Pyszna owsianka z gruszką w iście świątecznym klimacie!

Listopad wprowadził w naszym domu iście przedświąteczną atmosferę. Pojawiły się przeróżne światełka, świece, świeczniczki, które przyjemnie rozświetlają kąty na naszym poddaszu. Zapach mandarynek, pomarańczy, herbatki korzennej i czekoladowych cukierków przywodzi na myśl świętego Mikołaja, a Maluchy coraz częściej pytają o prezenty i Gwiazdkę. Poranki są naprawdę rześkie, a wieczory spędzamy pod ciepłymi kocykami w grubych skarpetkach. Oczywiście nie obywa się bez choróbsk, ale to chyba taka tradycja, że zimą chorujemy, popijamy herbatę z miodem i cytryną i wylegujemy się w łóżeczkach. A jak nie chorujemy, to w zimne poranki wstajemy wcześnie, wskakujemy w ciepłe sweterki i rozpoczynamy dzień czymś pysznym i ciepłym. Owsianka na takie poranki jest idealna. Wypełnia brzuszki i dodaje energii na cały poranek, który spędzamy w pracy, w przedszkolu, czy w żłobku. Dziś zapraszam Was do porannego zimowego stołu, gdzie serwuję gruszkową owsiankę w prawdziwie już świątecznym anturażu. Skusicie się?

Składniki:

płatki owsiane błyskawiczne (ok. 3 kopiastych łyżek)
olej kokosowy
wrzątek
gruszka
kilka orzechów włoskich
suszone morele
cynamon
imbir
miód (lejący się)

 Prosta, bez gotowania, pożywna i naprawdę pyszna. Do tego bardzo delikatna, bo wyjątkowo nie dodałam do niej przypraw. Jak ją zrobić? Płatki owsiane błyskawiczne zalewamy wrzątkiem, dodajemy łyżkę oleju kokosowego i czekamy, aż płatki wchłoną wodę i olej. Dodajemy pokrojoną w kostkę gruszkę, suszone morele i orzechy włoskie. Całość możemy polać odrobiną miodu. Miód nie jest konieczny, gdyż gruszka nadaje wystarczającą słodycz owsiance, ale ze względu na swoje lecznicze właściwości włączyłam miód na stałe do swojej zimowej diety. Ponadto uwielbiam połączenie miodu i orzechów. Możemy do owsianki dodać cynamon, który ładnie skomponuje się z gruszką i imbir, który nada jej nutę pikanterii. Ja z przypraw akurat dziś zrezygnowałam, choć zazwyczaj je dodaję.

 Zobaczcie – niby nic takiego, a jak ładnie i smacznie! Wystarczy kilka gwiazdek, ładny obrus, kilka choinkowych gałązek i szyszeczek i mamy piękne nakrycie – pyszne, prawie że świąteczne śniadanie!

A Wy? Robicie rano szybkie owsianki?

Ściskam zimowo.

K.

Co przyniosła tegoroczna Wiosna…?

Wiosenki, ach te wiosenki… jakoś tak za szybko mi umykają. Ledwo co się obejrzę, a tu wraz z kwitnącymi kwiatami do domu nowe dziecko przybywa, nowa zmarszczka, nowy siwy włos (o tak, znalazłam ich kilka ostatnio!), ale i radość nowa, nowe umiejętności, nowe wyzwania, nowe niespodzianki. 5 lat temu, dokładnie na wiosnę, dowiedziałam się, że zostanę Mamą po raz pierwszy. Niesamowita to była wiosna. Kolejnej wiosny tuliłam już Puszka-Okruszka… pamiętam jak w Wielkanoc ubrałam mu śliczne błękitno-szare body z króliczkiem.. A potem była kolejna wiosna, i kolejna, kiedy znów biły we mnie dwa serca, a potem taka wiosna kiedy podwójne macierzyństwo dało mi jakiegoś wielkiego energetycznego kopa – muskałam nasze cztery kąty, pichciłam, tuliłam, lulałam, zdobiłam… Zresztą efekty widzieliście rok temu – stworzyłam serię aranżacji Wielkanocnego stołu, wiosenne święta organizowałam też na swoim poddaszu, po raz pierwszy z naszymi dziećmi, już po tej stronie brzuszka. W tym roku milczałam na blogu w okresie świątecznym. Wybaczcie, kochani, tą ciszę, ale w tym roku jakoś nie wyrobiłam się z Wielkanocno-wiosennymi postami. Aktualności możecie śledzić na moim profilu facebookowym, gdzie staram się być aktywna, ale czasem na bloga po prostu brakuje mi czasu. A tej wiosny działo się dużo :)

Przede wszystkim, moje młodsze dziecko wymaga coraz więcej opieki, coraz więcej uwagi. Poczytaj, nakarm, przytulaj, pobaw się – to już nie te czasy, gdy leżał cudnie na macie edukacyjnej, albo na bujaczku, a ja zdążyłam upiec, posprzątać, wyprasować (choć i tak miałam starsze dziecko 24 godziny na dobę w gratisie do młodszego), i jednocześnie stworzyć dla Was post. Teraz zazwyczaj starcza mi czasu tylko na szybką fotkę i szybką notkę na Fb. Karcę się za to codziennie, bo tyle mam pomysłów i tyle rzeczy ciekawych do pokazania, a ta doba taka trochę jakby za krótka wciąż :/

Poza moją młodszą pociechą, moją głowę zaprzątał też wielkanocny numer magazynu Claudia, a w nim moje ubiegłoroczne aranżacje stołu. To było dla mnie ogromne wyróżnienie i nawet nie podejrzewałam, że ta publikacja aż tak mnie ucieszy i doda skrzydeł :) Miło było tak przy kawie i eklerze poczytać o sobie, o swojej miłości do staroci, kwiatów, bieli, pasteli i bajek :)

Poza tym, moje szyjątka, o których pisałam jakiś czas temu mocno odżyły na wiosnę, szczególnie wianki. Wciąż szyłam i tworzyłam ich tej wiosny całe mnóstwo. Bawiłam się tkaninami, ozdobami, pisankami, wielkanocnymi dekoracjami. Wianuszki zamieszkały w różnych domach, zdobiły wiele świątecznych kątów i napawały mnie dumą :) Jeden z nich zawisł na drzwiach domu pokazanego w programie „Odpicowane Mieszkanie” w TVN. Miło mi było zobaczyć moje dzieło w telewizji, choć to, oczywiście, nie ja byłam tematem programu ;)

Fajna ta wiosna w tym roku :) Taka kreatywna, radosna, pełna niespodzianek, i już nawet te zmarszczki  i siwe włosy niestraszne :) Mam plan powrócić tu na bloga z większą werwą i już przygotowałam dla Was coś extra, więc bądźcie czujni! Wiosna jeszcze się nie skończyła. Czeka Was coś fantasmegatycznego :) Blog zaczyna znów przyspieszać!

Rodzinne Walentynki!

