarowaliście codzienność swoimi kalendarzami? Ściskam prawie świątecznie!

Kasia.

Na poddaszu czyli w domu pod gwiazdami ***

Całe życie marzyłam o pokoiku na poddaszu. Marzyłam o tym, by niczym Anna Shirley, mieć swoje romantyczne miejsce, w którym bym zasypiała marząc i gapiąc się w gwiazdy. Marzyłam o lekko skośnych ścianach, łóżku z metalowym, zdobionym zagłówkiem, cudnej nocnej lampce, małym własnym sekretarzyku i stosie książek, które przeniosą mnie w baśniowe krainy. Dziś wiem jak mieszka się na poddaszu o wielu skosach – zimą bywa naprawdę zimno, a latem naprawdę gorąco. Nie mogę wstawić łóżka z zagłówkiem, bo gdybym chciała je przestawić, pod skosem mogłoby być ciężko. Półki na książki wiszą w różnych miejscach, czasem bardzo nisko, bo skosy ograniczają to i owo. Czasem się wkurzam na to poddasze, ale i tak je kocham i nie żałuję naszej decyzji o jego zakupie. Ma klimat, ma czar, ma swoisty urok. Jest romantycznie, nawet bez tego zagłówka przy łóżku. W ciągu dnia, gdy rzucę okiem przez okna widzę ptaki na dachach domów, kominy, z których leci dym, widzę  jak wiatr goni obłoki o różnych kształtach i kolorach. A wieczorem zasypiam patrząc w dachowe okna i obserwując gwiazdy.Takie są czary poddasza :) Lubię to mieszkanie pod gwiazdami.

W pokoju maluchów łóżka nie mają szansy stanąć pod oknem, więc stworzyłam im sama niebo pokryte gwiazdami. Tak, by mogli na nie patrzeć, liczyć, marzyć i cieszyć się tym, że niebo jest na wyciągnięcie ręki.  W sklepie Zuzu Design zamówiłam leciutkie gwiazdeczki, ręcznie malowane, które można przykleić do ściany – w naszym przypadku przyozdobiły skośny sufit tworząc swoistą konstelację – jak stwierdził mój Synek – tworzą konika morskiego (efekt totalnie niezamierzony) :)

Gwiazdki wybrałam w kolorze białym i miętowym. Od czasu, gdy byłam w ciąży z Mateuszkiem i zamówiłam u przyjaciółki pościel szaro-biało-miętową, to zestawienie kolorystyczne za mną chodzi i nawołuje. Myślę, że te gwiazdki pięknie ożywiły szarość tego małego pokoju. Oprócz gwiazdek nad łóżeczkiem Michałka zawiesiłam własnoręcznie zrobiony plakat – modlitwę do Anioła Stróża wydrukowanej na miętowym papierze, w ramce przyozdobionej anielskimi skrzydełkami. Myślę, że ściana nad dziecięcym łóżeczkiem to idealne miejsce na tego rodzaju ozdobę (oczywiście, jeśli jesteście wierzący).

Zuzu Design oprócz gwiazdek oferuje wiele innych ciekawych dekorów ściennych. Moją uwagę przykuła sowa, która byłaby niezłą koleżanką dla białej lampkowej sowy, którą już mamy w pokoju na komodzie. Ostatecznie zdecydowałam się jednak na gwiazdki. Wydają mi się tak wdzięczne, że nie mogłam się im oprzeć. A poza tym… w końcu mieszkamy pod samymi gwiazdami :)

dekor ścienny gwiazdki 14 szt. - Zuzu Design

kule cotton ball lights na baterie - Cottonovelove

lampka sowa – Pepco

Ceramika, francuski szyk i pomysły na tanie prezenty!

Lubię otaczać się ładnymi przedmiotami. Tu świecznik, tu filiżanka, tu dzbanuszek, mały ceramiczny ptaszek, szklany klosik… Jasne, że coraz ciężej to wszystko zmieścić, szafy nie są gumowe, kuchnia pod skosem bardziej przypomina komórkę pod schodami, szafek jest mało. A ja i tak kupuję, zbieram, kuszę się na to, na tamto… I wiecie co? Uwielbiam to :)  Cieszę się zawsze, gdy coś nowego zdobi moje wnętrze, mój stół. Dziś powiem Wam skąd ta ceramika u mnie, jak ją dobieram, za co cenię. Pokażę Wam skarby mojej starej serwantki.

Moja zastawa składa się głównie z białych naczyń Fine Porcelain Kristoff kolekcji Fryderyka biała. Kupowałam ją na nowe mieszkanie parę lat temu – w czasach kiedy wszyscy decydowali się na prosty dizajn ikeowskich naczyń, ja uparłam się na biel z koronkowymi, delikatnymi, romantycznymi wzorami. Od zawsze podobała mi się klasyka w szlachetnym wydaniu. Dlatego zamiast IKEA, w domu zamieszkała ceramika Wawel. Garnitur do kawy, misy, waza, cukiernica, sosjerka, talerze głębokie, obiadowe, śniadaniowe i deserowe. Wszystko w bieli, co wcale nie jest mdłe i daje dużo możliwości. Wystarczy mały dodatek i zyskujemy nakrycie z charakterem.

Poza tym białe naczynia z łatwością można połączyć z innymi. Z czasem IKEA zaczęła produkować talerze ARV – kremowe, szare i bladoróżowe. I na nie się skusiłam. Pierwsze talerze kupiłam we wrześniu w zeszłym roku i zgrabnie zestawiłam je ze swoimi białymi naczyniami :) Ładnie to wygląda, nakrycia są o wiele ciekawsze, kiedy się je komponuje na różne sposoby, ale mam trochę zastrzeżeń co do ceramiki serii ARV. Talerze i miseczki łatwo się obijają i odpryskują. Nie wiem, może to ja jestem jakaś wyjątkowo nieostrożna, ale gdy porównuję ARV i Fryderykę, różnica w trwałości jest ogromna.

Czasem zastępy moich filiżanek, kubków, mis i talerzy zasilają ciekawe pojedyncze sztuki. Są to prezenty, albo pamiątki z wyjazdów.

I takie ostatnio trafiły mi się w sklepie Moja Mała Francja. Zakochałam się tam w połowie asortymentu! Szczególnie w ceramice Provence i słojach z ceramicznymi pokrywkami. Stamtąd też mam piękny dzban na wodę z kolekcji M. Moja mama na tego typu dzbanki mówi „magdalenki”. Moja magdalenka już przygotowuje się do zimowego czasu :)

No i miseczki serii Provence- urzekły mnie swoim delikatnym dekorem. Idealnie zgrały się z białą Fryderyką.

Seria Provence ma wiele pięknych elementów. Wciąż marzę o kieliszkach na jajka cereamicznymi klosikami. Jak cudnie wyglądałyby przy porannym stole! Albo ozdobne mleczniki. Wprawdzie mam kilka, ale o prostym wyglądzie, bez zdobień. Też ładnie uzupełniają stół :)

W ceramice uwielbiam też motywy zwierzęce – ptaszki, kurki, sówki, a co za tym idzie wszelkiej maści klatki i klateczki, w których można zaświecić świeczkę i cieszyć się wyjątkowym światłem. Moja większa klatka również pochodzi ze sklepu Moja Mała Francja, mniejsza z Empiku (zeszłoroczna kolekcja wiosenna). Małe zwierzątka to najczęściej pieprzniczki i solniczki, choć kogucik ma u mnie miejsce również na szczycie  kieliszków na jajka i kuchennego słoja. Uwielbiam wszelkie słoiki z ceramicznymi pokrywkami. Owsianka przechowywana w takim cudnym pojemniku, smakuje o poranku o wiele lepiej :)

Czasami piękne przedmioty można kupić za niewielkie pieniądze. Ostatnio kupiłam śliczną białą filiżanką (no name) w Carrefour. Za 4,99  (sic!) Wyobraźcie sobie filiżankę przewiązaną piękną kokardą z papierową gwiazdeczką i z życzeniami. Czy to nie cudny Mikołajkowy prezent? I jaki taniutki!

