Lato – najlepsza pora, by się rozmarzyć na całego!

Na tarasie w domu mojego męża dopadł mnie cudny nastrój, romantyczny, sentymentalny, sielski… Jak to jest, że słońce, kwiaty i truskawki tak pobudzają ducha?

Marzycielką byłam od zawsze – już jako 13-letnia dziewczynka założyłam sobie „Butlę Marzeń” – do pękatej turkusowej butelki zamykanej na korek wrzucałam marzenia. Zapisywałam malutkie karteczki mające jakąś ćwiartkę centymetra kwadratowego, rolowałam, wiązałam czarną nitką i chowałam do butli. Nie całkiem zapełniona, wciąż nietknięta, stoi na półce w mieszkanku mojej mamy. Może kiedyś odczytam wszystkie te moje bazgrołki i przypomnę sobie dokładnie o czym marzyłam. Kilka z tych marzeń pamiętam – chciałam bardzo być anglistką, mieć piękną pełną rodzinę i mieszkać w cudnym dworku na wsi – w takim, co to ma dwie kolumny w stylu doryckim po bokach wejścia i podjazd z okrągłym klombem przed samą posesją. Marzyłam o tym, żeby mieć kilkoro dzieci, piec ciasta i w fotelu-uszaku czytać Maluchom bajki. Do tego retro kuchnia w tym moim dworku z kolekcją miedzianych garów, cudny fartuszek i długie włosy upięte w kok. Takie były moje marzenia – marzenia nastolatki z romantyczną duszą. Naczytałam się „Nocy i Dni”, naoglądałam się sentymentalnych filmów i najchętniej wyszłabym za mąż za Gilberta Blythe. Życie się toczyło, od tych moich spisywanych marzeń minęło 20 lat i tak ostatnio zaczęłam myśleć na ile mi się te marzenia spełniły. W blasku słońca popijam herbatę, delektuję się zapachem truskawek i rozmyślam o tym, co chciałam, co mam i co bym chciała. Znów lato nastraja mnie sentymentalnie…

Jestem anglistką o długich włosach upiętych w kok, udało się ;) Robię to, co lubię, zajmuję się tym, o czym marzyłam całe życie. Mam rodzinę – męża i dwóch wspaniałych synków. Zawsze znajdzie się jakiś głupi i pusty człowiek (zazwyczaj jest to jakaś pusta i głupia baba), która mi wytknie mimochodem, że to jednak syn, a nie córka, lub „trochę szkoda, że nie córka”. Moje marzenie się spełniło – mam zdrowe,piękne i mądre dzieci, urodzone bez komplikacji, dające mi radość każdego dnia, zaskakujące mnie, tulące się do mnie moje kochane istotki, które podarował mi Bóg. Spełniło się i za to jestem wdzięczna. Powiem Wam w sekrecie, że bardzo chciałabym móc jeszcze i trzecie dziecko trzymać w ramionach, ale ten pomysł nie bardzo wzbudza  entuzjazm w moim mężu ;) Kto wie, może kiedyś zasiądziemy do stołu w większym gronie, a nakryć będzie jeszcze więcej….

 

Nie dorobiłam się dworku z kolumnami, rankami nie zbieram jaj od kur niczym Basia Niechcic. Mam poddasze, które rzeźbię, mam cztery kąty, w których czuję się bezpiecznie, mam dach nad głową. I za to jestem wdzięczna, bo to naprawdę dużo. Pewnie, że czasem jest nam ciasno, bo trzy pokoje to nie to samo co dworek, a aneks kuchenny to nie to samo co wymarzona kuchnia z kolekcją miedzianych garów, ale kiedy nachodzi mnie chęć wyjścia do ogrodu, wypicia popołudniowej herbaty na tarasie czy na zjedzenie śniadania na powietrzu – jadę wtedy do moich teściów i tam, w rodzinnym domu mojego męża, spędzam czas jak u pana Boga za piecem…