Ostatnie niedzielne śniadanie natchnęło mnie pomysłem jak świętować razem z mężem i moimi Maluchami nadchodzące Walentynki. Nie mam za bardzo serca do tego święta. Wydaje mi się takie głupawe, komercyjne i nieco tandetne, ale z drugiej strony… to dość miłe, że oficjalnie obchodzimy święto miłości. Zdecydowanie za rzadko pokazujemy bliskim jak bardzo ich cenimy i kochamy, a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Dlatego obiecałam sobie, że nadchodzące Walentynki spędzimy razem pięknie i radośnie i już poranek będzie pyszny i cudny. Taki mniej więcej jak ten :)

To „próbne” śniadanko miało miejsce ostatniej niedzieli, gdy mój mąż wyjechał i akurat byłam sama w domu z Maluchami. Żeby było wesoło zrobiłam im iście wiosenne śniadanie. Pyszne pancakes w kształcie motylków, ich ulubiony serek, owoce, herbatka truskawkowa… To jest to, co tygryski lubią najbardziej :)

Oczywiście nie obyło się bez motywu serduszka. Tacka i świeczka w ceramicznym serduszku nadały miłego i ciepłego klimatu.

Do tego radosne tekstylia (pudrowy róż i mięta) no i ten wiosenny motyw motyla… Urocze, prawda?

Do tego zapach hiacyntów, tulipany, żonkile. Kwiaty zawsze rozweselają i wprowadzają człowieka w błogi nastrój.

 W Walentynki nie dajemy sobie z mężem prezentów – taki mamy układ, że zawsze staramy się wspólnie spędzić pięknie czas, ale materialne rzeczy sobie darujemy. W tym roku jednak przygotowałam dla moich mężczyzn mikroprezenciki. Taka odrobina luksusu (naprawdę odrobina :) ) Kwiatuszek z kul kąpielowych dla męża i po zajączku kąpielowym dla Michałka i Mateuszka. Zajączki wyglądają przeuroczo i chyba kupię je jeszcze chłopcom  ”na Zajączka” jako dodatek do czekoladowego jaja.

A Wy? Obchodzicie Walentynki? A może skusicie się na mój pomysł z pięknym Walentynkowym śniadaniem?

Ściskam serdecznie!

Kasia.

Domowe pączki i początki wiosny!

Tradycja to dla mnie coś szalenie ważnego i nawet jeśli utrzymywanie jej grozi poszerzeniem bioder, nie jestem w stanie przejść obok niej obojętnie ;) Tak też jest z Tłustym Czwartkiem. Rozgrzeszam się całkowicie, pozwalam sobie rozkoszować się puszystymi pączusiami opruszonymi cukrem pudrem i wypełnionymi przepyszną konfiturą różaną. Ba! Pozwalam sobie nawet spożyć więcej niż dwa :) Wciągam w tą pączkową ucztę całą rodzinę, a także i gości. Już w zeszłym tygodniu smażyłam całą furę tych domowych rarytasów, a dziś druga tura. W końcu tradycja to tradycja :)

Zapraszam do stołu!

Zeszłoroczne spożywanie pączków w naszym domu mogliście podejrzeć tutaj Smażyłam je wtedy z przepisu z Moich Wypieków. W tym roku nieco zmodyfikowałam przepis stąd.

Jeśli jeszcze nie podjęliście decyzji o upieczeniu domowych pąków, podejmijcie ją od razu, a nie pożałujecie. Smakują bosko i są jednym z ulubionych deserów w naszej rodzinie. Oprócz Tłustego Czwartku, kusimy się na nie także w Boże Narodzenie.

Składniki:

  • 200 ml mleka
  • 500 g mąki pszennej, tortowej oraz niewielka ilość do posypania
  • 45 g drożdży
  • 80 g cukru
  • 6 żółtek jaj, rozmiar L
  • 20 gram cukru aromatyzowanego wanilią
  • 100 g rozpuszczonego masła
  • szczypta soli
  • smalec do smażenie (4-5 kostek)
  • konfitura z owoców dzikiej róży (choć z płatków też pewnie mogłaby być)
  • cukier puder do opruszenia gotowych pączków
Wykonanie:
Do mleka wrzucamy ok. 10 g cukru i delikatnie podgrzewamy mleko. Dodajemy ok. 10 g mąki i drożdże. Mleko nie może być za gorące, bo inaczej drożdże się sparzą i zaczną pracować. Mieszamy drożdże z mlekiem i z mąką o odstawiamy, żeby zaczęły buzować. W tym czasie przygotowujemy żółtka, mąkę (można ją przesiać), masło roztapiamy.
Łączymy mąkę z przestudzonym masłem, cukrem, solą, jajkami i zaczynem. Wyrabiamy, możemy podsypać mąką, jeśli ciasto zbyt się klei. Następnie odstawiamy je do wyrośnięcia.
Po wyrośnięciu przystępujemy do wyrabiania pączków. Możemy to zrobić na dwa sposoby.  Albo rozwałkowujemy ciasto, wykrawamy małe krążki (np. szklanką) i z każdego krążka zrobimy pączusia, lub ręką odrywamy kawałek ciasta i w ręce formujemy coś na wzór krążka – tak, by w środku umieścić konfiturę.
Na końcu zalepiamy, kulamy w rękach, a gotowe kuleczki odstawiamy do wyrośnięcia na ok. 20 min.
Po tym czasie nastawiamy tłuszcz (smalec odradzam kupować w Biedronce!) w rondelku lub w małym garnuszku i na rozgrzanym już tłuszczu smażymy pąki do porządnego zrumienienia. Dzielimy jednego z pierwszych na pół, by sprawdzić czy cały się usmażył, a jeśli wyszedł cudny, dokańczamy smażenie tych rarytasów.
Jak widzicie, z pączków z dziką różą można sobie urządzić prawdziwą ucztę. W otoczeniu pięknej ceramiki i budzących się do życia kwiatów zrobiły się z tego ucztowania prawdziwie magiczne, wiosenne i sielskie chwile :) Uwielbiam ten czas, gdy w mieszkaniu zaczynają się pojawiać kwiaty. Oprócz kwiatów pojawiły się też nowe kubeczki i cudaśna filiżanka mojego Syneczka z uroczym Misiaczkiem, który regularnie pobiera kąpiele w mleku, kakao lub herbatce :)
Pałaszowaniu nie ma końca… :)
A Wy? Smażycie? A może pieczecie? Na blogu mojej przyjaciółki Między Kęsami znajdziecie  również świetne przepisy na oryginalne i pyszne pączki – w tym także na pieczone!
Ściskam wiosennie i pysznie!
I zapraszam do stołu ;)
Kasia.
Na zdjęciach:
Białe kubki na podstawkach – ceramika Ambition (znajdziesz TU)
Talerzyki deserowe – porcelana Biała Fryderyka Fine Porcelain Kristoff  (np. TU)
Filiżanka z misiem - STĄD
Kule cotton ball lights - STĄD
Taca – Netto
Błękitne osłonki – Pepco

Kulinarnie z Maluchem czyli pieczemy ciasteczka na urodziny!