Jeśli wciąż szukacie pięknych i eleganckich prezentów, które nie będą kosztować milion monet, to zapraszam Was do sklepu Moja Mała Francja. Do końca listopada macie zniżkę w wysokości 10% na wszystkie produkty – od pieprzniczki i solniczki (każda za 9 zł) po piękne meble. Hasło promocji to mamawszpilkach.pl

Moim faworytem są też poduszki i poszewki na poduszki. Pełnia francuskiego szyku :)

A poniżej moje pomysły, rzeczy, które bardzo mi się podobają. Cena też jest zachęcająca :) Może się skusicie? Mikołajki już wkrótce :)

Jak pobielić stare meble? I czy w ogóle bielić?

Biel ma w sobie urok. Jest uosobieniem czystości, daje wrażenie przestrzeni, rozjaśnia pomieszczenia. Ostatnio jest naprawdę wyjątkowo modna. Pięknie komponuje się z szarościami, daje wspaniałe tło dla eksponowania innych barw – w połączeniu z bielą, beże, granaty, limonki, błękity, pastelowe róże, mięty lub turkusy dają naprawdę zgrabne zestawienia. Dlatego też tak ulegamy modzie na biel, nie ze względu na modę samą w sobie, ale właśnie dlatego, że biel okazuje się być tak praktyczna. Kupujemy białe dodatki, przemalowujemy to, co można przemalować. Na kilku blogach widziałam kuchnie, którym kreatywne babeczki nadały nowe, białe życie, albo nowe meble, które pojawiają się w starych wnętrzach i od razu nadają zupełnie nowy wyraz. Ja też uległam bieli, choć nie do końca. I muszę przyznać, że przez jakiś czas nie byłam jej fanką – prawdopodobnie dlatego, że jako nastolatka miałam biały pokój i lubowałam się tylko w bieli – białe meble (właśnie przemalowane!), białe ściany, białe zasłony… ta biel mi się po prostu znudziła. Potem zakochałam się w starociach, antykach, przedmiotach z duszą. Brązy, przedwojenne eklektyki, mosiężne lampy… to było to! Tak się nimi otoczyłam, że z czasem mnie przygniotły. W mieszkaniu średniej wielkości wszechobecne ciemne kolory z czasem zaczynają przygnębiać. Ciemna podłoga nie daje wrażenia czystości, o nie. Ciemne meble zaczynają straszyć w każdym rogu, kurz niemiłosiernie odznacza się na powierzchni stołu…. Ale nie dałam się. Przed narodzinami mojego drugiego Maleństwa przeprowadziliśmy w naszym mieszkanku mały remont – wymieniliśmy podłogę w salonie, a ciemny stół i przedwojenne krzesła zmieniły kolor właśnie na biały. Do dziś uważam, że była to jedna z najlepszych decyzji jakie podjęłam. Kąt jadalniany dzięki bieli nabrał współczesnej lekkości i świeżości, a dzięki swojemu staremu dizajnowi ma niepowtarzalny charakter. Milion razy pytaliście mnie gdzie można kupić krzesła, które mamy,  a ja niestety Wam nie pomogę, bo one się nam „przytrafiły” i nigdy więcej na takie nigdzie nie natrafiłam. To jest fajne w starych meblach – że są jedyne w swoim rodzaju. To kawał historii, który masz w swoim domu.

Zawsze byłam i będę zdania, że stare meble należy otaczać wyjątkowym szacunkiem – widziały więcej niż my, były świadkami scen, które pewnie nie przyjdą nam nawet do głowy – romansów, kłótni, rozpaczy, czułości. Stały w domach, w których rodziły się dzieci, umierali dziadkowie, świętowano Wigilie, śpiewano kolędy, dzielono się Wielkanocnym jajem. Dziś stoją też u mnie – serwantka, eklektyczna szafa i stara maszyna do szycia na żeliwnych nogach, krzesła, stół, komoda. Szafy są pełne wspomnień – to pamiątki z rodzinnego domu mojego męża, podarunki od Dziadka, który odszedł zaledwie rok temu. Cieszę się, że zamieszkały z nami, że służą nam i będą służyć jeszcze naszym dzieciom. Z pokolenia na pokolenie, piękna to tradycja. Ale o czym ja tu pisałam….ach tak! o bieli przecież, o bieleniu, nadawaniu lekkości, świeżości, czystości. Bo historia historią, antyki antykami, ale jasnej przestrzeni nie osiągniemy otaczając się brązami.

Zaprosiłam więc dwóch renowatorów, z których każdy na moje pytanie o cenę bielenia mebla, najpierw zbladł, i zanim odpowiedział na moje pytanie, zapytał z niedowierzaniem „Ale dlaczego Pani chce to zrobić???” Wielu ludzi wciąż bielenie antyków uważa za bezczeszczenie mebla, za zbrodnię niewyobrażalną. „To piękny mebel, niech Pani tego nie robi” No jak tak powiedział jeden spec, potem drugi, to się zaczęłam zastanawiać – może rzeczywiście nie bielić, może zostawić tak jak jest. Jasna ikeowa kanapa, jasne ściany, jasne ikeowe dodatki i te wisienki na torcie: antyki takie jak stworzył je sam stwórca – brązowe. Ten eklektyzm ma swój urok, i może tu bym skończyła swój wywód, gdyby nie sukces stołu i krzeseł. Gdy patrzę na ten komplet, znów ogarnia mnie chęć chwycenia samej za pędzel i potraktowania staroci farbą. Tym bardziej, że pan renowator za jedną szafę chce od 1000 do 1500 zł.

A skoro samej pomalować farbą, to jaką? Zewsząd słyszałam same pochlebne opinie o farbach kredowych Annie Sloan. Że takie wydajne, że nie trzeba szlifować wcześniej powierzchni, że takie piękne odcienie… Dopóki nie zajrzałam na jakiegoś bloga (niestety nie pamiętam nazwy), gdzie Pani opisała swoją przygodę z tymi farbami. Malowała meble kuchenne na szaro i pisała o tym jak ciężko się nakładają, jak to się wałkują przy malowaniu, jak kiepsko zmyć z pomalowanej powierzchni późniejsze zabrudzenia. Poniżej tego wpisu było mnóstwo komentarzy typu „no ja właśnie też miałem z tą farbą takie doświadczenia”. Po przeczytaniu wielu komentarzy, zrezygnowałam z zakupu farby A.S. Nie skorzystam też na pewno z akrylu, który jest bardzo nietrwały i przy najmniejszych mechanicznych uszkodzeniach, a nawet przy codziennym użytkowaniu odpryskuje. Miłośnikom shabby chic to może nawet odpowiada, ale mnie nie do końca. Skłaniam się ku farbom Autentico, o których pisała kiedyś Ali z bloga Kolorowe Marzenia Ali. Myślę, że podobnie jak Ali, potraktowałabym je preparatem Sealer od żółknięcia farby, a na końcu pociągnęłabym białym woskiem.

Tylko wiecie, wciąż się waham, czy malować, czy nie szkoda, czy będzie to wyglądało dobrze? Pewnie uzyskam ten piorunujący efekt bieli, czystości i większej przestrzeni, jednak gdy ktoś mówi o moich meblach „te perełki”, to jakoś tak się zastanawiam czy perełki się aby traktuje farbą… Może Wy coś doradzicie? Może przemalowalibyście tylko jeden mebel? A może wszystkie? A może właśnie żadnego…?