A potem wracam na poddasze, siadam w bujanym uszaku (mam, spełniło się!) i czytam Michasiowi na dobranoc, a gdy już zaśnie wychodzę na paluszkach i siadam do swoich spraw przy swoim miejscu do pracy w sypialni. Latem okna dachowe otwarte na oścież, a ja sobie tak myślę, że warto mieć marzenia, doczekać ich spełnienia. Może kiedyś będzie ten dom za miastem, może będzie więcej dzieci, może będą śniadania na tarasie, może… A póki co, wyjmuję notatnik i zapisuję kolejne plany, może nie marzenia, ale plany, a ich realizacja zwyczajnie mnie ucieszy, bo szczęście już chyba jest i pierdółki mi do niego nie są konieczne :)

A Twoje marzenia się spełniły?

TORBA na plażę, na spacer – i o tym co w niej :)

Gdy idę na spacer, na plażę czy do znajomych zawsze mam stały zestaw rzeczy, które w podręcznej torbie dla malucha powinny być. Żeby było ciekawiej, dodam, że nie posiadam dobrej torby ;) Torba wózkowa, z której od ponad dwóch lat korzystam (marki Jedo) nie spełnia moich oczekiwań jako torba podręczna (ma nieciekawe zapięcie, jest wąska i już mi się popruła w niektórych miejscach), a torby plażowej nie posiadam w ogóle. Parę lat temu moja stara plażowa torba się rozpadła i zostałam zmuszona ją wyrzucić; rok temu tuż przed wyjazdem na Kretę szukałam odpowiedniej, ale jakoś nie mogłam się zdecydować na żadną i z pomocą przyszła jak zwykle Marta pożyczając mi swoją materiałową, bardzo pojemną torbę, która na wakacjach w Grecji sprawdziła się świetnie.

Posłużyła mi jako bagaż podręczny w samolocie, wykorzystywałam ją na krótkich wycieczkach, ale też i na tych dłuższych. Po powrocie do Polski podjęłam postanowienie, że kupię sobie jakąś ładną torbę plażową na przyszły rok. Oczywiście tego nie zrobiłam :) W tym roku natomiast przeszłam się po kilku sklepach, widziałam na kilku blogach ładne torby, ale wyszłam z założenia, że i tak dźwigać mi nie wolno, więc tachanie ekwipunku spacerowo-plażowego przypadnie mężowi. A ja odłożyłam zakup mojej wymarzonej torby na przyszły rok :)

A co do zawartości – różni się ona nieco w zależności od tego gdzie się wybieram: inne rzeczy brałam na plażę na Krecie, inne na polskie wybrzeże, inne dla dziecka półrocznego i inne dla prawie trzylatka, ale jakiś stały zestaw mogę Wam przedstawić :)

Do torby ładuję:

  1. PIELUSZKI ZAPASOWE/MAJTKI ZAPASOWE (myślę, że nawet przy odpieluchowanym dziecku pieluszkę ze sobą warto mieć – nigdy nie wiesz kiedy dopadnie Was biegunka i pokrzyżuje Wam czyste sprawy)
  2. KREM DO PUPY (a w upalne dni, szczególnie na plażę ja stawiam na PUDER)
  3. SWIMMERSY (dla mnie obowiązkowe)
  4. JEDNORAZOWE REKLAMÓWKI/WORKI FOLIOWE (bomby biologiczne trzeba w coś zapakować)
  5. PRZEWIJAK TURYSTYCZNY (lub jakaś pielucha flanelowa)
  6. ZAPASOWY KOMPLET UBRAŃ (w zależności od pogody, ale warto mieć długi i krótki rękaw oraz spodenki w razie usikania już założonych)
  7. CZAPKA/CHUSTKA (wokół szyi, na głowę – nad Bałtykiem się przyda czasem nawet cieplejsze okrycie głowy)
  8. KURTKA PRZECIWDESZCZOWA/PRZECIWWIATRÓWKA (gorrrąco polecam! – u nas sprawdziła się rewelacyjnie nad wietrznym morzem)
  9. MAŁY OCTENISEPT I PLASTERKI (biega,s zaleje, czasem z kolana krew się leje…)
  10. PICIE (najchętniej woda, bo nie zostawia plam na ubraniu)
  11. JEDZENIE /ZAKĄSKI  (w zależności dokąd idziesz, na jak długo i co maluch je, ale zawsze miej ze sobą COŚ – bułkę, suche ptysie, biszkopty, herbatniki, kawałek własnoręcznie upieczonego ciasta, owoc, deserek, obiadek w słoiczku, itp.)
  12. ZAPASOWA ŁYŻECZKA
  13. BUTY/KLAPKI (po spacerze brzegiem morza należało zmienić kalosze na inne buty, bo i tak coś tam się do nich nalało)
  14. ZABAWKI (na plażę obowiązkowo komplet do piaskownicy)
  15. TELEFON/TABLET (może ktoś chce się poratować puszczaniem maluchowi bajek gdy ten ma wyjątkowo zły humor?)
  16. KREM PRZECIWSŁONECZNY (dla mnie i dla mojego szkraba: niezmienne dalej i wciąż ZIAJKA z faktorem +50)
  17. BLUZA (czasem warto mieć coś cieplejszego ze sobą)
  18. KOCYK (np. na wieczornym spacerze, gdy maluch kimnie w wózeczku)
  19. KSIĄŻKA DLA MALUCHA I DLA CIEBIE (bardzo opcjonalnie – na plaży raczej pilnuję mojego biegającego dziecka niż oddaję się lekturze)
  20. APARAT FOTOGRAFICZNY(w tym roku przed wakacjami zakupiliśmy aparat superodporny na wszystko,który nie będzie robił pięknych artystycznych zdjęć, ale raczej zwykłe pamiątkowe i bardzo przyzwoite foteczki – jakoś nie mam serca tachać lustrzanki na plażę)
  21. RĘCZNIK – do leżenia, do wycierania się po kąpieli morskiej
  22. PARAWAN/NAMIOT/PARASOL  - bo warto się osłaniać od zimnego wiatru (szczególnie gdy masz malutkiego ludka koło siebie)
  23. AKCESORIA DO PŁYWANIA: KÓŁKO, RĘKAWKI-MOTYLKI, OKULARY (maluchy lubią mieć własne rzeczy do zabawy i do pomocy w wodzie)

Coś jeszcze? Oczywiście nie zapominajmy o sobie – moje okulary, moja bielizna, moje klapeczki, mój portfel… czasem dopycham to wszystko do torby plażowej, a czasem decyduję się dodatkowo na malutką własną torebkę + podręczną mojego synka. A już niedługo czeka mnie pakowanie podwójne i powiem Wam, że jestem właśnie w trakcie poszukiwań TORBY IDEALNEJ do wózka. Gdy tylko ją znajdę, to pokażę ;)

A poniżej jeszcze trochę z zawartości mojej torby (tej zeszłorocznej oraz z tegorocznego plecaka mojego M.) :)

Powyżej kurtka, którą absolutnie polecam- jeśli nie masz przeciwdeszczowej dla maluszka, to ta jest naprawdę świetna: tania (ok. 30 zł), zwijana do formy małej torebeczki, chroni nie tylko od deszczu, ale i od wiatru. Zakupiona w Decathlonie, marki Quechua. Michał ma na sobie najmniejszą jaką udało mi się znaleźć (od 4 do 6 lat), ale i tak  uważam, że leżała dobrze i dobrze go chroniła).

Nakrycia głowy nad Bałtykiem są niezbędne – jak widać, nie zawsze chronią tylko od słońca, ale też zakrywają uszy, bo zimny wiatr czasem daje popalić.

A oto i zabawki! Koparka, wywrotka, foremki, łopatka i wiaderko to absolutny must have mojego dziecka. Dobrze, że nosi je już sam w swoim własnym plecaczku :)

Mikrofon z opcją puszczania baniek – 5 zł, a ile frajdy! Cały dzień koncertowania :)

Kółko – idealne nad morze, na basen – koszt ok. 8 zł.