Na Święta Bożego Narodzenia nie zdążyłam upiec ani jednego piernika. Upiekłam serię na Mikołajki. Część Maluchy pożarły w swoim Mikołajkowym tipi, a część wylądowała na Mikołajkowym stole, przy którym, jak co roku, zasiedli nasi sąsiedzi i przyjaciele. Jednak zimowy czas, to też czas Michałkowych urodzin, na których miały się pojawić  piernikowe choinki i gwiazdki zgodnie z życzeniem Jubilata. Tak więc zabraliśmy się do pieczenia. Poszły w ruch wszystkie wałki, bo każdy musi mieć swój, herbatka, kawa, foremki, kolorowe posypki… Bawiliśmy się całe przedpołudnie :)

 

Nie będę Wam przepisywać przepisu, z którego korzystam przy piernikowych wypiekach. Jest stąd. Pierniki są banalne w przygotowaniu, pieką się ekspresowo i, jeśli nie przytrzymacie ich za długo w piekarniku, będą mięciutkie i gotowe do spożycia od razu. Jeśli są twardawe, zamknijcie je w szczelnym pojemniku. Mi za piernikowy skarbiec posłużył cudowny słój z porcelanową pokrywką od Moja Mała Francja. Uwielbiam takie połączenie szkła i ceramiki, a szczególnie wtedy, gdy mogę naczynie praktycznie wykorzystać :)

 

Kolorowe posypki i cukierki Skittles posegregowaliśmy w moich ulubionych porcelanowych miseczkach Provence. Oczywiście największą frajdą byłoby przesypawanie zawartości jednej miski do drugiej, ale jakoś powstrzymałam Michała przed tym szalonym pomysłem. Całą energię wykorzystał na obsypywanie polukrowanych już choinek i gwiazdek.

Jeśli macie chwilę, pobawcie się z Maluchami w kucharzy i cukierników. Radość jest ogromna, a gdy ciastka finalnie pojawiają się stole, duma dziecka jest bezcenna. No bo gdy czterolatek przygotowuje sam poczęstunek dla swoich gości… jest się czym pochwalić ;)

Urodzinowe świeczki…

Oprócz pierników polecam Wam jeszcze jeden przepis na pyszne ciasteczka dżemowe oczka „thumbprint”, które ja nazwałam pawimi oczkami. Są bardzo proste w przygotowaniu i naprawdę pyszne – kruche, rozpływające się w ustach. Przepis pochodzi ze strony Moje Wypieki, ale ja kilka rzeczy delikatnie w nim zmieniłam, więc zamieszczę Wam tutaj przepis Doroty po moich zmianach.

Składniki:

125 g masła, zimnego i pokrojonego w plastry
1/3 szklanki cukru pudru
1 żółtko
130 g mąki pszennej
90 g zmielonych migdałów
ziarenka z jednej laski wanilii
pół łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli

Przygotowanie:

Ciasto ugniatamy (ja zrobiłam to ręcznie), zawijamy w folię spożywczą i wkładamy na ok. 1 godz.do lodówki. Następnie wyciągamy, odrywamy małe kawałki, formujemy z nich kulki, układamy na blasze bądź na stolnicy. Palcem, bądź końcówką łyżki robimy w kulkach wgłębienia, przez co kulki delikatnie się spłaszczają. W zagłębieniach umieszczamy dżem (ja użyłam porzeczkowego). Pieczemy w temp. 170 stopni przez ok. 15 min (tak, by ciastka się lekko zarumieniły). Studzimy i pałaszujemy :)

 To co? Pieczecie dziś? :)

Na zdjęciach:

Słój z kogutem - Moja Mała Francja

Miseczki Provence - Moja Mała Francja

Tort z zapiekanej owsianki na Nowy Rok!

Nie znoszę powiedzenia „Świąta, święta i po świętach”.  Dla mnie drugi dzień Świąt nie jest końcem wyjątkowego ucztowania. Ten cudowny, magiczny czas zimowego świętowania trwa o wiele dłużej. Uwielbiam te leniwe dni pomiędzy Bożym Narodzeniem, a Nowym Rokiem. Uwielbiam sylwestrową noc, bez względu na to czy gdzieś z Mężem idziemy czy nie. Lubię miło i spokojnie spędzać czas w Nowy Rok w mieszkaniu pełnym zimowych dekoracji. Lubię wspólne zimowe spacery, odwiedzanie przyjaciół, raczenie się aromatyczną kawą czy herbatą z cytryną i miodem. Noworoczne wspólne śniadaniowanie również okazuje się być doskonałą okazją do słodkiego, zimowego odpoczywania. Tak też w pierwszy dzień Nowego Roku 2016 uraczyliśmy się na naszym poddaszu torcikiem owsiankowym z kawałkami gruszek i jagodami goji. Na dobrą wróżbę, by było nam pysznie i zdrowo przez najbliższe 365 dni :)

Czasy kiedy umiałam jedynie zagotować wodę na herbatę i cieszyć się parówką na wykwintnym talerzyku minęły bezpowrotnie. Odkąd jestem mamą szukam przepisów na posiłki smaczne, zdrowe, sycące i atrakcyjne tak, by moje Maluchy i mój Małżonek jedząc byli w siódmym niebie (a jeśli nie w siódmym, to na prostej drodze do tegoż nieba właśnie). Przepis na zapiekaną owsiankę zaczerpnęłam stąd, choć odrobinę ją zmodyfikowałam. Wyszła naprawdę pyszna i szczerze ją polecam nie tylko jako świąteczne śniadanie, ale również jako smaczny podwieczorek – można ją bowiem jeść na ciepło lub na zimno.

A oto przepis:

Składniki*:

szklanka płatków owsianych błyskawicznych
łyżka suszonych jagód goji
łyżka płatków migdałowych 
pół łyżeczki proszku do pieczenia
jajko
3/4 szklanki mleka
1 mały słoiczek przecieru owocowego dla niemowląt – ja użyłam przecieru z owoców lata Bobovita
łyżka oliwy z oliwek
jeden banan rozciapany widelcem
jedna duża gruszka pokrojona w kostki
odrobina cynamonu

 Wykonanie:

W jednej misie łączymy płatki owsiane, płatki migdałowe, jagody goji i proszek do pieczenia.

W drugiej misie łączymy jajko, mleko, przecier ze słoiczka, oliwę z oliwek, banana, gruszkę.

Łączymy zawartość dwóch mis, czyli mokre składniki z suchymi, mieszamy dokładnie, doprawiamy cynamonem. Odstawiamy na kwadrans, by płatki owsiane napęczniały.

Masę owsiankową przelewamy do blaszki uprzednio posmarowanej cienką warstwą tłuszczu (oliwą z oliwek na przykład). Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni (u mnie z funkcją termoobiegu) i pieczemy przez ok. 25 min.

