W jedno popołudnie…

Pisuję to do Was o tym jaki świecznik postawić na stole, jak udekorować mieszkanie na Święta, jaki zrobić deser dla gości, czym ozdobić pokój Malucha…ale dziś…trochę tego, co się wydarzyło, strachu i emocji, tego jak się bałam, jak w jednej chwili zburzyło się moje spokojne popołudnie. Na długo się zburzyło, dużo po sobie zostawiając.

Właśnie wracaliśmy z zakupów, nawet za bardzo nie byłam objuczona torbami, a że shopper bag mieści dość dużo, z dobrym humorem i mlecznymi rogalami wturlaliśmy się z Michaśkiem do domu. Zaraz zrobimy herbatę, podzielimy się z tatą rogalem… A gdzie tata? Tata blady trzyma Mateuszka na stoliku i powtarza „Mateuszku co Ci jest? Co Ci jest??” A Mati płacze, dyszy, świszczy, syczy, nie może złapać oddechu. „Może coś połknął??” Tak słyszę siebie jakby obok. Tata obraca Mateuszka, przekłada przez kolano, zdecydowanie uderza posuwistym ruchem od nerek w górę. Nic. Świst, zapłakane i wystraszone oczy. „Dzwonię po karetkę” Znowu słyszę siebie gdzieś obok. Bo takie rzeczy się dzieją obok. Słyszy się jak KTOŚ wzywa karetkę, jak to CZYJEŚ dziecko jest w niebezpieczeństwie, jak to KTOŚ ma operację, u KOGOŚ stwierdzono coś poważnego. To się dzieje obok. Nie dotyczy mnie, nas, a już na pewno moich dzieci. „Wysyłam do Pani karetkę” słyszę po drugiej stronie. I czekamy. Tata tuli Mateuszka, ja wychodzę na balkon, sprawdzam czy już jedzie. Widzę sąsiada z malutką córeczką na spacerze, coś jej pokazuje, tłumaczy, mała coraz bardziej zainteresowana zerka w stronę, którą pokazuje jej tata. Jak tu nie zerkać na i-jo, i-jo. Dziecko zafascynowane ambulansem, który jedzie do innego dziecka. Do mojego dziecka. Do mojego Synka, który jest spełnieniem moich marzeń, dopełnieniem całego mojego macierzyństwa, kropką nad i w moim życiu. I ten mój skarb, który nie może złapać oddechu, patrzy na mnie ze strachem w oczach, a ja nie umiem mu pomóc… Chwilę później razem z tatą Matusiek pojechał na SOR, a ja odwiozłam Michasia do babci i pojechałam do szpitala na tą samą izbę przyjęć, na której byłam 3,5 roku temu z tygodniowym niemowlęciem zwijającym się z bólu od ostrego obustronnego zapalenia ucha. Wróciły wspomnienia, uczucie bezradności i strachu. Tym razem podejrzenie aspiracji ciała obcego, zdiagnozowane zapalenie krtani, górnych dróg oddechowych, badanie laryngologiczne, rtg klatki piersiowej, gazometria, inhalacja z adrenaliny i decyzja o hospitalizacji… Boję się szpitali, boję się chorób. Panicznie. Boję się o dzieci. Panicznie. Panicznie bałam się zabiegu, który rok temu miał Michaś – w znieczuleniu ogólnym usuwano mu znamię podejrzane onkologicznie. To był jeden z najgorszych dni w moim życiu – stresujący do granic, a ja wtedy już w ciąży w czwartym miesiącu… Nie było mi łatwo. Parę dni temu też nie było mi łatwo. Chyba nigdy się tak nie bałam. O Matuśka się nigdy tak nie bałam, bo to taki zuch, który wciąż się śmieje i nie robi problemów. Nie płacze bez powodu, nie boi się lekarza, taki jest po prostu złoty. I to moje złote maleństwo na naszych oczach zaczęło się dusić. A my nie mogliśmy zrobić nic, tylko czekać na lekarza. Czułam wtedy taki strach, który aż mi zadawał fizyczny ból. Ściskał mi serce, gardło i szczypał w łydki, że nie mogłam ustać. Tuliłam synka i dotarło do mnie wtedy jak wielka jest ta matczyna miłość, jak ogromne uczucie do tej małej istotki we mnie drzemie, jak to jestem gotowa świat podbić i pobić za Niego. Najważniejszego, Najukochańszego.