„Prezentownia” i jesienny sernik dyniowy z ciasteczkami owsianymi i polewą chałwową!

Lubicie dostawać prezenty? Ja uwielbiam. Uwielbiam zaglądać do kolorowych torebek, targać wstążki, odpakowywać, słuchać jak szeleści papier… Pod tym względem dużo mam w sobie z dziecka. Uwielbiam też tą świadomość, że ktoś pamięta o mnie, albo o moich dzieciach. O tym, że mam 30-ste urodziny, że mój Synek skończył roczek, że mamy jakieś ważne i piękne wydarzenie w rodzinie. Cieszy mnie wtedy niesamowicie, że jest ktoś miły, kto czasem małym gestem chce upiększyć TEN dzień. To też działa w drugą stronę – uwielbiam robić prezenty. Szczególnie kobietom i dzieciom – mamie, koleżankom, bliskim przyjaciółkom, maluchom moim i maluchom znajomych. Lubię sprawiać komuś przyjemność i zawsze dość mocno się staram. Czasem kupuję tylko drobiazgi, ale czasem obmyślam coś wyjątkowego tak, by TA osoba mogła zawsze mile wspomnieć i prezent, i mnie, i chwilę, w której go otrzymała. Mój mąż zawsze mnie strofuje, że wybieram innym prezenty, które sama chciałabym dostać, ale ja nie do końca się z tym zgodzę. Owszem, zdarza się, że kupuję coś komuś i sobie, ale zawsze słucham ludzi uważnie, obserwuję. Zapamiętuję co się im podoba w sklepach, wypytuję o marzenia, zachcianki, upodobania. I nie robię tego na dwie minuty przed czasem. Zdarza się, że po roku, po dwóch kupuję komuś coś, o czym mi wspominał dość dawno. 30ste urodziny są jedną z okazji, kiedy wypada się postarać. Organizowałam już z tej okazji przyjęcie niespodziankę, zamawiałam obraz na płótnie, szukałam odpowiedniej biżuterii w sklepach jubilerskich – wszystko po to, by zrobić komuś przyjemność. I samym prezentem i opakowaniem również – ładnym papierem, kokardką, serduszkiem, kwiatuszkiem – nawet jeśli prezent był dla Roczniaka. To czy pamiętamy i jak pamiętamy świadczy o nas, o tym jak kogoś cenimy, jak nam zależy. Robienie prezentów jest nie lada sztuką. Ostatnio znów miałam okazję się wykazać, bo urodziny przyjaciółki to nie przelewki. Tak, moja droga, jesteś moją przyjaciółką, i chociaż jesteś daleko, cieszę się, że jesteś :*

Na urodzinowe spotkanie wybrałam się z czymś, o czym rozmawiałyśmy jakiś czas temu, i do czego jubilatka od czasu do czasu wzdychała – z książką kucharską Zosi Cudny z bloga Makecookigeasier. Moc cudownych przepisów na cztery pory roku, magia w zdjęciach, sztuka gotowania udostępniona śmiertelnikom. Lubię takie piękne książki kucharskie i sama chętnie bym taką umieściła na swojej kuchennej półce. A żeby przyjaciółce zrobić jeszcze większą przyjemność, upiekłam dla niej ciasto – pyszny jesienny sernik dyniowy. Bo ploty przy serniku są najlepsze :)

Właściwie w ciągu weekendu piekłam ten sernik dwa razy. Jeden na sąsiedzką nasiadówę i jeden na wspomniane urodziny. Miałam z czego go piec, bo zostałam obdarowana wielgachną dynią, która przez pewien czas była dość bliską koleżanką mojego młodszego Synka – zanim ją pokroiłam, upiekłam i zblendowałam.

Przepis na sernik jest modyfikacją przepisu z Moje wypieki. Zamiast ciasteczek imbirowych użyłam ciasteczek owsianych, bo mój mąż za imbirem nie przepada, delikatnie mówiąc. Dodatkowo pominęłam mascarpone w przepisie i bitą śmietanę na wierzchu ciasta. Cały sernik polałam polewą chałwową, która świetnie dosłodziła ciasto o dyniowym i korzennym aromacie.

Składniki na spód:

  • 280 g ciasteczek owsianych
  • 100 g masła, rozpuszczonego
  • 1 łyżeczka przyprawy korzennej do piernika
Ciasteczka miażdżymy bądź mielimy (ja rozgniotłam swoje wałkiem), dodajemy przyprawę i rozpuszczone masło. Gdy ciastka mają konsystencję mokrego piasku wykładamy dno i boki blaszki (boki do połowy wysokości,blaszka  o średnicy 23 cm). Blaszkę wcześniej wyścielamy papierem do pieczenia. Odkładamy do lodówki do schłodzenia.
 Składniki na masę serową:
  • 1 kg twarogu do sernika w wiaderku
  • 3 jajka
  • 3 żółtka
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 180 g drobnego cukru do wypieków
  • 425 g puree z dyni*
  • 2 łyżeczki przyprawy korzennej do piernika
Wszystkie składniki o temperaturze pokojowej miksujemy za pomocą miksera – tylko do połączenia składników, by nie napowietrzyć zbyt mocno sernika.
Blaszkę wyciągamy z lodówki, owijamy szczelnie dwukrotnie folią aluminiową. Wylewamy masę na ciasteczkowy spód.
Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Blaszkę umieszczamy w większej blaszce wypełnionej wodą (ja wypełniam od razu wrzącą), wkładamy do piekarnika od razu zmniejszając temperaturę do 150 stopni (bez termoobiegu). Pieczemy ok 1,5 godziny.
Sernik studzimy i polewamy polewą.
Przepis na polewę pochodzi również z Moich Wypieków.
Składniki:
  • 150 g chałwy sezamowej kakaowej
  • pół szklanki śmietany kremówki 36% (125 ml)
Chałwę kruszymy i na małym ogniu rozpuszczamy w śmietance (mieszamy, by nie przypalić polewy). Ściągamy z ognia, lekko studzimy, polewamy sernik.
Gotowy sernik wstawiamy do lodówki, by się mocno schłodził.
Dyniowy aromat, piernikowa przyprawa, delikatny ciasteczkowy spód i ta niebiańska chałwa… tak smakuje jesień!

Roczek! Czyli mój przepis na pierwsze urodzinowe przyjęcie Maluszka!

I minął. Rok odkąd po raz drugi zostałam mamą. Rok odkąd nasz drugi Synek pojawił się na świecie. Rok, odkąd moje marzenie o drugim dziecku się spełniło w każdym calu. Przyszło na świat to nasze marzenie zdrowe i piękne i daje nam każdego dnia niewyobrażalną dawkę szczęścia. Chodzi, trupta – zawsze gdy wracam do domu z zakupów czy z zajęć przybiega wspina się na ręce koślawo, a gdy już go mam blisko siebie, przytula się. Uwielbiam to wtulanie się we mnie, te śmiechy, gdy łaskoczę go po brzuszku, te stópki, które tak śmiesznie się zawijają, gdy je pogilgoczę. Uwielbiam go całego, od czubka głowy po paluszki u nóżek. Kocham tak mocno, jakbym w jakiś dziwny i irracjonalny sposób odkrywała macierzyństwo na nowo. A gdy minął rok tego błogiego niewytłumaczalnego stanu miłości absolutnej, trzeba było to uczcić :) Chciałam, żeby pierwsze urodziny mojego Synka były naprawdę wyjątkowe – pastelowe, słodkie i cudne jak na niemowlaczka (jeszcze!) przystało. Chciałam, by to przyjęcie zapadło nam w pamięci jako uroczy kinderbal dla najsłodszego Krasnoludka na świecie. Zresztą każda mama, która już obchodziła Roczek swojej pociechy, wie jak ważne jest to święto dla Malucha i jego rodziców, jak bardzo chcemy, by tego dnia było wyjątkowo i cudnie. Zatem podzielę się z Wami moim pomysłem na Roczek – gotowi?

