Letnie popołudnie i sernik z białą czekoladą i truskawkami!

Uwielbiam sobotnie popołudnia.  Takie, kiedy roztacza się przede mną wizja kawy, ciasta, plotek, śmiechów, chichów i mile spędzonego czasu. Uwielbiam, gdy wpadają do nas sąsiedzi, pękamy ze śmiechu, wspominamy, co było, gadamy o tym, co będzie. To zawsze okazja do odprężenia się i okazja do tego, by zasiąść do pięknego stołu. Lubię dopieszczać każdy szczegół, byśmy wspólnie cieszyli się pięknymi chwilami.  Pytaliście mnie na moim facebookowym profilu o przepis na to ciasto, więc dzielę się z Wami i namiarem na ciacho i kilkoma kadrami z pięknego letniego popołudnia.

Sernik jest bardzo łatwy w wykonaniu – bez jajek, bez pieczenia. To sernik na zimno – bardzo serowy, słodki z dodatkiem białej czekolady. Nie będę powielać przepisu – znajdziecie go TUTAJ. Mój różnił się tylko tym, że użyłam śmietanki 30%, a nie 36%, nie zrezygnowałam z żelatyny, truskawki pocięłam na połówki i ułożyłam je na powierzchni sernika niczym płatki rozwijającego się kwiatu.

Do tego piękne róże w odcieniu żywego koralu, czereśnie, truskawki i przekąski.  No i każde nakrycie ozdobione papierową serwetką przewiązaną sznureczkiem z bielutką margerytką.

Takie proste, a jednocześnie urokliwe nakrycie. Kolejny raz przekonuję się, że ładnie nie oznacza drogo i z przepychem :)

Truskawki wylądowały też w dzbanku z wodą. Wyglądały ciekawie i nadały wodzie wakacyjnego posmaku.

A Wy? Jak spędzacie letnie popołudnia?

Rodzinne Walentynki!

Ostatnie niedzielne śniadanie natchnęło mnie pomysłem jak świętować razem z mężem i moimi Maluchami nadchodzące Walentynki. Nie mam za bardzo serca do tego święta. Wydaje mi się takie głupawe, komercyjne i nieco tandetne, ale z drugiej strony… to dość miłe, że oficjalnie obchodzimy święto miłości. Zdecydowanie za rzadko pokazujemy bliskim jak bardzo ich cenimy i kochamy, a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Dlatego obiecałam sobie, że nadchodzące Walentynki spędzimy razem pięknie i radośnie i już poranek będzie pyszny i cudny. Taki mniej więcej jak ten :)

To „próbne” śniadanko miało miejsce ostatniej niedzieli, gdy mój mąż wyjechał i akurat byłam sama w domu z Maluchami. Żeby było wesoło zrobiłam im iście wiosenne śniadanie. Pyszne pancakes w kształcie motylków, ich ulubiony serek, owoce, herbatka truskawkowa… To jest to, co tygryski lubią najbardziej :)

Oczywiście nie obyło się bez motywu serduszka. Tacka i świeczka w ceramicznym serduszku nadały miłego i ciepłego klimatu.

Do tego radosne tekstylia (pudrowy róż i mięta) no i ten wiosenny motyw motyla… Urocze, prawda?

Do tego zapach hiacyntów, tulipany, żonkile. Kwiaty zawsze rozweselają i wprowadzają człowieka w błogi nastrój.

 W Walentynki nie dajemy sobie z mężem prezentów – taki mamy układ, że zawsze staramy się wspólnie spędzić pięknie czas, ale materialne rzeczy sobie darujemy. W tym roku jednak przygotowałam dla moich mężczyzn mikroprezenciki. Taka odrobina luksusu (naprawdę odrobina :) ) Kwiatuszek z kul kąpielowych dla męża i po zajączku kąpielowym dla Michałka i Mateuszka. Zajączki wyglądają przeuroczo i chyba kupię je jeszcze chłopcom  ”na Zajączka” jako dodatek do czekoladowego jaja.