Opanowaliśmy zapalenie krtani, nie zdiagnozowano ciała obcego, wypisano nas do domu po kilku dobach. I wszystko dobrze się skończyło, tylko że gdzieś w środku zostawiło ślad i gdy teraz Mati zakaszle… ja odpalam uszy nietoperza, działam jak monitor oddechu, tulę, całuję, serce mi bije szybciej. Już wiem, że to COŚ, co się stało KOMUŚ, niekoniecznie musi być OBOK mnie. Może się przytrafić też MNIE. Taka prosta jak krowie na rowie lekcja – nigdy nie wiesz jak to będzie dalej w życiu, nigdy nie wiesz co Cię spotka, biadolisz jaka ta codzienność nudna, szara i trudna, a trzeba ocenić jaka jest stabilna. I oby nie gruchnęła. Nigdy więcej.

Nie zwykłam tak jakoś publikować zdjęć chłopców, ale dziś nie mogłam się powstrzymać. Nie po tym wszystkim.

Moje słodkie zuchy :)

Co zrobić gdy dziecko ma jelitówkę?

Druga ciąża zdaje mi się być naprawdę nie lada wyzwaniem – i już nawet nie  wspominam o własnych kłopotach ze zdrowiem, ale  najlepsze jest to, że chorują też wszyscy dookoła. Gdy mnie złapały dziwne skurcze i bóle i zmuszona byłam odpoczywać w łóżku, pech chciał, że mojego męża dorwała rwa kulszowa uniemożliwiając mu swobodne ruszanie się, a synek zapadł na wyjątkowo wredną jelitówkę. Obyło się na szczęście bez wymiotów, ale biegunka była przerażająca – z krwią, z temperaturą i ze skierowaniem do szpitala – na szczęście awaryjnym w razie gdyby doszło do odwodnienia. Cała ta sytuacja jest powodem dzisiejszego posta. Chciałam napisać, co warto mieć w domu, co może się przydać, co trzeba zrobić gdy malucha dopadnie jelitówka. Dodam, że synka dopadła tuż przed 15 sierpnia, więc w dzień wolny od pracy, gdzie lekarza i aptekę niekoniecznie łatwo znaleźć… Dlatego zaopatrz swoją półkę z lekami i nie trać czujności ;)

Przede wszystkim trzeba nam wiedzieć, że na jelitówkę nie ma skutecznej broni – czy rozstrój jelitowy jest wirusowy czy bakteryjny, pozostaje nam czekać na wyzdrowienie, nawadniać i wzmacniać organizm. No, na bakteryjne świństwa jest jeszcze to i owo, ale nigdy nie wiemy czy to, co męczy malucha nie jest przypadkiem wirusem.

To, co warto mieć i podać maluchowi, to…

PROBIOTYK:

w kroplach lub rozrobiony z wodą – na rynku jest ich wiele. Ja zazwyczaj korzystam z Dicoflor 30. W stanie ostrej biegunki przepisano nam go 2 x dziennie przez kilka dni. Potem już tylko raz dziennie, ale jeszcze przez ok. 10 dni. Probiotyk pomaga odbudować florę bakteryjną w jelitach.

 

LEKI OBNIŻAJĄCE GORĄCZKĘ

Nurofen lub paracetamol, a jeśli jeden nie działa, to wspomagamy się drugim. Obniżenie wysokiej temperatury jest bardzo ważne u malutkiego dziecka.