Postawiłam w tym roku na typowo chłopięce barwy – poczynając od zieleni, przez miętę, błękit aż po turkus. Salon ozdobiłam girlandami – proporczyki wycięłam sama z papieru do pakowania prezentów i przyczepiłam szpilkami do satynowej blado miętowej  wstążki. Z sześcioramiennego żyrandola zwisały dwa papierowe lampiony w kolorach nawiązujących do proporczyków. Na oknie powiesiłam też dwa ogromne kotyliony  zrobione z bibuły.

Wyjątkową ozdobą była girlanda ukazująca jak szybko minął ten czas od narodzin naszego Maluszka – Mateuszkowy Roczek został zobrazowany za pomocą zdjęć zawieszonych kolorowymi spinaczami na tasiemce zaczepionej o zegar. To była naprawdę cudowna dekoracja, która mnie niezwykle chwytała za serce. Zresztą nie tylko mnie :)

Stół został utrzymany w pastelowej błękitno-miętowo-białej tonacji. Na moim ponad 3,5 metrowym stole rozłożyłam cztery miętowe bieżniki, które sprawiły, że stół wyglądał bardzo lekko. Zastawa – oczywiście biała. Talerze deserowe, głębokie i obiadowe poszły w ruch :) A na samym środku tort od Bajkowe torty.

Ktoś może mi zarzucić, że to tort pokryty megasłodką mdlącą masą cukrową, ale ja jestem bardzo zadowolona ze swojego wyboru :) Nie piekłam go sama, bo miałam jakąś czarną wizję, że nie wyjdzie mi supersmaczne cudo na 20 osób. Eliza, która tworzy torty robi to z taką pasją i jest taką czarodziejką, że bez wahania poprosiłam ją o Mateuszkowy tort. Błękitny cud był na białym biszkopcie przekładany bitą śmietaną z owocami. W środku niezwykle lekki i pyszny. Naprawdę niezwykły, jeden z lepszych jakie kiedykolwiek jadłam.

Oprócz torta, przygotowałam dla gości kilka innych słodkości, które tym razem wyszły spod mojej ręki, a nawet spod Michasiowej, bo ciasteczka robiliśmy wspólnie. Nie jestem boginią kulinarną – lubię przygotowywać desery, eksperymentować, ale bardzo cenię i korzystam z przepisów kobiet, które boginiami kulinarnymi są. Na przyjęcie urodzinowe proponuję Wam kilka ciast, które naprawdę lubię, i które znalazły się na naszym stole zeszłej soboty:

Kruche ciasto z kremem z mascarpone i frużeliny wiśniowej, pokryte wiśniami i pokruszonymi bezami.

Babeczki motylki

Ciasteczka maślane z pastelowymi lukrami (u mnie w kształtach różnych zwierzątek, gwiazdek oraz kwiatków)

oraz Sernik Oreo i Tort śmietnakowo-jeżynowy, których niestety nie zdążyłam sfotografować.

Do popicia oczywiście soki – kto widział kinderbal bez soczków? Podane w uroczych szklanych  buteleczkach ozdobionych kolorową taśmą z nadrukiem owoców. Buteleczek trochę mi się nabierało przez ten Mateuszkowy rok ;) Wystarczyło je ładnie ozdobić, wyeksponować na tacy, dodać papierowe słomki i cieszyć się smakiem soków :) Cudnie wygląda taka buteleczkowa armia, prawda? :)

Każde dziecko, które zjawiło się u nas na przyjęciu dostało również mały upominek. Z papieru do prezentów i z tej samej taśmy, którą widać na buteleczkach, zrobiłam zamykane torebki prezentowe, a w nich drobiazg, który wywołał uśmiech na buzi Malucha.

No i oczywiście, na sam koniec – otwieranie prezentów :) Dziękuję za wszystkie życzenia, dobre myśli i słowa. To był wyjątkowy dzień i ogromnie się cieszę, że o nas pamiętaliście :)

To jeszcze nie koniec – wkrótce pokażę Wam co podarowałam mojemu Synkowi z okazji jego pierwszych urodzin, ale to innym razem :)

Ściskam!

Kasia.

Let’s get inspired! Pomysły na przyjęcie urodzinowe!

Już niedługo minie rok odkąd po raz drugi zostałam mamą. Magiczny rok, przeleciał mi przez ręce, mignął kilkoma dniami, ulotnymi chwilami. Gdy Michaś był malutki nie mogłam się doczekać kiedy będzie większy, kiedy będzie biegał, mówił. Z Matim było inaczej – każdą chwilę jego niemowlęctwa chciałam zamknąć gdzieś na cztery spusty, w jakiejś szklanej kuli postawić na półce, żeby nie uciekła, żeby mi nie urósł tak szybko, żebym się mogła nim nacieszyć. I tak jak macierzyński z Michałkiem mi się dłużył (choć trwał tylko 5 miesięcy!), o tyle ten rodzicielski (cały rok!) uciekł mi gdzieś tak szybko, że nawet nie zdążyłam się obejrzeć. A Mateuszek już prawie chodzi, daje buzi, robi brawo brawo i tany tany :) A mnie zastało przyjęcie urodzinowe. To pierwsze, wyjątkowe – ROCZEK. Długo już obmyślam co tu zrobić, jak zaczarować ten dzień kiedy to moje piękne niemowlę stanie się rocznym chłopczykiem :)

Wertowałam wiele stron, blogów i wybrałam – moim zdaniem – najciekawsze pomysły. Zebrałam to w całość, posegregowałam i wyszedł z tego mały poradnik :) No to zaczynamy!

Zanim zorganizujemy przyjęcie, musimy podjąć jakieś pierwsze, ogólne decyzje – jaki kolor ma królować we wnętrzu? Czy chcesz, żeby przyjęcie było pastelowe czy może biało-czarne? A może oparte na jakichś dwóch wybranych kolorach? Czerwony i żółty? Niebieski i zielony? Żółty i szary? Miętowy i turkusowy? Mój roczny synek wprawdzie sam jeszcze nie jest w stanie wyartykułować swoich preferencji, ale wiele starszych dzieci marzy o przyjęciach tematycznych – wtedy musisz zdecydować się na jakiś motyw przewodni. Starszaki przedszkolaki marzą pewnie o Elzie i Annie, Samochodach, Samolotach, Spidermanach, Dzwoneczku, Piratach i innych takich. Ale i mniejszym dzieciom możesz zafundować jakieś przyjęcie z motywem przewodnim – czy to łódek, statków, balonów, gwiazd… Dla przypomnienia możesz podejrzeć przyjęcie urodzinowe Michałka, gdzie królował motyw wytwórni Dreamworks :) Uroczo i niebanalnie :)

Gdy już masz w głowie mniej więcej kolory i ogólny zarys przyjęcia, czas na szczegóły. W nich tkwi diabeł. Oto jak możesz ozdobić wnętrze.