A Wy? Obchodzicie Walentynki? A może skusicie się na mój pomysł z pięknym Walentynkowym śniadaniem?

Ściskam serdecznie!

Kasia.

„Prezentownia” i jesienny sernik dyniowy z ciasteczkami owsianymi i polewą chałwową!

Lubicie dostawać prezenty? Ja uwielbiam. Uwielbiam zaglądać do kolorowych torebek, targać wstążki, odpakowywać, słuchać jak szeleści papier… Pod tym względem dużo mam w sobie z dziecka. Uwielbiam też tą świadomość, że ktoś pamięta o mnie, albo o moich dzieciach. O tym, że mam 30-ste urodziny, że mój Synek skończył roczek, że mamy jakieś ważne i piękne wydarzenie w rodzinie. Cieszy mnie wtedy niesamowicie, że jest ktoś miły, kto czasem małym gestem chce upiększyć TEN dzień. To też działa w drugą stronę – uwielbiam robić prezenty. Szczególnie kobietom i dzieciom – mamie, koleżankom, bliskim przyjaciółkom, maluchom moim i maluchom znajomych. Lubię sprawiać komuś przyjemność i zawsze dość mocno się staram. Czasem kupuję tylko drobiazgi, ale czasem obmyślam coś wyjątkowego tak, by TA osoba mogła zawsze mile wspomnieć i prezent, i mnie, i chwilę, w której go otrzymała. Mój mąż zawsze mnie strofuje, że wybieram innym prezenty, które sama chciałabym dostać, ale ja nie do końca się z tym zgodzę. Owszem, zdarza się, że kupuję coś komuś i sobie, ale zawsze słucham ludzi uważnie, obserwuję. Zapamiętuję co się im podoba w sklepach, wypytuję o marzenia, zachcianki, upodobania. I nie robię tego na dwie minuty przed czasem. Zdarza się, że po roku, po dwóch kupuję komuś coś, o czym mi wspominał dość dawno. 30ste urodziny są jedną z okazji, kiedy wypada się postarać. Organizowałam już z tej okazji przyjęcie niespodziankę, zamawiałam obraz na płótnie, szukałam odpowiedniej biżuterii w sklepach jubilerskich – wszystko po to, by zrobić komuś przyjemność. I samym prezentem i opakowaniem również – ładnym papierem, kokardką, serduszkiem, kwiatuszkiem – nawet jeśli prezent był dla Roczniaka. To czy pamiętamy i jak pamiętamy świadczy o nas, o tym jak kogoś cenimy, jak nam zależy. Robienie prezentów jest nie lada sztuką. Ostatnio znów miałam okazję się wykazać, bo urodziny przyjaciółki to nie przelewki. Tak, moja droga, jesteś moją przyjaciółką, i chociaż jesteś daleko, cieszę się, że jesteś :*

Na urodzinowe spotkanie wybrałam się z czymś, o czym rozmawiałyśmy jakiś czas temu, i do czego jubilatka od czasu do czasu wzdychała – z książką kucharską Zosi Cudny z bloga Makecookigeasier. Moc cudownych przepisów na cztery pory roku, magia w zdjęciach, sztuka gotowania udostępniona śmiertelnikom. Lubię takie piękne książki kucharskie i sama chętnie bym taką umieściła na swojej kuchennej półce. A żeby przyjaciółce zrobić jeszcze większą przyjemność, upiekłam dla niej ciasto – pyszny jesienny sernik dyniowy. Bo ploty przy serniku są najlepsze :)

Właściwie w ciągu weekendu piekłam ten sernik dwa razy. Jeden na sąsiedzką nasiadówę i jeden na wspomniane urodziny. Miałam z czego go piec, bo zostałam obdarowana wielgachną dynią, która przez pewien czas była dość bliską koleżanką mojego młodszego Synka – zanim ją pokroiłam, upiekłam i zblendowałam.