Smacznego!

*Ilość składników wystarczyła mi na upieczenie torcika w blaszce o średnicy 17 cm. Na większą tortownicę chyba lepiej będzie wziąć podwójne porcje (tak też radziła autorka oryginalnego przepisu).

 

Bożonarodzeniowy Domek czyli bardzo bajkowy Kalendarz Adwentowy!

I rozpoczęliśmy grudzień. Uwielbiam go! Śmiało mogę powiedzieć, że to mój miesiąc – nasze urodziny – i męża i moje, nasza rocznica ślubu, Mikołajki no i najważniejsze – Boże Narodzenie. Mój starszy Synek już od dawna pyta kiedy te Święta, kiedy Mikołaj, kiedy do nas przyjdzie, no kiedy, kiedy… Maluchowi nic nie mówi „za miesiąc”, albo „za dwa tygodnie”. Ale przemawia do niego kalendarza adwentowy – otwieranie paczuszek, zjadanie słodkości, albo otwieranie okienek. Każdego dnia jakaś niespodzianka, każdego dnia coś miłego, każdego dnia bliżej Gwiazdki. Dziecięcia radość jest niesamowita. Dlatego wiadome było, że zrobię kalendarz adwentowy, tylko do końca nie wiedziałam jaki. W zeszłym roku postawiłam na małe, dyndające paczuszki owinięte srebrno-białym papierem w śnieżynki, ale w tym roku miałam ochotę na coś bardziej bajkowego, kolorowego, coś, co pozostawi niezapomniane wrażenie i będzie cudownym wspomnieniem świątecznym. I tak wpadł mi w oko kalendarz adwentowy na blogu Ushiilandia. Tak bardzo mi się spodobał, że postanowiłam wykorzystać ten pomysł i stworzyć podobny własny.

Dzięki mojemu mężowi, przysłowiowej Złotej Rączce, marzenia o pięknym Bożonarodzeniowym bajkowym domku zrealizowały się. Ze sklejki mąż wyciął kształty, klejem na gorąco zlepiliśmy cały domek, pomalowaliśmy, a ja go ozdobiłam. Wyszedł cudny, i jestem nim szczerze zachwycona. Wiem, że to będzie nasz kalendarz na lata, cudowna ozdoba, która będzie miała swoje honorowe miejsce w domu każdego grudnia, a moje dzieci będą ją wspominać już zawsze :)

W przyszłym roku, odpowiednio wcześnie, na pewno wrzucę Wam tutorial jak zrobić takie cudo. W tym roku udał się nam na ostatnią chwilę, więc nie zdążyłam Was zainspirować. Mam jednak nadzieję, że wpadł Wam w oko, i w przyszłym roku ktoś z Was spróbuje takowy zrobić. Koszt tego cuda nie jest duży. Za same sklejki zapłaciłam w markecie budowlanym 30 zł, do tego farba 17 zł, ozdoby powyciągałam przeróżne, jakie miałam. Stworzyłam też najmniejszy wianuszek w życiu ;)

Szufladki są malutkie, zawierają albo coś słodkiego, albo informację, gdzie prezent można znaleźć. Pochowałam je w różnych częściach naszego domu ;)

Kalendarz docelowo stanął na maszynie do szycia, w towarzystwie cyprysa i malutkiej latarenki tworzy już prawdziwie świąteczny klimat.

Podoba się Wam?

A Wy? Też już zaczarowaliście codzienność swoimi kalendarzami? Ściskam prawie świątecznie!

Kasia.

Na poddaszu czyli w domu pod gwiazdami ***

Całe życie marzyłam o pokoiku na poddaszu. Marzyłam o tym, by niczym Anna Shirley, mieć swoje romantyczne miejsce, w którym bym zasypiała marząc i gapiąc się w gwiazdy. Marzyłam o lekko skośnych ścianach, łóżku z metalowym, zdobionym zagłówkiem, cudnej nocnej lampce, małym własnym sekretarzyku i stosie książek, które przeniosą mnie w baśniowe krainy. Dziś wiem jak mieszka się na poddaszu o wielu skosach – zimą bywa naprawdę zimno, a latem naprawdę gorąco. Nie mogę wstawić łóżka z zagłówkiem, bo gdybym chciała je przestawić, pod skosem mogłoby być ciężko. Półki na książki wiszą w różnych miejscach, czasem bardzo nisko, bo skosy ograniczają to i owo. Czasem się wkurzam na to poddasze, ale i tak je kocham i nie żałuję naszej decyzji o jego zakupie. Ma klimat, ma czar, ma swoisty urok. Jest romantycznie, nawet bez tego zagłówka przy łóżku. W ciągu dnia, gdy rzucę okiem przez okna widzę ptaki na dachach domów, kominy, z których leci dym, widzę  jak wiatr goni obłoki o różnych kształtach i kolorach. A wieczorem zasypiam patrząc w dachowe okna i obserwując gwiazdy.Takie są czary poddasza :) Lubię to mieszkanie pod gwiazdami.

W pokoju maluchów łóżka nie mają szansy stanąć pod oknem, więc stworzyłam im sama niebo pokryte gwiazdami. Tak, by mogli na nie patrzeć, liczyć, marzyć i cieszyć się tym, że niebo jest na wyciągnięcie ręki.  W sklepie Zuzu Design zamówiłam leciutkie gwiazdeczki, ręcznie malowane, które można przykleić do ściany – w naszym przypadku przyozdobiły skośny sufit tworząc swoistą konstelację – jak stwierdził mój Synek – tworzą konika morskiego (efekt totalnie niezamierzony) :)

Gwiazdki wybrałam w kolorze białym i miętowym. Od czasu, gdy byłam w ciąży z Mateuszkiem i zamówiłam u przyjaciółki pościel szaro-biało-miętową, to zestawienie kolorystyczne za mną chodzi i nawołuje. Myślę, że te gwiazdki pięknie ożywiły szarość tego małego pokoju. Oprócz gwiazdek nad łóżeczkiem Michałka zawiesiłam własnoręcznie zrobiony plakat – modlitwę do Anioła Stróża wydrukowanej na miętowym papierze, w ramce przyozdobionej anielskimi skrzydełkami. Myślę, że ściana nad dziecięcym łóżeczkiem to idealne miejsce na tego rodzaju ozdobę (oczywiście, jeśli jesteście wierzący).

Zuzu Design oprócz gwiazdek oferuje wiele innych ciekawych dekorów ściennych. Moją uwagę przykuła sowa, która byłaby niezłą koleżanką dla białej lampkowej sowy, którą już mamy w pokoju na komodzie. Ostatecznie zdecydowałam się jednak na gwiazdki. Wydają mi się tak wdzięczne, że nie mogłam się im oprzeć. A poza tym… w końcu mieszkamy pod samymi gwiazdami :)

dekor ścienny gwiazdki 14 szt. - Zuzu Design

kule cotton ball lights na baterie - Cottonovelove

lampka sowa – Pepco

Ceramika, francuski szyk i pomysły na tanie prezenty!