1. Proporczyki, girlandy na sznureczkach

Cudna dekoracja, jedna z najprostszych jakie można stworzyć. Najpiękniej wyglądają te materiałowe, ale z szyciem może być różnie, szczególnie na ostatnią chwilę ;) Na szczęście zawsze można skorzystać z kolorowego papieru, papieru do pakowania prezentów. Ten ostatni czasem ma naprawdę fantazyjne wzory, które pięknie mogą ozdobić przyjęcie – zarówno w pomieszczeniu, jak i np. w ogrodzie.

źródło: http://zszywka.pl/p/przyjecie-w-ogrodzie-9464752.html

źródło:  http://www.homeonthehill.pl/2015/03/urodzinowe-przyjecie-w-naszym-wykonaniu.html

źródło: http://pracowniatworcza.pl/albumy/zestawy-do-dekoracji-urodzin/

źródło: http://girliegirlarmy.com/mamazon/20130414/how-to-throw-an-eco-friendly-kids-birthday-party/

źródło: http://www.partybox.pl/prod_32080_dekoracja-wiszaca-na-roczek-chlopca-baby-3.5m

źródło: http://www.socute.pl/2014/09/baby-shower-ladygugu.html

2. Wiszące kule, lampiony i pompony.

Niektóre z kul możesz zrobić sama z bibuły, papieru. Pompony też nie są trudne w wykonaniu i można z łatwością wykonać je z tiulu kupowanego na metry. Gotowe kule typu honeycomb i lampiony możesz też kupić na Allegro, czasem za naprawdę niewielkie pieniądze. Zresztą lampiony-kule są też dostępne w Pepco i w Ikea. W większych ilościach robią naprawdę niezłe wrażenie :)

źródło: http://www.skleporganza.pl/blog/wp-content/uploads/2013/08/pompon-2-cornerhouseblog.com_.jpg

źródło: http://4.bp.blogspot.com/-R6DQB210gxo/VTyalsV7pxI/AAAAAAAAIMQ/jPnU3RALUqY/s1600/pompony%2Bz%2Btiulu%2Bdekoracja%2Bna%2Bchrzciny%2Bna%2Broczek%2Bdekoracja%2Bna%2Bwesele%2B%2Btiulowy%2Bpompon%2Bpiekne%2Bpompony%2B%2Bsztywny%2Btiul%2Bpomponowe%2Blove.jpg

źródło: http://partybudziki.pl/product-pol-2587-Ozdoba-z-papieru-Kula-mietowa-15cm-honeycomb.html

źródło: http://www.skleporganza.pl/blog/?p=2115

źródło: http://partybudziki.pl/product-pol-807-Hit-Lampion-Abazur-Kula-ZOLTA-30-cm.html

źródło: http://www.socute.pl/2014/05/wesele-bez-pomponow-i-somek-nie-ma.html

źródło: http://www.miniinthebox.com/pl/pom-pom-bibulka-10-szt-14-diy-zestawy-dekoracyjne-kwiaty-kule-prysznicowe-swieto-urodziny-wesele-dziecka_p1944607.html

3. Dodatkowe gadżety.

Oprócz tradycyjnych girland, ozdób wiszących, jest jeszcze wiele innych sposobów na ciekawe detale. Na przykład taka fantazyjna ozdoba z wiszących hmmm wprawdzie nie pomponów, ale kolorowych miotełek :)

źródło: http://www.lovingit.pl/blog/przyjecia-w-barwach-zlota-i-maliny-czyli-imprezowe-inspiracje-na-wakacje/

 Kolorowe kwiatki w buteleczkach, kredki w pojemniczkach.

źródło: http://www.stylemotivation.com/22-cute-and-fun-kids-birthday-party-decoration-ideas/

 Szklane buteleczki na napoje i soki przewiązane kokardkami wyglądają przeuroczo. Możesz butelki kupić gotowe w Ikea, albo wykorzystać buteleczki po sokach dla dzieci. Jeśli kupujesz Maluchowi soczki typu Hipp Bio czy Bobo Frut, nie wyrzucaj ich – możesz z nich uzbierać całkiem pokaźną kolekcję w sam raz na przyjęcie urodzinowe :)

źródło: http://donotforgettosmail.blogspot.com/2014/04/jak-urzadic-przyjecie-urodzinowe-dla.html

Kolorowe słomki, samoprzylepne kolorowe taśmy – proste czary mary, a jaki boski efekt!

źródło: http://www.jogurtnadobrydzien.pl/category/przyjecie/index.html

Papierowe słomki w paseczki, kropeczki, zygzaczki dostaniesz w sklepach internetowych, na Allegro, ale też czasem bywają na przykład w Empiku.

źródło: http://www.socute.pl/2014/01/somki-z-papieru-kilka-inspiracji.html

źródło: http://www.socute.pl/2013/03/rurki-na-wielkanocny-sto.html

Nie zapomnij o papilotkach! Kolorowe same w sobie są cudne, a z pysznymi muffinkami, kolorowymi groszkami, cukierkami, ciasteczkami wywołują błogie westchnienia podziwu :)

źródło: http://pracowniatworcza.pl/albumy/zestawy-do-dekoracji-urodzin/

źródło: http://gu-tworzy.blogspot.com/2014/09/indianskie-urodziny.html

Na sam koniec zostawiłam sobie najlepsze – zastawę, ale o tym opowiem Wam w drugiej części postu. Podzielę się z Wami moimi propozycjami na urodzinowy stół, pomysłami na talerzyki, kubeczki i najważniejsze – pogadamy o torcie :) Zobaczcie jak pięknie może wyglądać przyjęcie urodzinowe…

źródło: http://namoimstole.pl/blog/kinderbal-z-okazji-dnia-dziecka/

źródło: http://www.stylemotivation.com/22-cute-and-fun-kids-birthday-party-decoration-ideas/

W jedno popołudnie…

Pisuję to do Was o tym jaki świecznik postawić na stole, jak udekorować mieszkanie na Święta, jaki zrobić deser dla gości, czym ozdobić pokój Malucha…ale dziś…trochę tego, co się wydarzyło, strachu i emocji, tego jak się bałam, jak w jednej chwili zburzyło się moje spokojne popołudnie. Na długo się zburzyło, dużo po sobie zostawiając.