Przepis na sernik jest modyfikacją przepisu z Moje wypieki. Zamiast ciasteczek imbirowych użyłam ciasteczek owsianych, bo mój mąż za imbirem nie przepada, delikatnie mówiąc. Dodatkowo pominęłam mascarpone w przepisie i bitą śmietanę na wierzchu ciasta. Cały sernik polałam polewą chałwową, która świetnie dosłodziła ciasto o dyniowym i korzennym aromacie.

Składniki na spód:

  • 280 g ciasteczek owsianych
  • 100 g masła, rozpuszczonego
  • 1 łyżeczka przyprawy korzennej do piernika
Ciasteczka miażdżymy bądź mielimy (ja rozgniotłam swoje wałkiem), dodajemy przyprawę i rozpuszczone masło. Gdy ciastka mają konsystencję mokrego piasku wykładamy dno i boki blaszki (boki do połowy wysokości,blaszka  o średnicy 23 cm). Blaszkę wcześniej wyścielamy papierem do pieczenia. Odkładamy do lodówki do schłodzenia.
 Składniki na masę serową:
  • 1 kg twarogu do sernika w wiaderku
  • 3 jajka
  • 3 żółtka
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 180 g drobnego cukru do wypieków
  • 425 g puree z dyni*
  • 2 łyżeczki przyprawy korzennej do piernika
Wszystkie składniki o temperaturze pokojowej miksujemy za pomocą miksera – tylko do połączenia składników, by nie napowietrzyć zbyt mocno sernika.
Blaszkę wyciągamy z lodówki, owijamy szczelnie dwukrotnie folią aluminiową. Wylewamy masę na ciasteczkowy spód.
Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Blaszkę umieszczamy w większej blaszce wypełnionej wodą (ja wypełniam od razu wrzącą), wkładamy do piekarnika od razu zmniejszając temperaturę do 150 stopni (bez termoobiegu). Pieczemy ok 1,5 godziny.
Sernik studzimy i polewamy polewą.
Przepis na polewę pochodzi również z Moich Wypieków.
Składniki:
  • 150 g chałwy sezamowej kakaowej
  • pół szklanki śmietany kremówki 36% (125 ml)
Chałwę kruszymy i na małym ogniu rozpuszczamy w śmietance (mieszamy, by nie przypalić polewy). Ściągamy z ognia, lekko studzimy, polewamy sernik.
Gotowy sernik wstawiamy do lodówki, by się mocno schłodził.
Dyniowy aromat, piernikowa przyprawa, delikatny ciasteczkowy spód i ta niebiańska chałwa… tak smakuje jesień!

Magia popołudnia czyli pomysł na podwieczorek – pełnoziarniste bułeczki z truskawkami i nadzieniem z białej czekolady.

Słodka, jeszcze cieplutka buła i szklanka ciepłego mleka – to podwieczorek z mojego dzieciństwa. Niepowtarzalny smak babcinych drożdżówek do dziś kojarzy mi się  z beztroskim czasem gdy żyłam w krainie wróżek, srebrnych wiewiórek, a gdy nikt nie patrzył – ze starej walizy w dużym pokoju wyciągałam czerwoną wieczorową sukienkę mojej mamy zdobioną perełkami. Tak było u babci, tak było gdy byłam mała. Teraz małe są moje dzieci, a ja staram się stworzyć im zaczarowane wspomnienia, tak żeby kiedyś powiedziały „w domu było pysznie, a podwieczorki jedliśmy przy takim kolorowym stole i było słodko i wesoło”.
Dzisiejsze bułeczki są zmodyfikowanym przepisem Doroty z Moich wypieków. Jej bułeczki z malinami tak podbiły moje serce, że postanowiłam je zrobić na jeden z podwieczorków. Trochę jednak w tym przepisie pogrzebałam i trochę go pozmieniałam. Z racji, że Michaś jest zakochany w truskawkach, postanowiłam zamienić maliny na właśnie na owoce truskawek. Nie miałam pod ręką cukru perłowego, więc posypałam buły cukrem trzcinowym, a całe bułeczki zrobiłam z mąki pszennej pełnoziarnistej, przez co wyszły razowe, choć słodkie i smaczne. I bardzo pożywne. W nadzieniu z przepisu Doroty nic nie zmieniałam – jest wyborne – na bazie serka mascarpone i białej czekolady :) Może następnym razem zrobię słodkie ciasto nierazowe wierniejsze przepisowi Doroty, ale póki co prezentuję Wam pyszny, słodki podwieczorek z ciepłym mleczkiem mhmmm….
Składniki:
500 g mąki pszennej pełnoziarnistej (choć kusi mnie, by spróbować z tortową)
24 g drożdży świeżych
3 łyżki cukru
2 jajka
200 ml mleka
50 ml jogurtu naturalnego
60 g masła
pół łyżeczki soli
cukier perłowy do posypania (ja z braku użyłam rozdrobnionego trzcinowego)