Piciu i książka mojego męża :) Po wakacjach spełnił swoje marzenie i uzyskał patent żeglarski. Jestem z niego bardzo dumna  :) :*

Hmmm, i wciąż mam wrażenie, że czegoś zapomniałam zapakować… ;)

 

Wakacje nad polskim morzem :)

Czy w niemalże ósmym miesiącu ciąży można pojechać na wakacje? Hmm, można :) A nawet trzeba! By nabrać sił, by odpocząć, zmienić klimat, odetchnąć wakacyjnym powietrzem. W moim przypadku było to nawet zalecenie lekarza – ze względu na swoją alergię wziewną, niemożność przyjmowania leków antyalergicznych, zmiana klimatu na nadmorski była mi zalecana. Tak więc w tym roku wybraliśmy się z naszym prawie trzyletnim skarbem nad polskie morze. Wiele osób mnie pyta „I jak? Dałaś radę? Jak było? Podobało Ci się? Jak urlop?”

W zeszłym roku spędzaliśmy bardzo przyjemny urlopik na słonecznej Krecie, zwiedziliśmy malownicze Santorini, zjedliśmy wiele nowych rzeczy, podejrzeliśmy inną kulturę, inną mentalność, poznaliśmy wspaniałych ludzi. W tym roku było inaczej – chłodniej, bo Bałtyk nie rozpieszcza, niekoniecznie super-taniej, spokojniej (bo połowa czerwca, to jeszcze nie sezon) i przede wszystkim znajomo – bo obydwoje z mężem nad Bałtykiem byliśmy już nie raz.  Ale wrażenie całego urlopu wcale nie było/nie jest negatywne. Bardzo się cieszę, że mieliśmy okazję spędzić w spokoju prawie dwa tygodnie – wypoczynek, który uważam za w pełni zasłużony. Polepszyła się nieco moja sytuacja zdrowotna, moi mężczyźni spędzili wiele wspaniałych chwil razem, a i ja i mój mąż nabraliśmy sił na codzienność, która niedługo znów nieco się zmieni i zasypie nas kolejnymi zadaniami. Poza tym siedząc na plaży, wsłuchując się w szum fal, obserwując piszczące dookoła mewy i rybitwy, czując wiatr we włosach, spacerując brzegiem morza doszłam do wniosku, że nie ma takiego drugiego miejsca na świecie jak nadbałtyckie kurorty – z niepowtarzalnym klimatem, który czasem wspomniany jest w książkach czy filmach. A ja wciąż jeszcze marzę o jednej wyprawie nad polskie morze – zimą. Marzę o tym, by zobaczyć plaże pokryte śniegiem, morze walczące ze skuwającym je lodem – zobaczyć zimowy Bałtyk. Może w przyszłym roku… :) A tymczasem… garść wspomnień – konkrety jutro :)

Szkoda, że wakacje zawsze tak szybko mijają :)

Drugie wakacje w życiu Michasia

Do końca nie wiedziałam gdzie i jak je spędzimy, głównie z powodów zdrowotnych, o których opowiem wkrótce, bo myślę, że moje doświadczenia komuś mogą się przydać. Jakiś czas temu Koleta pytała o wakacje – wtedy jeszcze miałam tylko niejasne plany. Na szczęście udało się  je zrealizować. I mimo, że wróciliśmy z wakacji z zakichanym katarem, to i tak tegoroczny urlop będę wspominać miło :)

A jak się spędza wakacje z maluszkiem, który ma „półtola loku”? Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że lepiej niż z dzieckiem półrocznym. Wprawdzie półroczny szkrab nie ucieka mi na ulicy i nie przejawia powoli buntu dwulatka, ale w porównaniu z zeszłorocznym urlopem, tym razem wzięłam ze sobą mniej jedzenia, i co najważniejsze – lepiej mogłam się dogadać z Michałem, co bardzo ułatwia wiele sytuacji.

