Nie taki powrót do pracy straszny jak go malują :)

Dzisiejszy wpis jest w ogóle nieświąteczny i na pierwszy rzut oka zupełnie nienastrajający optymistycznie, ale myślę, że jest potrzebny, tym bardziej, że obiecałam go Dorotce. Kieruję ten post do mam, które wkrótce po urlopie macierzyńskim, tudzież wychowawczym szykują się do powrotu do pracy i mają w związku z tym mnóstwo rozterek, obaw i różnych nie zawsze pozytywnych myśli. Praca czasem wyczekiwana, a czasem bardzo NIEwyczekiwana, zawsze gdzieś jest, czeka na nas i się czai za progiem naszego domu, aż w końcu dopada nas, gdy mijamy magiczną granicę urlopu. Dorotka prosiła, żebym opowiedziała jak to jest gdy się w końcu do niej wraca, więc… filiżanka kawy Inki z mleczkiem, laptop i list :)

Droga Dorotko

(i Wy, wszystkie szanowne piękne mamy)!

Zacznę od banalnego stwierdzenia, że są różne, zawody, różne stanowiska, różne kobiety i różne dzieci. I tak też niektóre mamy ze zniecierpliwieniem czekają na powrót do pracy, w której się spełniają, w której mają przyjaciół, w której dobrze zarabiają, podczas gdy inne starają się odganiać myśl o nieuchronnym powrocie do żmudnych obowiązków, które są źródłem jakiegoś tam potrzebnego dochodu. Ja balansowałam trochę między jedną grupą a drugą. Z jednej strony praca słabo płatna, ale lubiana przeze mnie. A z trzeciej strony maluszek pozostawiony przeze mnie pod opieką kogoś innego – pod tym względem decyzja o powrocie do pracy nie była łatwa.

Michałek urodził się w styczniu, do pracy miałam wrócić w czerwcu, ale ze względu na szybciej zaczynające się wakacje (dobrze, że mieliśmy EURO 2012) zyskałam jeszcze czerwiec, lipiec, sierpień i prawie cały wrzesień. Prawie 4 miesiące. Gdy powróciłam do pracy, Michaś miał 9 miesięcy. Uważam, że był to dobry czas. Nie bał się panicznie obcych, tak więc zostawianie go z nianią nie było okupowane łzami i tkliwymi pożegnaniami ze mną. Ale z drugiej strony – wciąż był jeszcze bardzo malutki. Każdego dnia robił coś nowego, stawał, siadał, rozpoznawał zabawki, naśladował dźwięki. A ja miałam kaca moralnego, że nie ja to nadzoruję, nie ja obserwuję ten cały rozwój, tylko pani niania. Boże, jaka ciężka była decyzja co do niani! Tygodniami gryzłam się z tym – niania? żłobek? Urlopu wychowawczego nie brałam pod uwagę.  Nie bardzo mogłam sobie finansowo na niego pozwolić, a z drugiej strony – nie chciałam „wypaść z obiegu”, jeśli chodzi o pracę. Trochę tęskniłam już do ludzi, do przestrzeni innej niż dom, samochód i park z placem zabaw. Żłobka się bardzo bałam – choroby małego oznaczałyby ciągłe zwolnienia, a na to ani ja, ani mąż nie mogliśmy sobie za bardzo pozwolić. Tak więc została niania. Nasłuchałam się od niektórych uwag typu „Nie wiadomo co ona będzie robić u Ciebie w domu” albo „W życiu bym nie zostawiła dziecka pod opieką obcej babki”. Ja nie narzekałam. Znalazłam wspaniałą panią nianię, Michał ją uwielbiał, nigdy w życiu nic mi z domu nie zginęło, a i też nie miałam w nim nic, co należałoby przed kimś ukryć. Nigdy też nie podejrzewałabym pani niani o niecne zachowania. Ale, o dziwo, nasłuchałam się też od zupełnie obcych ludzi, a nawet nie ja, a moja mama. W drodze do pracy spotkała znajomego i na luźne pytanie „Co tam słychać?” wspomniała o tym, że jej córka wraca do pracy. A na to ten pan: „Jak tak można? Przecież dziecko potrzebuje matki! Należy zostać jeszcze w domu!” Niesamowite, prawda? Człowiek, który mnie nie zna, nie zna mojej sytuacji finansowej, nie zna mojego dziecka, ma czelność mnie krytykować. W dodatku facet, który pewnie tyle czasu spędził ze swoimi dziećmi, co ja z Michasiem w ciągu dwóch lat jego życia. Z takim zachowaniem też trzeba się liczyć. Zawsze znajdą się ludzie, którzy z przyjemnością będą Cię krytykować. Objadą Cię, że dałaś dziecko do żłobka, albo dlatego, że masz nianię, albo dlatego, że wracasz do pracy. A to tak naprawdę jest tylko i wyłącznie TWOJA decyzja i nic nikomu do tego co postanowisz. Dlatego nie miej wyrzutów sumienia z tego powodu, że wracasz do pracy. Nie Ty jedna w życiu doświadczyłaś powrotu do   t e j   rzeczywistości, nie Ty jedna przez to przechodzisz. A nasze życie tak właśnie wygląda – wychowujemy dzieci, kochamy bliskich, rozwijamy swoje pasje, ale też pracujemy. Nie myśl też, że omija Cię bezpowrotnie ważny czas w życiu Twojego dziecka – wiele chwil Ci umknie, czasem nawet nie z Twojej winy. Nie jesteś czasem w stanie zaobserwować wszystkiego, być obecna w każdym ważnym momencie. Jesteś potrzebna  w wielu miejscach, nie tylko przy dziecku.

