Bajkowe przyjęcie urodzinowe!

Jakiś czas temu pokazywałam Wam jak obchodziliśmy ROCZEK naszego młodszego Synka. Było naprawdę bajecznie – kolorowo, pastelowo, dzidziusiowo :) Przyłożyłam się do tych urodzin porządnie i było cudnie. Michaś przez okrąglutki miesiąc pytał mnie kiedy będą jego urodziny, no kiedy, kiedy, kiedy… No i odbyły się tuż po Nowym Roku.

Przyjęcie musiało być podobne troszkę do przyjęcia brata sprzed kilku miesięcy, bo – kto ma więcej dzieci niż jedno, ten wie – jak ma jedno, to i drugie mieć musi. Chciałam jednak, żeby było w pewien sposób wyjątkowe, żeby kojarzyło się z czymś magicznym, bajkowym. Niedługo się zastanawiałam, bo z pomocą przyszła mi jedna z ulubionych książeczek Michałka, którą podarowałam mu na Mikołajki – Dziadek do Orzechów.

Znacie tą historię? O dzielnym Dziadku do orzechów, złych myszach, kochanej Klarze i krainie słodkości? Może widzieliście kiedyś film? Ja dawno temu go oglądałam i zauroczył mnie bardzo. Uwielbiam takie nierealne, bajkowe klimaty. Lubię przenosić się w cudowne krainy na niby, gdzie czas płynie inaczej, a wszystko dookoła jest rajem dla zmysłów. Taką opowieścią, która sprawia, że od razu uruchamiam wyobraźnię, jest właśnie Dziadek do Orzechów. Akcja rozgrywa się w pięknie przystrojonym świątecznie domu, przy cudnej choince, a potem w kraju słodkości. Któż z Was nie chciałby się przenieść do takiej bajki? Tam, gdzie są torty i ciasta, ciasteczka i piernikowe choinki, cukrowe Mikołajkowe laski, cake popsy, czekolada i owoce… Gdzie płyną marcepanowe rzeki, a puszysta bita śmietana tworzy kopuły zamkowe… No i w tle Magia Świąt Bożego Narodzenia z całym swoim nieprzeciętnym urokiem. W tym roku postanowiłam, że choć w małym stopniu zabiorę Michałka do tej Krainy. Właśnie w jego urodziny.

Nie zdążyłam niestety zrobić porządnych zdjęć, gdy stół był dopięty na ostatni guzik. Poniżej w przelocie cyknęłam kilka zdjęć, gdy brakowało jeszcze sztućców i serwetek, ale mam nadzieję, że mimo tego, poniższe zdjęcia dadzą Wam ogólne wrażenie tej urodzinowej bajki. A ja spróbuję Wam podpowiedzieć jak taką bajkę stworzyć :)

Jak widzicie, znów postawiłam na pastelowe bieżniki – miało być dziecięco i radośnie, i tak właśnie było. Do tego w centralnej części stołu zmarszczyłam cukierkowo różowy obrus w makaroniki. Do złudzenia przypomina ilustrację z książeczki Michałka –  różowa rzeka i makaronikowe wyspy.

 Pozostałam też w świątecznym klimacie -piękna choinka zdobiła salon, a proporczyki w gwiazdeczki dyndały nam nad głowami. Fakt – nie były kolorowe, ale stół nadrabiał braki kolorów, a chorągiewki pięknie się komponowały z naszym salonem i zimową aurą :)

 Do tego wianuszek z szyszeczk, tuż obok urodzinowych cake pops. Takie zimowe urodziny :)

Piernikowe choinki od A do Z ozdabiane przez Jubilata i babka marmurkowa z tego przepisu. O pieczeniu ciasteczek możesz przeczytać TU

Ponadto jak to na urodzinach – buteleczki z soczkami i kolorowymi słomkami, świąteczne ciasto marchewkowe i kolorowa ceramika.

Dzień później z urodzinową wizytą wpadli do nas sąsiedzi. Stół już złożony, mniejszy, ale wciąż w klimacie :) Tkanina w makaroniki, cudowne cake pops (stąd), ciasteczka i pastele…

Synku, spełniaj marzenia, żegluj na falach wyobraźni, i uwierz w to, że niemożliwe nie istnieje. Wszystkiego najlepszego z okazji czwartych urodzin :*

Kulinarnie z Maluchem czyli pieczemy ciasteczka na urodziny!