Po powrocie wiele osób pytało jak Michaś przeżył lot samolotem. Zaskakująco dobrze – gdy lecieliśmy na Kretę trochę mu się chyba kręciło w głowie przy starcie i przy lądowaniu. Gdy wracaliśmy z Krety – przespał sprawę :) A tak w ogóle, to był zafascynowany samymi maszynami, bo przecież tuż przed nim jest SIAMOLOT!

W czasie lotu i w czasie całych wakacji nieocenionym urządzeniem okazał się tablet. Bajki, piosenki i rysowanie – to jest to, co tygryski lubią najbardziej :)

Jeszcze w czasie lotu, aby mały był spokojny i grzeczny, bardzo niewychowawczo przekupiliśmy go zabawką – autkami hot wheels. Sprawdziły się w czasie lotu i zajmowały go jeszcze w Grecji.

Pogoda świetna – cieplutko, sucho. Nie czuć zupełnie jesieni, która nas przywitała w Polsce. Dla małego wzięłam głównie krótkie rękawki i krótkie spodenki. Miałam też coś z długim rękawem – przydało się bardzo przy powrocie do domu.

Nieocenione są też rampersy – nic się nie podwija, rozpinane w kroku, przewiewne. Polecam na wakacje.

Powyżej Michaś demonstruje jak mama patrzy. Podobno mam tendencję do takie wyrapiania się :)

No a poza tym – koniecznie coś na głowę. Ja na tygodniowy pobyt zabrałam dwie czapki – jedną przywiozłam megabrudną.

Oczywiście główną atrakcją wakacji dla mojego dziecka była WODA, czyli morze. No i oczywiście FALE, których Michasiek bał się panicznie pierwszego dnia. Ale potem było coraz lepiej, aż do momentu gdy sam maszerował do wody, a gdy próbowaliśmy go trzymać w pasie, by się w wodzie nie wywrócił, to spotykaliśmy się z mężem z ogromnym Michałkowym protestem. A radocha z wody ogromna :)

A co mi było potrzebne na plaży? Krem z filtrem, klapeczki, swimmersy i czapka, czasem też okularki do wody, bo słono, aż szczypie w oczy. No i jakieś zapasowe ubranka. Krem z filtrem wybrałam Ziajki i jestem zadowolona – nie zawiódł nas :)

No i koniecznie łopatka. Idealnie z wiaderkiem, konewką i foremkami.

Klapeczki z powyższego zdjęcia zakupiłam w Decathlonie – przydały się. Wprawdzie plaża, którą wybraliśmy była piaszczysta, ale znaleźliśmy się też na południu Krety, gdzie było już nieco inaczej.

Na południe Krety wybraliśmy się wypożyczonym samochodem, wygodnym Volkswagenem CADDY. Na wyposażeniu dostaliśmy również fotelik – maxi cosi do 15 kg. Jeszcze zmieściliśmy się w tym przedziale, a fotelik oceniam pozytywnie.

Jak widać, znów z tabletem. Niestety Michaś był momentami bardzo zmęczony i nawet piękne widoki zza okna go nie interesowały…

Wycieczki dla malucha są bardzo wykańczające – podróż samochodem po południu Krety jednego dnia, a następnego wyprawa na Santorini wypompowały Michała, choć były to wspaniałe wycieczki . Ale o nich trzeba napisać osobno…

A poza plażą? Był też i hotel – z dobrym jedzeniem, z animacjami, w tym też dla dzieci. Niestety Michaś nie chciał skorzystać. Chciałam z nim podejść do starszych dzieci tańczących w kółku, ale chyba za bardzo się bał. Obserwował z daleka i z bezpiecznej odległości machał rączką, tupał nóżką.

Wakacje oceniam bardzo pozytywnie :)

Były buziaki…

były uściski…

 oraz różne osobliwości…

Było naprawdę miło, a już na pewno cudnie w porównaniu z tym jak chłodno jest dziś za oknem…