Matka – studium przypadku.

Choć ciężko w to uwierzyć, był czas gdy nie byłam matką ;) Pieniądze przeznaczałam głównie na zakupy nowych butów, bluzek i kosmetyków, czasem kupowałam sobie brytyjskie romanse albo filiżanki z Chodzieży, za którą namiętnie szalałam. Oj, piękne to były czasy… Studiowałam dziennie, pracowałam na pełnym etacie w liceum i jeszcze dorabiałam w szkołach językowych. Dziś coraz trudniej mi się tak rozciągnąć, ale wtedy doba była jakby ciut dłuższa, zmarszczek jakby mniej, i głowa jakby tak trochę wyżej w chmurach.  Jedna z uczennic zdradziła mi kiedyś w tajemnicy, że wśród niektórych uczniów miałam ksywę Kate Winslet z Titanica. Miałam kręcone rude włosy i uwielbiałam retro ciuchy – w mojej szafie królowała taka carska Rosja w wydaniu nowoczesnym. Zimą nosiłam toczek z prawdziwego futra, marynarki z rzędami złotych guzików i koronkowe bluzki. Nie mnie to oceniać, ale belfrem byłam podobno surowym ;) Cóż, byłam młoda, a ci młodzi są zawsze najgorsi ;) Ponieważ byłam młodym nauczycielem, nie miałam własnej sali i każde zajęcia odbywały się w innym pomieszczeniu. Gdy kończyłam jedne zajęcia, pędziłam na portiernię, zdawałam klucz, pobierałam kolejny i już mijało 5 minut  i nadchodził czas kolejnych zajęć. Któregoś razu poszłam po klucz, a klucza nie było. „Ta Pani jeszcze nie oddała”, tłumaczyła mi portierka. No to ja w zeszyt i szukam jaka to Pani zapomniała, że w ręku ma klucz. Nabzdyczyłam się na tej portierni, naklęłam pod nosem. Nawet tej babki nie kojarzyłam za bardzo, ale sobie pomyślałam, że jak ją spotkam, to jej chyba wygarnę – już po dzwonku, a klucza jak nie było tak nie było. Czekałam dalej kląc troszkę mocniej, bo i przy tej portierni przez te moje koronkowe rękawy coraz zimniej mi się robiło. I w końcu ją zobaczyłam. „Pani mi nie zdała klucza na czas, nie mam jak rozpocząć zajęć” Zaperzyłam się, nabrałam powietrza, żeby jeszcze trochę się na nią podenerwować, a ona z przemiłym uśmiechem powiedziała jak bardzo jej przykro, że bardzo przeprasza, i że oczywiście będzie pamiętała na przyszłość. Fajnie była ubrana, miała okulary w kolorowych oprawkach, marynarkę w stylu tej mojej ulubionej carskiej Rosji i śliczne baletki. Potem widziałyśmy się jeszcze kilka razy – a to na zebraniu, a to przed szkołą, gdy wracałyśmy do domu po lekcjach. Fajna dziewczyna to była – oczytana, mądra, elokwentna i bardzo miła, jak dla mnie jedna z tych, „co to znają Józefa”. Parę razy poszłyśmy na kawę poplotkować o tym i owym i okazało się, że to nie do końca szczęśliwa dziewczyna była, ale starała się, mimo przeciwności losu, jakoś życie sobie poukładać, aż pojawił się książę z bajki. Pokochał, na rękach nosił, żenić się chciał i zaraz dzieciątko się pojawiło. Praca w liceum minęła, a my dalej się kolegowałyśmy w różnym natężeniu, ale kolegowałyśmy. Książę z bajki szybko zaczął pokazywać rogi, ale mimo to, pojawiło się jeszcze jedno Maleństwo i wtedy Książę z bajki wypisał się z tej bajki. A ona została sama ze złamanym sercem, z Maluchami, kredytem, opłatami, i z całym życiem, które na co dzień potrafi obdarzać niekoniecznie tą najpiękniejszą częścią palety barw. Ciężko mi się z nią spotkać, bo zawsze coś – a to coś u mnie, a to coś u niej. Bo ona pracuje na jednym, drugim, trzecim etacie. Bo właśnie obmyśla jak tu kupić wymarzony zestaw Lego na Mikołaja, a trzeba jeszcze ubrania na zimę kupić. Bo wiąże koniec z końcem jak najlepiej potrafi, ale wciąż jej się usuwa grunt spod stóp. Bo jak coś się odbuduje, to zaraz coś innego rypnie. Sama pracuje, pędzi do domu, kąpie, karmi, usypia, rozwiązuje problemy, siedzi z lekcjami. Kiedyś spytałam ją czy nie ma dość tego domu, dzieci, czy jej nie denerwują, czy jej nie frustrują. W odpowiedzi usłyszałam „No co Ty, one nie są niczemu winne, one dają mi siłę. Jak trudny by nie był mój dzień, jaka bym nie była padnięta, jeden ich uśmiech rozwala mnie na łopatki. Dla nich jestem”. Zawsze sobie myślę, że taka matka to skarb.

 Ba! oczywiście każda matka to skarb, dobra wróżka, która pocałuje i przestanie boleć, przytuli i zatrzyma płacz, upiecze najpyszniejsze ciasto i tylko jej przytulas ucieszy najmocniej. Ale nie każdej matce jest tak samo łatwo.

Macierzyństwo jest inne dla każdej z nas. Każde wspaniałe, chociaż różne. Każda z nas jest wspaniała, w to nigdy nie wątpię, ale też i różna. Jednak zawsze ogromny szacunek mam i będę miała do samotnych matek. Do tych właśnie, co budują rodzinę mimo wszystko. Do tych, które dorabiają gdzie się da, by móc godnie żyć. Do tych, co dla dzieci wszystko poświęcą. Do tych, co same kąpią, karmią, tulą, usypiają. Do tych, co same wychowują córce lub synowi zastępując ojca. Do tych, których książę z bajki okazał się ropuchą wstrętną i zmienił bajkę. Do tych, które swoje pragnienia, potrzeby i kobiecość włożyły do kieszeni, bo macierzyństwo i wyzwania codziennego życia pochłonęły je do reszty. Odwalacie kawał dobrej roboty, o czym się nie mówi, Was się nie chwali, a powinno. Chylę przed Wami czoło i z okazji Dnia Matki życzę wszystkim Mamom, i Wam przede wszystkim, abyście nie zapominały jakimi cudnymi Aniołami  jesteście – jak piękne, wspaniałe i mądre jesteście. Jak bardzo potrzebne i jakie wyjątkowe :*

Pięknego Dnia Matki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>