Właśnie wracaliśmy z zakupów, nawet za bardzo nie byłam objuczona torbami, a że shopper bag mieści dość dużo, z dobrym humorem i mlecznymi rogalami wturlaliśmy się z Michaśkiem do domu. Zaraz zrobimy herbatę, podzielimy się z tatą rogalem… A gdzie tata? Tata blady trzyma Mateuszka na stoliku i powtarza „Mateuszku co Ci jest? Co Ci jest??” A Mati płacze, dyszy, świszczy, syczy, nie może złapać oddechu. „Może coś połknął??” Tak słyszę siebie jakby obok. Tata obraca Mateuszka, przekłada przez kolano, zdecydowanie uderza posuwistym ruchem od nerek w górę. Nic. Świst, zapłakane i wystraszone oczy. „Dzwonię po karetkę” Znowu słyszę siebie gdzieś obok. Bo takie rzeczy się dzieją obok. Słyszy się jak KTOŚ wzywa karetkę, jak to CZYJEŚ dziecko jest w niebezpieczeństwie, jak to KTOŚ ma operację, u KOGOŚ stwierdzono coś poważnego. To się dzieje obok. Nie dotyczy mnie, nas, a już na pewno moich dzieci. „Wysyłam do Pani karetkę” słyszę po drugiej stronie. I czekamy. Tata tuli Mateuszka, ja wychodzę na balkon, sprawdzam czy już jedzie. Widzę sąsiada z malutką córeczką na spacerze, coś jej pokazuje, tłumaczy, mała coraz bardziej zainteresowana zerka w stronę, którą pokazuje jej tata. Jak tu nie zerkać na i-jo, i-jo. Dziecko zafascynowane ambulansem, który jedzie do innego dziecka. Do mojego dziecka. Do mojego Synka, który jest spełnieniem moich marzeń, dopełnieniem całego mojego macierzyństwa, kropką nad i w moim życiu. I ten mój skarb, który nie może złapać oddechu, patrzy na mnie ze strachem w oczach, a ja nie umiem mu pomóc… Chwilę później razem z tatą Matusiek pojechał na SOR, a ja odwiozłam Michasia do babci i pojechałam do szpitala na tą samą izbę przyjęć, na której byłam 3,5 roku temu z tygodniowym niemowlęciem zwijającym się z bólu od ostrego obustronnego zapalenia ucha. Wróciły wspomnienia, uczucie bezradności i strachu. Tym razem podejrzenie aspiracji ciała obcego, zdiagnozowane zapalenie krtani, górnych dróg oddechowych, badanie laryngologiczne, rtg klatki piersiowej, gazometria, inhalacja z adrenaliny i decyzja o hospitalizacji… Boję się szpitali, boję się chorób. Panicznie. Boję się o dzieci. Panicznie. Panicznie bałam się zabiegu, który rok temu miał Michaś – w znieczuleniu ogólnym usuwano mu znamię podejrzane onkologicznie. To był jeden z najgorszych dni w moim życiu – stresujący do granic, a ja wtedy już w ciąży w czwartym miesiącu… Nie było mi łatwo. Parę dni temu też nie było mi łatwo. Chyba nigdy się tak nie bałam. O Matuśka się nigdy tak nie bałam, bo to taki zuch, który wciąż się śmieje i nie robi problemów. Nie płacze bez powodu, nie boi się lekarza, taki jest po prostu złoty. I to moje złote maleństwo na naszych oczach zaczęło się dusić. A my nie mogliśmy zrobić nic, tylko czekać na lekarza. Czułam wtedy taki strach, który aż mi zadawał fizyczny ból. Ściskał mi serce, gardło i szczypał w łydki, że nie mogłam ustać. Tuliłam synka i dotarło do mnie wtedy jak wielka jest ta matczyna miłość, jak ogromne uczucie do tej małej istotki we mnie drzemie, jak to jestem gotowa świat podbić i pobić za Niego. Najważniejszego, Najukochańszego.

Opanowaliśmy zapalenie krtani, nie zdiagnozowano ciała obcego, wypisano nas do domu po kilku dobach. I wszystko dobrze się skończyło, tylko że gdzieś w środku zostawiło ślad i gdy teraz Mati zakaszle… ja odpalam uszy nietoperza, działam jak monitor oddechu, tulę, całuję, serce mi bije szybciej. Już wiem, że to COŚ, co się stało KOMUŚ, niekoniecznie musi być OBOK mnie. Może się przytrafić też MNIE. Taka prosta jak krowie na rowie lekcja – nigdy nie wiesz jak to będzie dalej w życiu, nigdy nie wiesz co Cię spotka, biadolisz jaka ta codzienność nudna, szara i trudna, a trzeba ocenić jaka jest stabilna. I oby nie gruchnęła. Nigdy więcej.

Nie zwykłam tak jakoś publikować zdjęć chłopców, ale dziś nie mogłam się powstrzymać. Nie po tym wszystkim.

Moje słodkie zuchy :)

Magia popołudnia czyli pomysł na podwieczorek – pełnoziarniste bułeczki z truskawkami i nadzieniem z białej czekolady.

Słodka, jeszcze cieplutka buła i szklanka ciepłego mleka – to podwieczorek z mojego dzieciństwa. Niepowtarzalny smak babcinych drożdżówek do dziś kojarzy mi się  z beztroskim czasem gdy żyłam w krainie wróżek, srebrnych wiewiórek, a gdy nikt nie patrzył – ze starej walizy w dużym pokoju wyciągałam czerwoną wieczorową sukienkę mojej mamy zdobioną perełkami. Tak było u babci, tak było gdy byłam mała. Teraz małe są moje dzieci, a ja staram się stworzyć im zaczarowane wspomnienia, tak żeby kiedyś powiedziały „w domu było pysznie, a podwieczorki jedliśmy przy takim kolorowym stole i było słodko i wesoło”.
Dzisiejsze bułeczki są zmodyfikowanym przepisem Doroty z Moich wypieków. Jej bułeczki z malinami tak podbiły moje serce, że postanowiłam je zrobić na jeden z podwieczorków. Trochę jednak w tym przepisie pogrzebałam i trochę go pozmieniałam. Z racji, że Michaś jest zakochany w truskawkach, postanowiłam zamienić maliny na właśnie na owoce truskawek. Nie miałam pod ręką cukru perłowego, więc posypałam buły cukrem trzcinowym, a całe bułeczki zrobiłam z mąki pszennej pełnoziarnistej, przez co wyszły razowe, choć słodkie i smaczne. I bardzo pożywne. W nadzieniu z przepisu Doroty nic nie zmieniałam – jest wyborne – na bazie serka mascarpone i białej czekolady :) Może następnym razem zrobię słodkie ciasto nierazowe wierniejsze przepisowi Doroty, ale póki co prezentuję Wam pyszny, słodki podwieczorek z ciepłym mleczkiem mhmmm….
Składniki:
500 g mąki pszennej pełnoziarnistej (choć kusi mnie, by spróbować z tortową)
24 g drożdży świeżych
3 łyżki cukru
2 jajka
200 ml mleka
50 ml jogurtu naturalnego
60 g masła
pół łyżeczki soli
cukier perłowy do posypania (ja z braku użyłam rozdrobnionego trzcinowego)

Nadzienie:
200 g serka mascarpone
1 jajko
60 g białej czekolady

Wykonanie:

Z 1/4 szkl letniego mleka, drożdży, dwóch łyżek cukru i trzech łyżek mąki zrobić zaczyn (który musi „popracować” przez jakieś pół godziny). Zaczyn połączyć z mąką, resztą cukru, jajkami, resztą mleka, jogurtem, masłem i solą. Wyrobić na gładkie i elastyczne ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 1,5 godziny. Po tym czasie wyrobić bułki i umieścić je na blasze posypanej mąką. Ostawić do wyrośnięcia na ok. 30 min. Po tym czasie płaskim dnem szklanki  zrobić wgłębienie w każdej bułce. Wypełnić nadzieniem (na nadzienie ucieramy wszystkie składniki) i zanurzyć w nim truskawkę jedną lub dwie (większe podzielić na ćwiartki). Bułeczki posmarować jajkiem roztrzepanym z odrobiną mleka, posypać cukrem najlepiej perłowym (choć ja rozbiłam w moździerzu kostki cukru trzcinowego i tym właśnie cukrem posypałam powierzchnię wokół nadzienia). Piec przez ok. 30 min w temperaturze 190 stopni.

Smacznego!

 
 

Magia popołudnia czyli pomysł na podwieczorek – owoce pod kruszonką!