Lubię otaczać się ładnymi przedmiotami. Tu świecznik, tu filiżanka, tu dzbanuszek, mały ceramiczny ptaszek, szklany klosik… Jasne, że coraz ciężej to wszystko zmieścić, szafy nie są gumowe, kuchnia pod skosem bardziej przypomina komórkę pod schodami, szafek jest mało. A ja i tak kupuję, zbieram, kuszę się na to, na tamto… I wiecie co? Uwielbiam to :)  Cieszę się zawsze, gdy coś nowego zdobi moje wnętrze, mój stół. Dziś powiem Wam skąd ta ceramika u mnie, jak ją dobieram, za co cenię. Pokażę Wam skarby mojej starej serwantki.

Moja zastawa składa się głównie z białych naczyń Fine Porcelain Kristoff kolekcji Fryderyka biała. Kupowałam ją na nowe mieszkanie parę lat temu – w czasach kiedy wszyscy decydowali się na prosty dizajn ikeowskich naczyń, ja uparłam się na biel z koronkowymi, delikatnymi, romantycznymi wzorami. Od zawsze podobała mi się klasyka w szlachetnym wydaniu. Dlatego zamiast IKEA, w domu zamieszkała ceramika Wawel. Garnitur do kawy, misy, waza, cukiernica, sosjerka, talerze głębokie, obiadowe, śniadaniowe i deserowe. Wszystko w bieli, co wcale nie jest mdłe i daje dużo możliwości. Wystarczy mały dodatek i zyskujemy nakrycie z charakterem.

Poza tym białe naczynia z łatwością można połączyć z innymi. Z czasem IKEA zaczęła produkować talerze ARV – kremowe, szare i bladoróżowe. I na nie się skusiłam. Pierwsze talerze kupiłam we wrześniu w zeszłym roku i zgrabnie zestawiłam je ze swoimi białymi naczyniami :) Ładnie to wygląda, nakrycia są o wiele ciekawsze, kiedy się je komponuje na różne sposoby, ale mam trochę zastrzeżeń co do ceramiki serii ARV. Talerze i miseczki łatwo się obijają i odpryskują. Nie wiem, może to ja jestem jakaś wyjątkowo nieostrożna, ale gdy porównuję ARV i Fryderykę, różnica w trwałości jest ogromna.

Czasem zastępy moich filiżanek, kubków, mis i talerzy zasilają ciekawe pojedyncze sztuki. Są to prezenty, albo pamiątki z wyjazdów.

I takie ostatnio trafiły mi się w sklepie Moja Mała Francja. Zakochałam się tam w połowie asortymentu! Szczególnie w ceramice Provence i słojach z ceramicznymi pokrywkami. Stamtąd też mam piękny dzban na wodę z kolekcji M. Moja mama na tego typu dzbanki mówi „magdalenki”. Moja magdalenka już przygotowuje się do zimowego czasu :)

No i miseczki serii Provence- urzekły mnie swoim delikatnym dekorem. Idealnie zgrały się z białą Fryderyką.

Seria Provence ma wiele pięknych elementów. Wciąż marzę o kieliszkach na jajka cereamicznymi klosikami. Jak cudnie wyglądałyby przy porannym stole! Albo ozdobne mleczniki. Wprawdzie mam kilka, ale o prostym wyglądzie, bez zdobień. Też ładnie uzupełniają stół :)

W ceramice uwielbiam też motywy zwierzęce – ptaszki, kurki, sówki, a co za tym idzie wszelkiej maści klatki i klateczki, w których można zaświecić świeczkę i cieszyć się wyjątkowym światłem. Moja większa klatka również pochodzi ze sklepu Moja Mała Francja, mniejsza z Empiku (zeszłoroczna kolekcja wiosenna). Małe zwierzątka to najczęściej pieprzniczki i solniczki, choć kogucik ma u mnie miejsce również na szczycie  kieliszków na jajka i kuchennego słoja. Uwielbiam wszelkie słoiki z ceramicznymi pokrywkami. Owsianka przechowywana w takim cudnym pojemniku, smakuje o poranku o wiele lepiej :)

Czasami piękne przedmioty można kupić za niewielkie pieniądze. Ostatnio kupiłam śliczną białą filiżanką (no name) w Carrefour. Za 4,99  (sic!) Wyobraźcie sobie filiżankę przewiązaną piękną kokardą z papierową gwiazdeczką i z życzeniami. Czy to nie cudny Mikołajkowy prezent? I jaki taniutki!

Jeśli wciąż szukacie pięknych i eleganckich prezentów, które nie będą kosztować milion monet, to zapraszam Was do sklepu Moja Mała Francja. Do końca listopada macie zniżkę w wysokości 10% na wszystkie produkty – od pieprzniczki i solniczki (każda za 9 zł) po piękne meble. Hasło promocji to mamawszpilkach.pl

Moim faworytem są też poduszki i poszewki na poduszki. Pełnia francuskiego szyku :)

A poniżej moje pomysły, rzeczy, które bardzo mi się podobają. Cena też jest zachęcająca :) Może się skusicie? Mikołajki już wkrótce :)

„Prezentownia” i jesienny sernik dyniowy z ciasteczkami owsianymi i polewą chałwową!

Lubicie dostawać prezenty? Ja uwielbiam. Uwielbiam zaglądać do kolorowych torebek, targać wstążki, odpakowywać, słuchać jak szeleści papier… Pod tym względem dużo mam w sobie z dziecka. Uwielbiam też tą świadomość, że ktoś pamięta o mnie, albo o moich dzieciach. O tym, że mam 30-ste urodziny, że mój Synek skończył roczek, że mamy jakieś ważne i piękne wydarzenie w rodzinie. Cieszy mnie wtedy niesamowicie, że jest ktoś miły, kto czasem małym gestem chce upiększyć TEN dzień. To też działa w drugą stronę – uwielbiam robić prezenty. Szczególnie kobietom i dzieciom – mamie, koleżankom, bliskim przyjaciółkom, maluchom moim i maluchom znajomych. Lubię sprawiać komuś przyjemność i zawsze dość mocno się staram. Czasem kupuję tylko drobiazgi, ale czasem obmyślam coś wyjątkowego tak, by TA osoba mogła zawsze mile wspomnieć i prezent, i mnie, i chwilę, w której go otrzymała. Mój mąż zawsze mnie strofuje, że wybieram innym prezenty, które sama chciałabym dostać, ale ja nie do końca się z tym zgodzę. Owszem, zdarza się, że kupuję coś komuś i sobie, ale zawsze słucham ludzi uważnie, obserwuję. Zapamiętuję co się im podoba w sklepach, wypytuję o marzenia, zachcianki, upodobania. I nie robię tego na dwie minuty przed czasem. Zdarza się, że po roku, po dwóch kupuję komuś coś, o czym mi wspominał dość dawno. 30ste urodziny są jedną z okazji, kiedy wypada się postarać. Organizowałam już z tej okazji przyjęcie niespodziankę, zamawiałam obraz na płótnie, szukałam odpowiedniej biżuterii w sklepach jubilerskich – wszystko po to, by zrobić komuś przyjemność. I samym prezentem i opakowaniem również – ładnym papierem, kokardką, serduszkiem, kwiatuszkiem – nawet jeśli prezent był dla Roczniaka. To czy pamiętamy i jak pamiętamy świadczy o nas, o tym jak kogoś cenimy, jak nam zależy. Robienie prezentów jest nie lada sztuką. Ostatnio znów miałam okazję się wykazać, bo urodziny przyjaciółki to nie przelewki. Tak, moja droga, jesteś moją przyjaciółką, i chociaż jesteś daleko, cieszę się, że jesteś :*