Na Święta Bożego Narodzenia nie zdążyłam upiec ani jednego piernika. Upiekłam serię na Mikołajki. Część Maluchy pożarły w swoim Mikołajkowym tipi, a część wylądowała na Mikołajkowym stole, przy którym, jak co roku, zasiedli nasi sąsiedzi i przyjaciele. Jednak zimowy czas, to też czas Michałkowych urodzin, na których miały się pojawić  piernikowe choinki i gwiazdki zgodnie z życzeniem Jubilata. Tak więc zabraliśmy się do pieczenia. Poszły w ruch wszystkie wałki, bo każdy musi mieć swój, herbatka, kawa, foremki, kolorowe posypki… Bawiliśmy się całe przedpołudnie :)

 

Nie będę Wam przepisywać przepisu, z którego korzystam przy piernikowych wypiekach. Jest stąd. Pierniki są banalne w przygotowaniu, pieką się ekspresowo i, jeśli nie przytrzymacie ich za długo w piekarniku, będą mięciutkie i gotowe do spożycia od razu. Jeśli są twardawe, zamknijcie je w szczelnym pojemniku. Mi za piernikowy skarbiec posłużył cudowny słój z porcelanową pokrywką od Moja Mała Francja. Uwielbiam takie połączenie szkła i ceramiki, a szczególnie wtedy, gdy mogę naczynie praktycznie wykorzystać :)

 

Kolorowe posypki i cukierki Skittles posegregowaliśmy w moich ulubionych porcelanowych miseczkach Provence. Oczywiście największą frajdą byłoby przesypawanie zawartości jednej miski do drugiej, ale jakoś powstrzymałam Michała przed tym szalonym pomysłem. Całą energię wykorzystał na obsypywanie polukrowanych już choinek i gwiazdek.

Jeśli macie chwilę, pobawcie się z Maluchami w kucharzy i cukierników. Radość jest ogromna, a gdy ciastka finalnie pojawiają się stole, duma dziecka jest bezcenna. No bo gdy czterolatek przygotowuje sam poczęstunek dla swoich gości… jest się czym pochwalić ;)

Urodzinowe świeczki…

Oprócz pierników polecam Wam jeszcze jeden przepis na pyszne ciasteczka dżemowe oczka „thumbprint”, które ja nazwałam pawimi oczkami. Są bardzo proste w przygotowaniu i naprawdę pyszne – kruche, rozpływające się w ustach. Przepis pochodzi ze strony Moje Wypieki, ale ja kilka rzeczy delikatnie w nim zmieniłam, więc zamieszczę Wam tutaj przepis Doroty po moich zmianach.

Składniki:

125 g masła, zimnego i pokrojonego w plastry
1/3 szklanki cukru pudru
1 żółtko
130 g mąki pszennej
90 g zmielonych migdałów
ziarenka z jednej laski wanilii
pół łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli

Przygotowanie:

Ciasto ugniatamy (ja zrobiłam to ręcznie), zawijamy w folię spożywczą i wkładamy na ok. 1 godz.do lodówki. Następnie wyciągamy, odrywamy małe kawałki, formujemy z nich kulki, układamy na blasze bądź na stolnicy. Palcem, bądź końcówką łyżki robimy w kulkach wgłębienia, przez co kulki delikatnie się spłaszczają. W zagłębieniach umieszczamy dżem (ja użyłam porzeczkowego). Pieczemy w temp. 170 stopni przez ok. 15 min (tak, by ciastka się lekko zarumieniły). Studzimy i pałaszujemy :)

 To co? Pieczecie dziś? :)

Na zdjęciach:

Słój z kogutem - Moja Mała Francja

Miseczki Provence - Moja Mała Francja

Kawa Inka. I drugie dziecko :)

Jakiś czas temu napisałam post o bardzo przyjemnym poranku – podziwiałam ptaszki podarowane mi przez Olę, piłam poranną herbatę z sokiem malinowym i rozważałam drugą ciążę. Pisałam wtedy o swoich obawach, przemyśleniach, strachach i pragnieniach. Dostałam kilka naprawdę fajnych komentarzy, które mnie utwierdziły w przekonaniu, że nie jestem jedyną kobietą, którą dopadają podobne przemyślenia. Przemyślenia te dopadały mnie tym bardziej, że Marta była już w magicznym czasie oczekiwania na drugiego maluszka i zastanawiałam się wtedy, czy aby nie jest to dobry moment bym i ja przymierzyła się do tego tematu…

Dziś delektowałam się kawą Inką z mleczkiem i oglądałam elementy wyprawki, które dostałam od mamy. Rozpoczęłam 26-sty tydzień i powoli kompletuję rzeczy dla drugiego maluszka… Zainteresowanym mogę powiedzieć jak to jest z tą drugą ciążą – przynajmniej na razie. :)