Nadzienie:
200 g serka mascarpone
1 jajko
60 g białej czekolady

Wykonanie:

Z 1/4 szkl letniego mleka, drożdży, dwóch łyżek cukru i trzech łyżek mąki zrobić zaczyn (który musi „popracować” przez jakieś pół godziny). Zaczyn połączyć z mąką, resztą cukru, jajkami, resztą mleka, jogurtem, masłem i solą. Wyrobić na gładkie i elastyczne ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 1,5 godziny. Po tym czasie wyrobić bułki i umieścić je na blasze posypanej mąką. Ostawić do wyrośnięcia na ok. 30 min. Po tym czasie płaskim dnem szklanki  zrobić wgłębienie w każdej bułce. Wypełnić nadzieniem (na nadzienie ucieramy wszystkie składniki) i zanurzyć w nim truskawkę jedną lub dwie (większe podzielić na ćwiartki). Bułeczki posmarować jajkiem roztrzepanym z odrobiną mleka, posypać cukrem najlepiej perłowym (choć ja rozbiłam w moździerzu kostki cukru trzcinowego i tym właśnie cukrem posypałam powierzchnię wokół nadzienia). Piec przez ok. 30 min w temperaturze 190 stopni.

Smacznego!

 
 

Magia popołudnia czyli pomysł na podwieczorek – owoce pod kruszonką!

Podwieczorek. Czy Wy też czujecie jaki czar i jaki urok ma ten posiłek, ta pora dnia? Letnie leniwe popołudnie zwieńczone słodkim conieco… Na stole kwiaty, uśmiech Malucha, bo zaraz będzie coś dobrego, aromatyczna kawa, mleko, piękne filiżanki, smak owoców… lato w pełni. Uwielbiam te chwile, uwielbiam spędzać takie popołudnia przy stole z bliskimi, przyjaciółmi. Dla Michasia to też taki czas na podładowanie baterii po całym dniu szaleństw i zabaw. Podwieczorek powinien uzupełnić zapas energii, więc może być słodki, ale powinien też być pożywny, więc same puste kalorie w postaci bezy z polewą karmelową nie za bardzo wchodzą w grę. W te letnie dni kuszę się coraz częściej na owoce pod kruszonką – przepis mam od mojej ciotki Ewy, ona od ciotki Grażyny, a Grażyna od Nigelli. Nie zaglądałam nigdy do oryginalnego przepisu Nigelli, więc nie jestem w stanie powiedzieć Wam na ile wierna jestem przepisowi Mistrzyni. Wiecie jak to jest, każda z nas jak gotuje to tak trochę „po swojemu”, coś uszczknie, coś doda i ta sama potrawa wychodzi czasem zupełnie inaczej. Niemniej jednak polecam i zapraszam na letni podwieczorek.