Podwieczorek. Czy Wy też czujecie jaki czar i jaki urok ma ten posiłek, ta pora dnia? Letnie leniwe popołudnie zwieńczone słodkim conieco… Na stole kwiaty, uśmiech Malucha, bo zaraz będzie coś dobrego, aromatyczna kawa, mleko, piękne filiżanki, smak owoców… lato w pełni. Uwielbiam te chwile, uwielbiam spędzać takie popołudnia przy stole z bliskimi, przyjaciółmi. Dla Michasia to też taki czas na podładowanie baterii po całym dniu szaleństw i zabaw. Podwieczorek powinien uzupełnić zapas energii, więc może być słodki, ale powinien też być pożywny, więc same puste kalorie w postaci bezy z polewą karmelową nie za bardzo wchodzą w grę. W te letnie dni kuszę się coraz częściej na owoce pod kruszonką – przepis mam od mojej ciotki Ewy, ona od ciotki Grażyny, a Grażyna od Nigelli. Nie zaglądałam nigdy do oryginalnego przepisu Nigelli, więc nie jestem w stanie powiedzieć Wam na ile wierna jestem przepisowi Mistrzyni. Wiecie jak to jest, każda z nas jak gotuje to tak trochę „po swojemu”, coś uszczknie, coś doda i ta sama potrawa wychodzi czasem zupełnie inaczej. Niemniej jednak polecam i zapraszam na letni podwieczorek.

Składniki:

owoce (jabłka, śliwki, brzoskwinie, morele, truskawki, porzeczki, co tam chcecie)

1/3 galaretki

mąka

masło

cukier

Ja użyłam śliwek, brzoskwiń i moreli. Owoce umyłam, obrałam ze skórki, podprażyłam w rondelku (aby się nie spaliły, podlałam odrobiną wody). Dodałam 1/3 galaretki, chwilę jeszcze trzymałam na ogniu po czym rozlałam do kokilek. Z masła, cukru i mąki (ja dodałam troszkę mąki razowej) zrobiłam kruszonkę i posypałam owoce w kokilkach. Zapiekałam w piekarniku przez 40 min w temp. 170 stopni w termoobiegu.

Deser moim zdaniem jest najlepszy na drugi dzień. Z odrobiną jogurtu i ze szczyptą cynamonu i brązowego cukru jest świetnym pomysłem na letni podwieczorek. Tym wpisem rozpocznę dla Was cykl podwieczorków. W każdą sobotę po południu będziemy czarować :)

Lato – najlepsza pora, by się rozmarzyć na całego!

Na tarasie w domu mojego męża dopadł mnie cudny nastrój, romantyczny, sentymentalny, sielski… Jak to jest, że słońce, kwiaty i truskawki tak pobudzają ducha?

Marzycielką byłam od zawsze – już jako 13-letnia dziewczynka założyłam sobie „Butlę Marzeń” – do pękatej turkusowej butelki zamykanej na korek wrzucałam marzenia. Zapisywałam malutkie karteczki mające jakąś ćwiartkę centymetra kwadratowego, rolowałam, wiązałam czarną nitką i chowałam do butli. Nie całkiem zapełniona, wciąż nietknięta, stoi na półce w mieszkanku mojej mamy. Może kiedyś odczytam wszystkie te moje bazgrołki i przypomnę sobie dokładnie o czym marzyłam. Kilka z tych marzeń pamiętam – chciałam bardzo być anglistką, mieć piękną pełną rodzinę i mieszkać w cudnym dworku na wsi – w takim, co to ma dwie kolumny w stylu doryckim po bokach wejścia i podjazd z okrągłym klombem przed samą posesją. Marzyłam o tym, żeby mieć kilkoro dzieci, piec ciasta i w fotelu-uszaku czytać Maluchom bajki. Do tego retro kuchnia w tym moim dworku z kolekcją miedzianych garów, cudny fartuszek i długie włosy upięte w kok. Takie były moje marzenia – marzenia nastolatki z romantyczną duszą. Naczytałam się „Nocy i Dni”, naoglądałam się sentymentalnych filmów i najchętniej wyszłabym za mąż za Gilberta Blythe. Życie się toczyło, od tych moich spisywanych marzeń minęło 20 lat i tak ostatnio zaczęłam myśleć na ile mi się te marzenia spełniły. W blasku słońca popijam herbatę, delektuję się zapachem truskawek i rozmyślam o tym, co chciałam, co mam i co bym chciała. Znów lato nastraja mnie sentymentalnie…

Jestem anglistką o długich włosach upiętych w kok, udało się ;) Robię to, co lubię, zajmuję się tym, o czym marzyłam całe życie. Mam rodzinę – męża i dwóch wspaniałych synków. Zawsze znajdzie się jakiś głupi i pusty człowiek (zazwyczaj jest to jakaś pusta i głupia baba), która mi wytknie mimochodem, że to jednak syn, a nie córka, lub „trochę szkoda, że nie córka”. Moje marzenie się spełniło – mam zdrowe,piękne i mądre dzieci, urodzone bez komplikacji, dające mi radość każdego dnia, zaskakujące mnie, tulące się do mnie moje kochane istotki, które podarował mi Bóg. Spełniło się i za to jestem wdzięczna. Powiem Wam w sekrecie, że bardzo chciałabym móc jeszcze i trzecie dziecko trzymać w ramionach, ale ten pomysł nie bardzo wzbudza  entuzjazm w moim mężu ;) Kto wie, może kiedyś zasiądziemy do stołu w większym gronie, a nakryć będzie jeszcze więcej….

 

Nie dorobiłam się dworku z kolumnami, rankami nie zbieram jaj od kur niczym Basia Niechcic. Mam poddasze, które rzeźbię, mam cztery kąty, w których czuję się bezpiecznie, mam dach nad głową. I za to jestem wdzięczna, bo to naprawdę dużo. Pewnie, że czasem jest nam ciasno, bo trzy pokoje to nie to samo co dworek, a aneks kuchenny to nie to samo co wymarzona kuchnia z kolekcją miedzianych garów, ale kiedy nachodzi mnie chęć wyjścia do ogrodu, wypicia popołudniowej herbaty na tarasie czy na zjedzenie śniadania na powietrzu – jadę wtedy do moich teściów i tam, w rodzinnym domu mojego męża, spędzam czas jak u pana Boga za piecem…

A potem wracam na poddasze, siadam w bujanym uszaku (mam, spełniło się!) i czytam Michasiowi na dobranoc, a gdy już zaśnie wychodzę na paluszkach i siadam do swoich spraw przy swoim miejscu do pracy w sypialni. Latem okna dachowe otwarte na oścież, a ja sobie tak myślę, że warto mieć marzenia, doczekać ich spełnienia. Może kiedyś będzie ten dom za miastem, może będzie więcej dzieci, może będą śniadania na tarasie, może… A póki co, wyjmuję notatnik i zapisuję kolejne plany, może nie marzenia, ale plany, a ich realizacja zwyczajnie mnie ucieszy, bo szczęście już chyba jest i pierdółki mi do niego nie są konieczne :)

A Twoje marzenia się spełniły?

Gwiazdy, kotki, wianki czyli o szyjątkach na poddaszu :)

Na naszym poddaszu bardzo tkaninowo się zrobiło od jakiegoś czasu. Tekstylia towarzyszą moim dzieciom w ich pokoju, nam w kuchni, w kącie jadalnianym, na kanapie. Panoszą się w domu poduchy, w szufladzie odpoczywają na zmianę obrusy, bieżniki, serwetki, co chwilę coś się tworzy, coś dla nas, dla kogoś, coś dostajemy, coś wysyłamy… Wszystko zaczęło się jakiś czas temu gdy moja przyjaciółka Ola, uszyła dla mojego Michasia kilka ptaszków i konika morskiego. Wisiały to tu, to tam, ozdabiając przestrzeń Michasia, aż w końcu znalazły się w łóżeczku nowonarodzonego Mateuszka i zadyndały nad samym łóżeczkiem. Słodkie szyjątka i ukochane niemowlę – to zestawienie powaliło mnie na kolana. W dodatku Ola uszyła dla Matusia piękną pościel w szare kropeczki i białe gwiazdki na miętowym tle, która sprawiła, że całkowicie zakochałam się w gwiazdeczkach, groszkach, kropeczkach i hendmejdach.