Od mniej więcej lutego jestem w domu – ciągłe wymioty bardzo utrudniały mi początki ciąży, choć i tak były ciut lżejsze niż przy pierwszym dziecku. Oprócz tego dokucza mi trochę ból pleców i inne charakterystyczne dla przyszłych mam dolegliwości. A tak poza tym jak to jest? Cóż, inaczej :) Nie mam tyle czasu, by napawać się każdą chwilą tego czasu, gdy biją we mnie dwa serca. W domu mam malucha, który ma tysiąc pytań, co chwilę ciągnie mnie do siebie do pokoju mówiąc „Chodź ze mną do mojego pokoju bawić się”, każe czytać sobie bajki albo domaga się spaceru. Dni mam raz lepsze, raz gorsze. Dziś na przykład jest jeden z tych gorszych – poranek przeleżałam w łóżku, bo nie miałam siły wstać, co niesamowicie frustrowało Michasia. Potem była okropna burza, grzmoty i Michał płaczący „Bojem się, chcem na lączki”. Ciężko go nie wziąć na ręce, gdy płacze i prosi, ale jeszcze ciężej go mieć na rękach, bo dźwigać mi nie wolno. Czasem czuję się naprawdę bardzo sfrustrowana i zmęczona – może lepiej było by, gdyby maluch był w żłobku/przedszkolu… ja bym bardziej wypoczywała, więcej bym się wysypiała. No ale podjęliśmy taką, a nie inną decyzję – że nie chcemy puszczać Michałka do żłoba, by uniknąć chorób, które we wrześniu mógłby przynieść do domu, do nowo narodzonego maleństwa. Poza tym, chciałam by spędzał trochę więcej czasu ze mną. Czasem jednak brakuje mi oddechu. Mama pomaga mi, jeśli może. Mąż ma tysiąc pięćset sto siedemset obowiązków w pracy, nie ma go czasem całymi dniami, więc trochę zostaję sama  i z maluchem, i z domem, i z ciążowymi dolegliwościami. Myślę, że łatwo nie jest gdy jest się zupełnie samej, ale staram się szukać pozytywów. Czasem odwiedzi mnie koleżanka, czasem urządzam Michałowi piknik na balkonie, czasem pół dnia buduję z nim zoo z klocków Duplo – dni są różne. Wiem też, że to chwile bezpowrotne, więc staram się czerpać jak najwięcej dobrego z tego wspólnego czasu.

Nie powiem też, że już nie mogę się doczekać naszego drugiego malucha. Boję się bardzo tego jak to będzie. Czy sobie poradzę, czy będzie dobrze, czy ogarnę dwójkę dzieci, czy nie dopadnie mnie baby blues… Niczym Scarlett O’Hara powtarzam „Pomyślę o tym jutro” i odwlekam opracowywanie planu sytuacji kryzysowej ;) Chyba wolę się skupić na tych przyjemnych aspektach oczekiwania – kompletowanie ubranek, pieluszek, pościeli, zabawek: to jest to, co tygryski lubią najbardziej! No i trzeba jakoś Michasia przygotować na rodzeństwo – niby wie, że brzuszku u mamy jest dzidziuś, ale odnoszę wrażenie, że jakoś nie jest w stanie na razie zwizualizować przyszłości. Cóż, ja na razie też nie próbuję tego robić :)

Opowiem jeszcze o swoich obawach i przemyśleniach co do szczęścia pomnożonego przez 2, a póki co – trzymajcie kciuki, bym wytrwała :)

Herbata. I drugie dziecko?

Ostatnio po raz n-ty zaniemogłam – tym razem angina z gorączką, a co za tym idzie L4 i leniwe poranki w domu. I tak też gdy już mi się nieco polepszyło, pewnego ranka piłam sobie herbatkę z sokiem malinowym, cieszyłam oczy upominkami od kochanej Oli (swoją rzeczą ślicznymi hand-made items), porozmyślałam trochę nad tematem, który pokątnie wypływał już kilka razy – czy chciałabym drugie dziecko?

Zacznijmy od tego, że temat ten jest dość śliski. Jak napiszę: nie, bo nie chcę znów być w ciąży, to urażę kobiety w ciąży. Gdy napiszę nie, bo nie chcę drugi raz przechodzić przez kolki, ulewania, karmienia nocne, ząbkowanie i ciągłe siedzenie w domu… urażę wszystkie mamy maluchów.  Nie wspominając w ogóle o tym, że samo moje „nie” może wzbudzić falę sprzeciwu, a kobiety mające kilkoro dzieci mogą poczuć się dotknięte.