Składniki:

owoce (jabłka, śliwki, brzoskwinie, morele, truskawki, porzeczki, co tam chcecie)

1/3 galaretki

mąka

masło

cukier

Ja użyłam śliwek, brzoskwiń i moreli. Owoce umyłam, obrałam ze skórki, podprażyłam w rondelku (aby się nie spaliły, podlałam odrobiną wody). Dodałam 1/3 galaretki, chwilę jeszcze trzymałam na ogniu po czym rozlałam do kokilek. Z masła, cukru i mąki (ja dodałam troszkę mąki razowej) zrobiłam kruszonkę i posypałam owoce w kokilkach. Zapiekałam w piekarniku przez 40 min w temp. 170 stopni w termoobiegu.

Deser moim zdaniem jest najlepszy na drugi dzień. Z odrobiną jogurtu i ze szczyptą cynamonu i brązowego cukru jest świetnym pomysłem na letni podwieczorek. Tym wpisem rozpocznę dla Was cykl podwieczorków. W każdą sobotę po południu będziemy czarować :)

Lato – najlepsza pora, by się rozmarzyć na całego!

Na tarasie w domu mojego męża dopadł mnie cudny nastrój, romantyczny, sentymentalny, sielski… Jak to jest, że słońce, kwiaty i truskawki tak pobudzają ducha?

Marzycielką byłam od zawsze – już jako 13-letnia dziewczynka założyłam sobie „Butlę Marzeń” – do pękatej turkusowej butelki zamykanej na korek wrzucałam marzenia. Zapisywałam malutkie karteczki mające jakąś ćwiartkę centymetra kwadratowego, rolowałam, wiązałam czarną nitką i chowałam do butli. Nie całkiem zapełniona, wciąż nietknięta, stoi na półce w mieszkanku mojej mamy. Może kiedyś odczytam wszystkie te moje bazgrołki i przypomnę sobie dokładnie o czym marzyłam. Kilka z tych marzeń pamiętam – chciałam bardzo być anglistką, mieć piękną pełną rodzinę i mieszkać w cudnym dworku na wsi – w takim, co to ma dwie kolumny w stylu doryckim po bokach wejścia i podjazd z okrągłym klombem przed samą posesją. Marzyłam o tym, żeby mieć kilkoro dzieci, piec ciasta i w fotelu-uszaku czytać Maluchom bajki. Do tego retro kuchnia w tym moim dworku z kolekcją miedzianych garów, cudny fartuszek i długie włosy upięte w kok. Takie były moje marzenia – marzenia nastolatki z romantyczną duszą. Naczytałam się „Nocy i Dni”, naoglądałam się sentymentalnych filmów i najchętniej wyszłabym za mąż za Gilberta Blythe. Życie się toczyło, od tych moich spisywanych marzeń minęło 20 lat i tak ostatnio zaczęłam myśleć na ile mi się te marzenia spełniły. W blasku słońca popijam herbatę, delektuję się zapachem truskawek i rozmyślam o tym, co chciałam, co mam i co bym chciała. Znów lato nastraja mnie sentymentalnie…

Jestem anglistką o długich włosach upiętych w kok, udało się ;) Robię to, co lubię, zajmuję się tym, o czym marzyłam całe życie. Mam rodzinę – męża i dwóch wspaniałych synków. Zawsze znajdzie się jakiś głupi i pusty człowiek (zazwyczaj jest to jakaś pusta i głupia baba), która mi wytknie mimochodem, że to jednak syn, a nie córka, lub „trochę szkoda, że nie córka”. Moje marzenie się spełniło – mam zdrowe,piękne i mądre dzieci, urodzone bez komplikacji, dające mi radość każdego dnia, zaskakujące mnie, tulące się do mnie moje kochane istotki, które podarował mi Bóg. Spełniło się i za to jestem wdzięczna. Powiem Wam w sekrecie, że bardzo chciałabym móc jeszcze i trzecie dziecko trzymać w ramionach, ale ten pomysł nie bardzo wzbudza  entuzjazm w moim mężu ;) Kto wie, może kiedyś zasiądziemy do stołu w większym gronie, a nakryć będzie jeszcze więcej….