 

Od tego czasu piękne, ręcznie robione rzeczy towarzyszą chłopcom cały czas. Wraz z narodzinami Matusia, coraz więcej uroczych rzeczy zaczęło się pojawiać w moim domu. Zeszłej jesieni, tuż po narodzinach Maleństwa, sprawiłam sobie szary obrus w białe gwiazdeczki, który święcił tryumfy przez całą jesień, aż do Bożego Narodzenia. Wyglądał tak cudnie, że pokusiłam się jeszcze o małe serwetki w gwiazdki, poszewki, i nasze poddasze było nie tylko blisko gwiazd – było całe w gwiazdach :)

W grudniu obudziła się potrzeba stworzenia nowego nakrycia ponad 3,5 metrowego stołu. Na przyjęcie z okazji Chrztu świętego mama uszyła mi biały obrus w szare gwiazdki. Z zielonymi, białymi i srebrnymi dodatkami był strzałem w dziesiątkę, a na gościach cały stół zrobił ogromne wrażenie… Zresztą, kto nie pamięta – zapraszam tutaj.

Na Mikołajki, moi synowie dostali od cioci w prezencie kotki przytulaki. Pięknie skomponowały się z pościelą (którą przejął Michaś) oraz ręcznie robionymi poduszkami-przytulakami – chmurkami. Chmurki to też prezent – od cioci Oli i babci Gosi.

Po drodze wielkanocne wariacje obrusowe… zakochałam się w biało-szarych rombach, pastelowych błękitach, miętach i groszkach…

 

 

 

A potem przyszła kolej na wianki. Zobaczyłam je na jednym z blogów i nie mogłam nie pokusić się o stworzenie takowych. Kasia pokazała swoją pasję i mnie nią zaraziła, a naszym poddaszem zawładnęły wianuszki. Wprawdzie pojawiały się już wcześniej zimowe, robione z szyszek, ale tym razem hitem okazały się tkaniny. Na drzwiach do Michasiowego pokoju zawisł piękny wielkanocny wianuszek – złożony z tyyyylu elementów, a mimo to bez wrażenia „nadziubdziania”

Posypało się też kilka zamówień na kotki cioci, więc kilka dodatkowych zawitało w naszym domu.

Na łóżeczku Matusia powiesiłam kwiatuszka, którego zrobiłam jednego wieczoru „na próbę”, a zaraz potem mama małej Jagódki poprosiła mnie o takowego na łóżeczko swojej córeczki. Powstał zatem różowo-turkusowy i razem z różowym kotkiem znalazł nowy dom w Jagodowym królestwie :)

 

 

 

 

 

 

 

 A u Michasia kolejny wianek – po Wielkanocy przyszedł czas na coś odrobinę mniej „jajecznego” :)

A chwilę potem kolejne zamówienie. Spod mojej ręki wyszedł wianuszek dla małej Zosi. Z cudnym drewnianym motylkiem ozdobionym koronką  i z materiałowymi kwiatuszkami.

No i gwiazdy… od roku ten motyw jest na topie. Zresztą, jak już mówiłam, do gwiazd z poddasza jest naprawdę blisko ;) Podobne poduchy są w sklepach internetowych w cenach dla mnie zaporowych, tak więc pokusiłam się o własnoręczne ich zrobienie i tak miętowe i szare gwiazdy zamieszkały z nami, a raz nawet poszły z nami na piknik!

 

 

 

 

 

 

 

Jeśli podobają się Wam któreś z moich szyjątek, napiszcie na mamawszpilkach@wp.pl Znajdziecie też nowości na moim profilu facebookowym i tam też możecie do mnie napisać. Zapraszam do podglądania :)

W szarość otulona… czyli o nowym obliczu saloniku!

Sofa Ektorp zagościła w naszym domu dwa lata temu zastępując ludwikowski komplet, który powędrował w świat i dziś zapewne cieszy się nim ktoś inny. Gdy tylko nowa kanapa stanęła w naszym domu, aż zapiszczałam z radości. Od tak dawna marzyła mi się poduchowa sofka, w dodatku w delikatnym kremie… wyglądała przepięknie :) Zresztą kto nie pamięta, to może podejrzeć tutaj i tutaj. Od tamtego czasu użytkowaliśmy ją na co dzień, a do mnie padało od Was wiele pytań o funkcjonalność jasnej kanapy. Wszyscy byli ciekawi czy się brudzi? Moi drodzy, oczywiście, że się brudzi! Chociaż w domu jestem jak owczarek kaukaski i skutecznie odpędzam od Ektorpa każde zagrożenie w postaci rąk upaćkanych czekoladą czy kubka z herbatą w chwiejących się rączkach trzylatka, nie jestem jednak w stanie monitorować jej 24 godziny na dobę. Już po powrocie z Mateuszkiem ze szpitala zastałam na kanapie plamy po keczupie, a przy innej okazji – rozlany tusz. W końcu trzeba było oddać pokrycie Ektorpa do profesjonalnego czyszczenia, a my zostaliśmy poniekąd zmuszeni do zakupu pokrycia na zmianę. Kupiliśmy jedyny dostępny do tego modelu kanapy, jaki posiadamy – grafit.

Na początku wilkiem patrzyłam na ten kolor, bo wydawał mi się taki ciężki i za ciemny. Że jednak nie było w czym wybierać, i że lubię zmiany, postanowiłam dać mu szansę i trochę się „pokazać”. Toteż od jakiegoś czasu rozgościł się w naszym salonie i odmienił dość mocno jego oblicze. Dzięki temu ciemno-szaremu pokryciu salonik zrobił się bardziej wyrazisty. Kolor sofy doskonale komponuje się z biało-szarą latarenką, cotton ball lights i szarym serduszkiem w oknie. Daje też ładne tło naszemu okrągłemu stolikowi kawowemu. A brudu nie znać na nim zupełnie :)

Latem, gdy słońce zalewa nasze poddasze, ciemniejsza kanapa wprowadza w pomieszczenie trochę „chłodu”, daje wrażenie większego spokoju. Do tego kilka dodatków takich jak letnie kwiaty na stoliku, błękitne poduchy, błękitna osłonka na doniczkę, szklarenka z kwiatami – mogę śmiało powiedzieć, że lato powolutku rozwija żagle w naszym domu :)

Nad kanapą pojawił się biały wiklinowy wianek. Wisi tu już od jakiegoś czasu, zmieniają się na nim tylko ozdoby. Tym razem ususzone kwiatki, kokarda z satynowej tasiemki, drewniane serduszka  i małe ptaszki w kropeczki delikatnie przyozdobiły białe koło, ale nie przyćmiły całości. Kiedyś kusiło mnie, by zrobić nad kanapą galerię zdjęć w różnych ramkach, ale odkąd powiesiłam na kinkiecie ten wianek, wydaje mi się, że na razie pozostanę nad taką właśnie dekoracją tej ściany.

Na zdjęciach słabo to widać, ale pokusiłam się o zamontowanie firanek. Delikatne i zwiewne, woalowe, bez wzorów. Bardzo uprzytulniły okno.

Uwielbiam białą kawę, uwielbiam zatapiać się w poduchy, marzyć, obserwować ludzi przez okno, czytać gazetę, oglądać zdjęcia… Wygodna kanapa jest naprawdę ważnym meblem w domu. Drugim równie ważnym jest stolik kawowy. Kawa, cukiernica, mlecznik, bukiet kwiatów – wszystko ma „swoje” miejsce :)

A tu dla przypomnienia salonik w wersji zimowej z kremowym pokryciem Ektorpa.

I jak? Podoba się Wam?