Jednak powinnam się przemóc i napisać co czuję – może ktoś tam jest ciekaw tego, co myślę, a może nawet ktoś podziela moje myślenie, obawy i rozterki.

Generalnie (tu biorę głęboki wdech) chciałabym mieć dzieci – jak widać po zdaniu: dzieci są liczbą mnogą, tak więc jest ich więcej niż jedno. Jednak gdy pomyślę o ciąży i porodzie… Jakoś skrzydła mi opadają. Nie, żebym źle wspominała czas ciąży, o nie! Nie miałam żadnych problemów zdrowotnych w ciąży, wszystko działo się prawidłowo, a te 9 miesięcy wspominam naprawdę wyjątkowo – był to taki czas dla mnie. Wysypiałam się, dbałam o siebie, łaziłam na zakupy, oglądałam filmy, czytałam dużo, prowadziłam wiele zajęć prywatnie, gotowałam bez pośpiechu, bez stresów, byłam nawet na kilku większych imprezach – jednym słowem: wypoczywałam aktywnie. Wyjątkiem były pierwsze 4 miesiące, kiedy to wymiotowałam o każdej porze dnia, co było bardzo męczące.  Poród natomiast nie należał do najłatwiejszych, ale nie wspominam go traumatycznie. O 7 wieczorem zostałam przyjęta na salę porodową, o 1:40 przytuliłam i pocałowałam moje dziecko po raz pierwszy (polecam taki kontakt skóra do skóry, niesamowite wspomnienie…).  7 godzin to nie bardzo krótki czas, ale bardzo się cieszyłam, że nie rodziłam na przykład przez godzin 27. A tak też mogło być. Więc dlaczego się boję? Bo jestem przewrażliwioną panikarą węszącą wszędzie kłopoty – boję się, że ta ciąża mogłaby być problemowa, że poród mógłby być ciężki, że mogłabym przytyć tyle, że już nigdy tego nie zrzucę… Że wymiotowałabym znów tak, że utrudniałoby mi to opiekę nad Michasiem… Takie moje strachy.

Boję się też tego, co byłoby po porodzie. Michaś miał ostre obustronne zapalenie uszu zdiagnozowane gdy miał tydzień. Spędziliśmy 2 tygodnie na Borowskiej na patologii noworodka z personelem, który, moim zdaniem, sam w sobie był patologiczny. Moja kondycja fizyczna była straszna, gdy patrzyłam na moje dziecko wyjące z bólu, nakłuwane tysiąc razy, z wenflonami w głowie, wystraszone, przerażone wręcz, prawie nigdy nie śpiące. No i ja biegająca między piętrami, śpiąca w adidasach i dresie, z telefonem przy uchu. Na sygnał biegłam na inny oddział, żeby nakarmić dziecko – nieważne o której godzinie. Wspominam to wszystko jak jakiś koszmar. Nigdy więcej nie chcę przechodzić przez to drugi raz.

A potem pobyt w domu… Mąż nie miał urlopu, ponieważ wtedy to zmienił pracę i urlop tacierzyński, ówczesne 2 tygodnie postanowił wykorzystać w wakacje. Moja mama aktywna zawodowo od 7 do 15 w pracy, dojeżdżająca daleko, o 17 w domu. Zresztą o tej samej godzinie, co mój mąż. Moja babcia opiekująca się na cały etat moim dziadkiem chorym na Alzheimera. No i ja w domu sama na trzecim piętrze w budynku bez windy – codzienne koszmarne spacery: ściąganie wózka na dół i wciąganie go na trzecie piętro. Michaś od pobytu w szpitalu niespokojny, śpiący jak mysz pod miotłą – byle hałas i płacz. Głód i ryk. Nuda i płacz. I tak przez pierwsze 3 miesiące, dopóki nie nauczyłam się trochę jego obsługi i dopóki nie poznaliśmy się trochę lepiej. Po 3 miesiącach byliśmy już na nieco wyższym etapie… Ratunkiem dla mnie ogromnym były spotkania z Anią i z Martą – wspaniały czas spędzony wspólnie z dziećmi, pełen śmiechu, optymizmu, ale też wzajemnych rad, pomocy. Jestem dozgonnie wdzięczna Bogu za tak wspaniałe koleżanki, które mi zesłał na ten urlop macierzyński :)