 

Nie dorobiłam się dworku z kolumnami, rankami nie zbieram jaj od kur niczym Basia Niechcic. Mam poddasze, które rzeźbię, mam cztery kąty, w których czuję się bezpiecznie, mam dach nad głową. I za to jestem wdzięczna, bo to naprawdę dużo. Pewnie, że czasem jest nam ciasno, bo trzy pokoje to nie to samo co dworek, a aneks kuchenny to nie to samo co wymarzona kuchnia z kolekcją miedzianych garów, ale kiedy nachodzi mnie chęć wyjścia do ogrodu, wypicia popołudniowej herbaty na tarasie czy na zjedzenie śniadania na powietrzu – jadę wtedy do moich teściów i tam, w rodzinnym domu mojego męża, spędzam czas jak u pana Boga za piecem…

A potem wracam na poddasze, siadam w bujanym uszaku (mam, spełniło się!) i czytam Michasiowi na dobranoc, a gdy już zaśnie wychodzę na paluszkach i siadam do swoich spraw przy swoim miejscu do pracy w sypialni. Latem okna dachowe otwarte na oścież, a ja sobie tak myślę, że warto mieć marzenia, doczekać ich spełnienia. Może kiedyś będzie ten dom za miastem, może będzie więcej dzieci, może będą śniadania na tarasie, może… A póki co, wyjmuję notatnik i zapisuję kolejne plany, może nie marzenia, ale plany, a ich realizacja zwyczajnie mnie ucieszy, bo szczęście już chyba jest i pierdółki mi do niego nie są konieczne :)

A Twoje marzenia się spełniły?

Majóweczka!

Lubię aktywne wypoczynki. Ostatnio nie mam na nie za dużo siły, ale staram się nie zgnuśnieć :) Weekend majowy spędziliśmy z moimi teściami, których Michał uwielbia, a babci nie odstępuje na krok :) Pogoda nas nie rozpieściła, ale pierwszy dzień Majówki nie był aż taki zły. Spędziliśmy go w Kowarach, Świeradowie-Zdrój i w Leśnej. W każdym miejscu kilka przyjemnych chwil – kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że auto to wspaniały wynalazek ;)

Przystanek 1: Kowary

Malutka miejscowość, w której znajduje się Park Miniatur – najpiękniejsze pałace, zamki i co piękniejsze budowle Dolnego Śląska zostały zmniejszone wielokrotnie i umieszczone w jednym pięknym ogrodzie. Malownicze budowle wyglądają jak królestwo jakichś malutkich istot, które gdzieś się pochowały przed zwiedzającymi. A Ty czujesz się jak Guliwer, który przy nieobecności Liliputów może napić się kawki i zjeść kawałek sernika delektując się głównie widokiem ogrodu. Bardzo przyjemne miejsce – polecam :)

 

Przystanek 2: Świeradów-Zdrój

Tu zjadłam pyszny obiad i przespacerowałam się główną ulicą, no i po raz pierwszy odwiedziłam Świeradowski Dom Zdrojowy. Muszę przyznać, że te domy zdrojowe jak dla mnie mają w sobie coś… gdy odwiedzam takie miejsca, mam wrażenie, że jestem w XIX wieku i spaceruję sobie niczym Izabela Łęcka wśród pięknej architektury. Poza tym natknęłam się na przepiękny kramik z serwetami, koronkami i artykułami wyszywanymi do kuchni i jadalni. Podchwyciłam parę pomysłów, które mam nadzieję, że uda mi się wprowadzić do mojego domu :)

Przystanek 3: Sucha, Leśna: Zamek Czocha

Nie przepadam za surową średniowieczną architekturą, ale ten Zamek warto zobaczyć. Dotarliśmy tam za późno, by obejrzeć wnętrze, ale dziedzińce są równie piękne :)

Az całego wyjazdu Michaś przywiózł mój ulubiony, dawno niewidziany… tak! Katar!

Już jutro opowiem Wam jakie mam sposoby na radzenie sobie z glutami, które są jak niekończąca się opowieść.