 

 

SMECTA

Pomaga ochraniać błonę śluzową przewodu pokarmowego i zwiększa wytrzymałość śluzu na czynniki drażniące. Ma również zdolności wiązania innych substancji. Smecta rozpuszczona w wodzie ma posmak drożdżowy, więc niewykluczone, że maluch nie będzie chciał za bardzo wziąć leku do ust.

PŁYNY NAWADNIAJĄCE

My zakupiliśmy Orsalit o smaku malinowym, który można podawać dzieciom od 6. miesiąca życia. Jest to doustny płyn nawadniający o zmniejszonej osmolarności, który jest zalecany właśnie w stanach biegunki lub wymiotów, czyli w sytuacjach sprzyjających odwodnieniu. Saszetkę rozrabiamy z wodą i postępujemy zgodnie z ulotką (dawkowanie jest dokładnie rozpisane). Mimo malinowego smaku, Orsalit chyba nie jest zbyt smaczny, ponieważ Michał jakoś za bardzo nie chciał go pić. Wmuszaliśmy go jednak małymi łyczkami, ponieważ został nam polecony przez lekarza.

ENTEROL

Przepisany nam przez lekarza na receptę – stosowany w ostrych biegunkach bakteryjnych, przebiegających bez krwi w kale, jako dodatek do nawodnienia u dorosłych i u dzieci. Enterol stosuje się również w celu zapobiegania biegunkom – zawiera liofilizowane komórki drożdżaków, które hamują działanie chorobotwórcze niektórych drobnoustrojów i wywierają działanie biologiczne zbliżone do działania ochronnego naturalnej flory bakteryjnej. Smak Enterolu rozpuszczonego w wodzie pozostawia trochę do życzenia – podobnie jak w przypadku Smecty, maluch niekoniecznie będzie zachwycony tym lekarstwem.

 

NIFUROKSAZYD

Wydawany na receptę, więc stosujemy go w porozumieniu z lekarzem. To lek wykazujący działanie przeciwbakteryjne wobec większości bakterii wywołujących zakażenie jelitowe. Nie będzie jednak działał na wirusy. Nie wchłania się do przewodu pokarmowego i jest wydalany szybko z organizmu.

A poza tym…

W przypadku biegunek stosujemy dietę lekkostrawną – malucha nie zmuszamy do jedzenia, jeśli bardzo nie ma na nie ochoty, ale wmuszamy płyny. Nie wolno dopuścić do odwodnienia: maluch powinien pić małymi łyczkami, ale często – co kilka minut. Unikamy wmuszania całej szklanki herbaty czy wody na raz, bo może to skutkować niefajnym pawiem.

Nie podajemy maluchowi owoców, przecierów owocowych, soków przecierowych. Możemy owocowy syrop rozrobić z wodą i podać dziecku taki „soczek”, jeśli bardzo lubi słodkie kolorowe napoje. Pamiętajmy też, że słodzone napoje są wskazane – pokrzepią trochę malucha (tak powiedziała nam pani doktor).

Rezygnujemy z nabiału – serki, jogurciki, twarożki. Spożywanie nabiału wydłuży czas trwania infekcji.

Infekcje rotawirusowe, biegunki pochodzenia bakteryjnego są naprawdę męczące dla malucha i mogą być niebezpieczne. Zgłoś się do lekarza, jeśli tylko zobaczysz coś, co Cię zaniepokoi – lepiej skonsultować się z lekarzem niż zwlekać. Jeśli zauważysz objawy odwonienia – koniecznie zgłoś się do lekarza/szpitala. Odwodnione dziecko jest słabe, „leci przez ręce”, ma wysuszone śluzówki, „zwiędniętą” skórę. Bardzo niepokojące jest też gdy maluch nie oddaje moczu.