Na urodzinowe spotkanie wybrałam się z czymś, o czym rozmawiałyśmy jakiś czas temu, i do czego jubilatka od czasu do czasu wzdychała – z książką kucharską Zosi Cudny z bloga Makecookigeasier. Moc cudownych przepisów na cztery pory roku, magia w zdjęciach, sztuka gotowania udostępniona śmiertelnikom. Lubię takie piękne książki kucharskie i sama chętnie bym taką umieściła na swojej kuchennej półce. A żeby przyjaciółce zrobić jeszcze większą przyjemność, upiekłam dla niej ciasto – pyszny jesienny sernik dyniowy. Bo ploty przy serniku są najlepsze :)

Właściwie w ciągu weekendu piekłam ten sernik dwa razy. Jeden na sąsiedzką nasiadówę i jeden na wspomniane urodziny. Miałam z czego go piec, bo zostałam obdarowana wielgachną dynią, która przez pewien czas była dość bliską koleżanką mojego młodszego Synka – zanim ją pokroiłam, upiekłam i zblendowałam.

Przepis na sernik jest modyfikacją przepisu z Moje wypieki. Zamiast ciasteczek imbirowych użyłam ciasteczek owsianych, bo mój mąż za imbirem nie przepada, delikatnie mówiąc. Dodatkowo pominęłam mascarpone w przepisie i bitą śmietanę na wierzchu ciasta. Cały sernik polałam polewą chałwową, która świetnie dosłodziła ciasto o dyniowym i korzennym aromacie.

Składniki na spód:

  • 280 g ciasteczek owsianych
  • 100 g masła, rozpuszczonego
  • 1 łyżeczka przyprawy korzennej do piernika
Ciasteczka miażdżymy bądź mielimy (ja rozgniotłam swoje wałkiem), dodajemy przyprawę i rozpuszczone masło. Gdy ciastka mają konsystencję mokrego piasku wykładamy dno i boki blaszki (boki do połowy wysokości,blaszka  o średnicy 23 cm). Blaszkę wcześniej wyścielamy papierem do pieczenia. Odkładamy do lodówki do schłodzenia.
 Składniki na masę serową:
  • 1 kg twarogu do sernika w wiaderku
  • 3 jajka
  • 3 żółtka
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 180 g drobnego cukru do wypieków
  • 425 g puree z dyni*
  • 2 łyżeczki przyprawy korzennej do piernika
Wszystkie składniki o temperaturze pokojowej miksujemy za pomocą miksera – tylko do połączenia składników, by nie napowietrzyć zbyt mocno sernika.
Blaszkę wyciągamy z lodówki, owijamy szczelnie dwukrotnie folią aluminiową. Wylewamy masę na ciasteczkowy spód.
Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Blaszkę umieszczamy w większej blaszce wypełnionej wodą (ja wypełniam od razu wrzącą), wkładamy do piekarnika od razu zmniejszając temperaturę do 150 stopni (bez termoobiegu). Pieczemy ok 1,5 godziny.
Sernik studzimy i polewamy polewą.
Przepis na polewę pochodzi również z Moich Wypieków.
Składniki:
  • 150 g chałwy sezamowej kakaowej
  • pół szklanki śmietany kremówki 36% (125 ml)
Chałwę kruszymy i na małym ogniu rozpuszczamy w śmietance (mieszamy, by nie przypalić polewy). Ściągamy z ognia, lekko studzimy, polewamy sernik.
Gotowy sernik wstawiamy do lodówki, by się mocno schłodził.
Dyniowy aromat, piernikowa przyprawa, delikatny ciasteczkowy spód i ta niebiańska chałwa… tak smakuje jesień!

W jedno popołudnie…

Pisuję to do Was o tym jaki świecznik postawić na stole, jak udekorować mieszkanie na Święta, jaki zrobić deser dla gości, czym ozdobić pokój Malucha…ale dziś…trochę tego, co się wydarzyło, strachu i emocji, tego jak się bałam, jak w jednej chwili zburzyło się moje spokojne popołudnie. Na długo się zburzyło, dużo po sobie zostawiając.