A ten pierwszy faktyczny dzień w robocie? Pytałaś, Dorotko, jak to było. Wróciłam do pracy 4 października 2012. Zajęcia zaczynałam o 8 rano w Instytucie Politologii, który jest położony w dawnych koszarach wojskowych. Jest tam bardzo duży parking, drzewa kasztanowe rosną tuż przy budynku. Bardzo przyjemna sceneria. Dojechałam autem na 7. 30, zaparkowałam i chwilę siedziałam jeszcze w samochodzie. I przypomniałam sobie, że tu niedaleko, trzy ulice dalej była moja szkoła rodzenia, i że rok wcześniej jeździłam tam na zajęcia z mężem, gdy wyczekiwaliśmy naszego kochanego synka. Jesienny wiatr zawiał, zdmuchnął liście z kasztanowca, a ja w aucie w bek, że ja chcę do Michałka, że ciekawe co on robi, że niania mu czyta właśnie książeczki, a nie ja… Od razu zadzwoniłam do Marty, która mnie przez telefon pocieszała utwierdzając mnie w przekonaniu, że przeżywa to samo, że nie jestem jedyna, że taka jest kolej rzeczy, że nic złego się nie dzieje. Dzięki, Marta, że zawsze mogę zadzwonić, poradzić się, pomarudzić… :) Zajęcia skończyłam o 13:00 i pojechałam do domu z takim uczuciem małego tryumfu :)   I jakoś z każdym dniem było coraz lepiej.

Wiesz jak jeszcze umiliłam sobie powrót do pracy? Zakupami :) Jakież to banalne i płytkie, ale tak było :) Kupiłam kilka ślicznych rzeczy – torbę, buty, bluzki, dwie sukienki, mój ukochany puder, szminkę. I było mi przemiło w pracy słyszeć „ślicznie wyglądasz, macierzyństwo Ci służy” Postaraj się, by Twój powrót do pracy miał w sobie coś fajnego :) Na pewno czeka tam na Ciebie jakaś dobra koleżanka, z którą pogadasz o tym, co u Ciebie ostatnio. A wcale nieprawda, że nic, bo my, kobiety takie jesteśmy już, że zwykle oprócz wychowywania dziecka, robimy coś jeszcze – czegoś się uczymy, coś czytamy, gdzieś jedziemy, rozwijamy się.

Jedyna pułapka, w którą wpadłam, to obowiązki domowe, które mnie przytłaczały. Przez czas urlopu pilnowałam porządku w domu, gotowałam, prałam, prasowałam, zajmowałam się wszystkim. Po powrocie do pracy czasu miałam już dużo mniej i musiałam mocno przypominać mężowi, że „Halo! Wróciłam do pracy!” Przypilnuj podziału obowiązków domowych, postaraj się, by powrót do pracy Cię nie zamęczył, bo to tylko jedna z części Twojego życia, ale nie ta najważniejsza.

Dorotko (i Wy, wszystkie mamy), trzymam mocno za Was kciuki. Powrót do pracy nie będzie taki straszny. Może teraz gdzieś spędza Ci jeszcze sen z powiek, ale dasz radę. Wiele mam daje.

Wracam do mojej filiżanki kawy, a Tobie życzę powodzenia i radości (nie tylko na Święta :) )

Całuję,

Kasia :)