Gdybym teraz zaszła w ciążę – nie będzie Ani z Szymusiem, ani Marty z Jankiem. Dalej będę sama – nikt mi nie umyje okien, nie zrobi zakupów, ani obiadu. A ja będę musiała ugotować coś dla siebie, dla Michasia, będę musiała posprzątać, wyprać, wyprasować, zająć się maluszkiem, nakarmić go, przewinąć, zabawić… I to wszystko zapewne będę robiła ciągnięta jednocześnie za nogawkę przez mojego Michasia („Chodź budować! Chodź rysować!) Nie mogę mu nie poczytać, jeśli mnie prosi o „Kacze-Dziwacze”, a trzeba ją czytać kilka razy…Echhh, dobrze, że przynajmniej winda już jest – może łatwiej byłoby mi wyjść na spacer. Chociaż upilnowanie Michasia i pchanie jednocześnie gondoli… Wyczuwam trud i zaczynam się zastanawiać czy mam siłę…

Kolejny aspekt jest już bardzo przyziemny – jak mawia mój mąż: pieniąse. Wcale nie prosta sprawa. Dziecko nie kosztuje mało. Szczepienia, choroby, wizyty u lekarzy, jedzenie (mieliśmy tego pecha być na sztucznym mleku)… to wszystko kosztuje, a ja przecież dopiero co wróciłam do pracy! Jeszcze nawet nie zdążyłam zrobić sobie jakichś oszczędności na moje małe co nieco! A tu już nowe wydatki…? Nie wiem czy gotowam…

Podsumujmy: ciąża z wymiotami, poród bolesny jak cholera, wizja chorób i szpitala, obowiązki domowe przygniatające mnie niczym sklepienie niebieskie Atlasa, i kupa wydatków. W tym punkcie część mam zapewne podejmuje decyzję. Tym bardziej, że z każdym dniem coraz lepiej śpimy, coraz lepiej sobie radzimy, coraz bardziej możemy się z naszym maluchem dogadać… Kto by chciał wracać do tych początków? Zastanawiać się czemu płacze, martwić się o każde 10 ml pokarmu, i każdą kupę analizować z wprawą eksperta…

I tylko jest gdzieś jeszcze w środku ten głos mówiący o tym, że jest jeszcze tyle miłości, by obdarować nią kolejne życie… Jest gdzieś chęć utulenia maluszka raz jeszcze, jest pragnienie bawienia się z dziećmi, robienia im prezentów pod choinkę, wspólne pisanie listów do św. Mikołaja… Nie chcę mieć tylko jednego Michałka. Nie wiem jak potoczy się nasze życie, a na razie on jest jego środkiem. Tylko on nadaje wszystkiemu sens. Gdyby nie on, nie miałabym teraz dla kogo żyć. Taką miłością mogę obdarzyć jeszcze kolejne dzieci, które razem z Michałkiem będą tworzyły pełną rodzinę. Nie chcę też, by Michał był sam na przyszłość. Widzę to po moich dziadkach – teraz, gdy mój dziadek jest tak poważnie chory, moja babcia liczy na wszystkie swoje dzieci i cała trójka pomaga w miarę możliwości. Nie chcę w przyszłości zostawić starych rodziców na głowie jednemu Michałowi. Chcę, by miał w kimś oparcie, by nie był samotny. Chcę też, by miał towarzysza do zabaw już teraz w latach swojego dzieciństwa. Chcę, by moje dzieci rozwijały się razem, wspólnie poznawały świat niczym ekipa podróżników lub młodzi Bastablowie. A będzie tak, jeśli różnica wieku między nimi nie będzie zbyt duża – każdy rok mojego zastanawiania się i czekania zadziała na moją niekorzyść – gdy poczuję się już bardzo wygodnie z tym co mam, możliwe, że w ogóle się nie zdecyduję. Tylko wciąż się boję – że będę sama, że będzie mi ciężko, że będę sfrustrowana obowiązkami… Te obawy sprawiają, że odwlekam decyzję o drugiej ciąży. Przyjaciółka mi powiedziała „Za dużo myślisz. Nie można wszystkiego przeliczać, obliczać. Dziecko to nie interes – nie możesz myśleć czy się opłaca czy nie”

No i siedziałam sobie tak z tym kubkiem herbaty z sokiem malinowym, oglądałam ptaszki, które Michałek dostał od cioci Oli i myślałam jak ozdobię pokój, gdy już będzie ich dwoje… Tylko wciąż nie wiem kiedy to nastąpi…