Właśnie wracaliśmy z zakupów, nawet za bardzo nie byłam objuczona torbami, a że shopper bag mieści dość dużo, z dobrym humorem i mlecznymi rogalami wturlaliśmy się z Michaśkiem do domu. Zaraz zrobimy herbatę, podzielimy się z tatą rogalem… A gdzie tata? Tata blady trzyma Mateuszka na stoliku i powtarza „Mateuszku co Ci jest? Co Ci jest??” A Mati płacze, dyszy, świszczy, syczy, nie może złapać oddechu. „Może coś połknął??” Tak słyszę siebie jakby obok. Tata obraca Mateuszka, przekłada przez kolano, zdecydowanie uderza posuwistym ruchem od nerek w górę. Nic. Świst, zapłakane i wystraszone oczy. „Dzwonię po karetkę” Znowu słyszę siebie gdzieś obok. Bo takie rzeczy się dzieją obok. Słyszy się jak KTOŚ wzywa karetkę, jak to CZYJEŚ dziecko jest w niebezpieczeństwie, jak to KTOŚ ma operację, u KOGOŚ stwierdzono coś poważnego. To się dzieje obok. Nie dotyczy mnie, nas, a już na pewno moich dzieci. „Wysyłam do Pani karetkę” słyszę po drugiej stronie. I czekamy. Tata tuli Mateuszka, ja wychodzę na balkon, sprawdzam czy już jedzie. Widzę sąsiada z malutką córeczką na spacerze, coś jej pokazuje, tłumaczy, mała coraz bardziej zainteresowana zerka w stronę, którą pokazuje jej tata. Jak tu nie zerkać na i-jo, i-jo. Dziecko zafascynowane ambulansem, który jedzie do innego dziecka. Do mojego dziecka. Do mojego Synka, który jest spełnieniem moich marzeń, dopełnieniem całego mojego macierzyństwa, kropką nad i w moim życiu. I ten mój skarb, który nie może złapać oddechu, patrzy na mnie ze strachem w oczach, a ja nie umiem mu pomóc… Chwilę później razem z tatą Matusiek pojechał na SOR, a ja odwiozłam Michasia do babci i pojechałam do szpitala na tą samą izbę przyjęć, na której byłam 3,5 roku temu z tygodniowym niemowlęciem zwijającym się z bólu od ostrego obustronnego zapalenia ucha. Wróciły wspomnienia, uczucie bezradności i strachu. Tym razem podejrzenie aspiracji ciała obcego, zdiagnozowane zapalenie krtani, górnych dróg oddechowych, badanie laryngologiczne, rtg klatki piersiowej, gazometria, inhalacja z adrenaliny i decyzja o hospitalizacji… Boję się szpitali, boję się chorób. Panicznie. Boję się o dzieci. Panicznie. Panicznie bałam się zabiegu, który rok temu miał Michaś – w znieczuleniu ogólnym usuwano mu znamię podejrzane onkologicznie. To był jeden z najgorszych dni w moim życiu – stresujący do granic, a ja wtedy już w ciąży w czwartym miesiącu… Nie było mi łatwo. Parę dni temu też nie było mi łatwo. Chyba nigdy się tak nie bałam. O Matuśka się nigdy tak nie bałam, bo to taki zuch, który wciąż się śmieje i nie robi problemów. Nie płacze bez powodu, nie boi się lekarza, taki jest po prostu złoty. I to moje złote maleństwo na naszych oczach zaczęło się dusić. A my nie mogliśmy zrobić nic, tylko czekać na lekarza. Czułam wtedy taki strach, który aż mi zadawał fizyczny ból. Ściskał mi serce, gardło i szczypał w łydki, że nie mogłam ustać. Tuliłam synka i dotarło do mnie wtedy jak wielka jest ta matczyna miłość, jak ogromne uczucie do tej małej istotki we mnie drzemie, jak to jestem gotowa świat podbić i pobić za Niego. Najważniejszego, Najukochańszego.

Opanowaliśmy zapalenie krtani, nie zdiagnozowano ciała obcego, wypisano nas do domu po kilku dobach. I wszystko dobrze się skończyło, tylko że gdzieś w środku zostawiło ślad i gdy teraz Mati zakaszle… ja odpalam uszy nietoperza, działam jak monitor oddechu, tulę, całuję, serce mi bije szybciej. Już wiem, że to COŚ, co się stało KOMUŚ, niekoniecznie musi być OBOK mnie. Może się przytrafić też MNIE. Taka prosta jak krowie na rowie lekcja – nigdy nie wiesz jak to będzie dalej w życiu, nigdy nie wiesz co Cię spotka, biadolisz jaka ta codzienność nudna, szara i trudna, a trzeba ocenić jaka jest stabilna. I oby nie gruchnęła. Nigdy więcej.

Nie zwykłam tak jakoś publikować zdjęć chłopców, ale dziś nie mogłam się powstrzymać. Nie po tym wszystkim.

Moje słodkie zuchy :)

Magia popołudnia czyli pomysł na podwieczorek – pełnoziarniste bułeczki z truskawkami i nadzieniem z białej czekolady.

Słodka, jeszcze cieplutka buła i szklanka ciepłego mleka – to podwieczorek z mojego dzieciństwa. Niepowtarzalny smak babcinych drożdżówek do dziś kojarzy mi się  z beztroskim czasem gdy żyłam w krainie wróżek, srebrnych wiewiórek, a gdy nikt nie patrzył – ze starej walizy w dużym pokoju wyciągałam czerwoną wieczorową sukienkę mojej mamy zdobioną perełkami. Tak było u babci, tak było gdy byłam mała. Teraz małe są moje dzieci, a ja staram się stworzyć im zaczarowane wspomnienia, tak żeby kiedyś powiedziały „w domu było pysznie, a podwieczorki jedliśmy przy takim kolorowym stole i było słodko i wesoło”.
Dzisiejsze bułeczki są zmodyfikowanym przepisem Doroty z Moich wypieków. Jej bułeczki z malinami tak podbiły moje serce, że postanowiłam je zrobić na jeden z podwieczorków. Trochę jednak w tym przepisie pogrzebałam i trochę go pozmieniałam. Z racji, że Michaś jest zakochany w truskawkach, postanowiłam zamienić maliny na właśnie na owoce truskawek. Nie miałam pod ręką cukru perłowego, więc posypałam buły cukrem trzcinowym, a całe bułeczki zrobiłam z mąki pszennej pełnoziarnistej, przez co wyszły razowe, choć słodkie i smaczne. I bardzo pożywne. W nadzieniu z przepisu Doroty nic nie zmieniałam – jest wyborne – na bazie serka mascarpone i białej czekolady :) Może następnym razem zrobię słodkie ciasto nierazowe wierniejsze przepisowi Doroty, ale póki co prezentuję Wam pyszny, słodki podwieczorek z ciepłym mleczkiem mhmmm….
Składniki:
500 g mąki pszennej pełnoziarnistej (choć kusi mnie, by spróbować z tortową)
24 g drożdży świeżych
3 łyżki cukru
2 jajka
200 ml mleka
50 ml jogurtu naturalnego
60 g masła
pół łyżeczki soli
cukier perłowy do posypania (ja z braku użyłam rozdrobnionego trzcinowego)

Nadzienie:
200 g serka mascarpone
1 jajko
60 g białej czekolady

Wykonanie:

Z 1/4 szkl letniego mleka, drożdży, dwóch łyżek cukru i trzech łyżek mąki zrobić zaczyn (który musi „popracować” przez jakieś pół godziny). Zaczyn połączyć z mąką, resztą cukru, jajkami, resztą mleka, jogurtem, masłem i solą. Wyrobić na gładkie i elastyczne ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 1,5 godziny. Po tym czasie wyrobić bułki i umieścić je na blasze posypanej mąką. Ostawić do wyrośnięcia na ok. 30 min. Po tym czasie płaskim dnem szklanki  zrobić wgłębienie w każdej bułce. Wypełnić nadzieniem (na nadzienie ucieramy wszystkie składniki) i zanurzyć w nim truskawkę jedną lub dwie (większe podzielić na ćwiartki). Bułeczki posmarować jajkiem roztrzepanym z odrobiną mleka, posypać cukrem najlepiej perłowym (choć ja rozbiłam w moździerzu kostki cukru trzcinowego i tym właśnie cukrem posypałam powierzchnię wokół nadzienia). Piec przez ok. 30 min w temperaturze 190 stopni.

Smacznego!

 
 

Magia popołudnia czyli pomysł na podwieczorek – owoce pod kruszonką!

Podwieczorek. Czy Wy też czujecie jaki czar i jaki urok ma ten posiłek, ta pora dnia? Letnie leniwe popołudnie zwieńczone słodkim conieco… Na stole kwiaty, uśmiech Malucha, bo zaraz będzie coś dobrego, aromatyczna kawa, mleko, piękne filiżanki, smak owoców… lato w pełni. Uwielbiam te chwile, uwielbiam spędzać takie popołudnia przy stole z bliskimi, przyjaciółmi. Dla Michasia to też taki czas na podładowanie baterii po całym dniu szaleństw i zabaw. Podwieczorek powinien uzupełnić zapas energii, więc może być słodki, ale powinien też być pożywny, więc same puste kalorie w postaci bezy z polewą karmelową nie za bardzo wchodzą w grę. W te letnie dni kuszę się coraz częściej na owoce pod kruszonką – przepis mam od mojej ciotki Ewy, ona od ciotki Grażyny, a Grażyna od Nigelli. Nie zaglądałam nigdy do oryginalnego przepisu Nigelli, więc nie jestem w stanie powiedzieć Wam na ile wierna jestem przepisowi Mistrzyni. Wiecie jak to jest, każda z nas jak gotuje to tak trochę „po swojemu”, coś uszczknie, coś doda i ta sama potrawa wychodzi czasem zupełnie inaczej. Niemniej jednak polecam i zapraszam na letni podwieczorek.

Składniki:

owoce (jabłka, śliwki, brzoskwinie, morele, truskawki, porzeczki, co tam chcecie)

1/3 galaretki

mąka

masło

cukier

Ja użyłam śliwek, brzoskwiń i moreli. Owoce umyłam, obrałam ze skórki, podprażyłam w rondelku (aby się nie spaliły, podlałam odrobiną wody). Dodałam 1/3 galaretki, chwilę jeszcze trzymałam na ogniu po czym rozlałam do kokilek. Z masła, cukru i mąki (ja dodałam troszkę mąki razowej) zrobiłam kruszonkę i posypałam owoce w kokilkach. Zapiekałam w piekarniku przez 40 min w temp. 170 stopni w termoobiegu.

Deser moim zdaniem jest najlepszy na drugi dzień. Z odrobiną jogurtu i ze szczyptą cynamonu i brązowego cukru jest świetnym pomysłem na letni podwieczorek. Tym wpisem rozpocznę dla Was cykl podwieczorków. W każdą sobotę po południu będziemy czarować :)

Lato – najlepsza pora, by się rozmarzyć na całego!

Na tarasie w domu mojego męża dopadł mnie cudny nastrój, romantyczny, sentymentalny, sielski… Jak to jest, że słońce, kwiaty i truskawki tak pobudzają ducha?

Marzycielką byłam od zawsze – już jako 13-letnia dziewczynka założyłam sobie „Butlę Marzeń” – do pękatej turkusowej butelki zamykanej na korek wrzucałam marzenia. Zapisywałam malutkie karteczki mające jakąś ćwiartkę centymetra kwadratowego, rolowałam, wiązałam czarną nitką i chowałam do butli. Nie całkiem zapełniona, wciąż nietknięta, stoi na półce w mieszkanku mojej mamy. Może kiedyś odczytam wszystkie te moje bazgrołki i przypomnę sobie dokładnie o czym marzyłam. Kilka z tych marzeń pamiętam – chciałam bardzo być anglistką, mieć piękną pełną rodzinę i mieszkać w cudnym dworku na wsi – w takim, co to ma dwie kolumny w stylu doryckim po bokach wejścia i podjazd z okrągłym klombem przed samą posesją. Marzyłam o tym, żeby mieć kilkoro dzieci, piec ciasta i w fotelu-uszaku czytać Maluchom bajki. Do tego retro kuchnia w tym moim dworku z kolekcją miedzianych garów, cudny fartuszek i długie włosy upięte w kok. Takie były moje marzenia – marzenia nastolatki z romantyczną duszą. Naczytałam się „Nocy i Dni”, naoglądałam się sentymentalnych filmów i najchętniej wyszłabym za mąż za Gilberta Blythe. Życie się toczyło, od tych moich spisywanych marzeń minęło 20 lat i tak ostatnio zaczęłam myśleć na ile mi się te marzenia spełniły. W blasku słońca popijam herbatę, delektuję się zapachem truskawek i rozmyślam o tym, co chciałam, co mam i co bym chciała. Znów lato nastraja mnie sentymentalnie…

Jestem anglistką o długich włosach upiętych w kok, udało się ;) Robię to, co lubię, zajmuję się tym, o czym marzyłam całe życie. Mam rodzinę – męża i dwóch wspaniałych synków. Zawsze znajdzie się jakiś głupi i pusty człowiek (zazwyczaj jest to jakaś pusta i głupia baba), która mi wytknie mimochodem, że to jednak syn, a nie córka, lub „trochę szkoda, że nie córka”. Moje marzenie się spełniło – mam zdrowe,piękne i mądre dzieci, urodzone bez komplikacji, dające mi radość każdego dnia, zaskakujące mnie, tulące się do mnie moje kochane istotki, które podarował mi Bóg. Spełniło się i za to jestem wdzięczna. Powiem Wam w sekrecie, że bardzo chciałabym móc jeszcze i trzecie dziecko trzymać w ramionach, ale ten pomysł nie bardzo wzbudza  entuzjazm w moim mężu ;) Kto wie, może kiedyś zasiądziemy do stołu w większym gronie, a nakryć będzie jeszcze więcej….

 

Nie dorobiłam się dworku z kolumnami, rankami nie zbieram jaj od kur niczym Basia Niechcic. Mam poddasze, które rzeźbię, mam cztery kąty, w których czuję się bezpiecznie, mam dach nad głową. I za to jestem wdzięczna, bo to naprawdę dużo. Pewnie, że czasem jest nam ciasno, bo trzy pokoje to nie to samo co dworek, a aneks kuchenny to nie to samo co wymarzona kuchnia z kolekcją miedzianych garów, ale kiedy nachodzi mnie chęć wyjścia do ogrodu, wypicia popołudniowej herbaty na tarasie czy na zjedzenie śniadania na powietrzu – jadę wtedy do moich teściów i tam, w rodzinnym domu mojego męża, spędzam czas jak u pana Boga za piecem…

A potem wracam na poddasze, siadam w bujanym uszaku (mam, spełniło się!) i czytam Michasiowi na dobranoc, a gdy już zaśnie wychodzę na paluszkach i siadam do swoich spraw przy swoim miejscu do pracy w sypialni. Latem okna dachowe otwarte na oścież, a ja sobie tak myślę, że warto mieć marzenia, doczekać ich spełnienia. Może kiedyś będzie ten dom za miastem, może będzie więcej dzieci, może będą śniadania na tarasie, może… A póki co, wyjmuję notatnik i zapisuję kolejne plany, może nie marzenia, ale plany, a ich realizacja zwyczajnie mnie ucieszy, bo szczęście już chyba jest i pierdółki mi do niego nie są konieczne :)

A Twoje marzenia się spełniły?