To, co opisałam powyżej to tylko to, co mogłabym doradzić po własnych przejściach, ale lekarzem nie jestem, tak więc Mamo, skonsultuj się z własnym pediatrą lub farmaceutą w celu omówienia leczenia swojej pociechy.

Wszystkim życzę zdrowia i pozdrawiam :)

Kasia

Katarrrrrrr… grrrrrrrrrrrr

Powiem Wam czemu go nie lubię – oprócz tego, że po prostu uprzykrza życie, nie pozwala dziecku normalnie oddychać, przeszkadza podczas spania, zmusza do oddychania przez buzię, w naszym przypadku jest wyjątkowo ciężki do wyleczenia. Może u innych dzieci takie nieżyty przechodzą szybko i bezboleśnie – u nas potrafią się ciągnąć miesiącami ( rekord to chyba 3 miesiące). Ponadto, taki ciągły katar w końcu „siada” na uszy i w życiu Michała dwa razy zainicjował zapalenie ucha. Kiedyś już pisałam o tym, że mój start w macierzyństwo okraszony był właśnie ostrym obustronnym zapaleniem ucha, które leczyliśmy w szpitalu na patologicznym oddziale patologii noworodka. Wszystkie te moje wspomnienia i doświadczenia sprawiły, że na widok kataru u mojego dziecka dostaję drgawek i już mam czarne wizje.

Dlatego szukam zawsze sposobów na to, by go szybko i bezboleśnie wyleczyć. Swoje pomysły zawsze konsultuję z lekarzem i wszystkim radzę to samo. Dodam, że sama doktorem nie jestem i nie mam prawa doradzać w kwestiach zdrowotnych, jednak pozwolę sobie napisać co w przypadkach przeziębieniowych robię ja – może ktoś uzna moje rozwiązania za godne uwagi i przydatne. Ja sama dużo pytam, radzę się różnych mam w wielu sprawach wychodząc zawsze z założenia, że może ktoś jednak wie więcej niż ja (a wiedzy nigdy za wiele).

No więc – gdy maluch zaczyna smarkać, lecą mu gluty i zaczyna się katarowa przygoda….

1. Po pierwsze często dmuchamy nos – teraz Michał już potrafi to robić (jeśli mu się chce), często go proszę, by wydmuchiwał gluty. Gdy nie potrafił tego robić korzystałam z fridy – aspiratorka, który przystawia się dziecku do nosa, a z drugiej strony zasysa powietrze ustami wyciągając w ten sposób to, co zalega w nosku. Marta zakupiła fridę podłączaną do odkurzacza, którą bardzo sobie chwali. Wiem też, że niektórzy korzystają z „gruszki”, którą ściska się w dłoni i jednocześnie zasysa katar. Pamiętajmy jednak, że o ile częste dmuchanie nosa jest ok, o tyle wprowadzanie aspiratorów do nosa dziecka może podrażnić śluzówkę nosa i tego już nie powinno się robić zbyt często.

2. Po drugie psikamy nos. A czym? Na przykład wodą morską. Również w rozsądnych ilościach i odstępach czasowych – nie co chwilę, by nie podrażniać za bardzo śluzówki nosa. A jakie jest zadanie wody morskiej? Ułatwia oczyszczanie nosa i nawilża. Wspomaga leczenie kataru, ale w naszym wypadku nie okazywała się być superskuteczna.

3. Psikamy nos lekami. Na przykład Nasivinem, którego zadaniem jest zwężać naczynia krwionośne zmniejszając przekrwienie w zmienionych zapalnie błonach śluzowych. Nie zaobserwowałam po nim znacznej poprawy, choć jest to lek najczęściej rekomendowany w leczeniu kataru.

4. Stosuję też czasem leki homeopatyczne np. krople do nosa Euphorbium. Niektórzy uważają, że pomagają jak umarłemu kadzidło, ale ja uważam, że są skuteczne – sama je stosuję i aplikuję też dziecku. Również nie za często!

5. Stosowałam maść, po której bywało, że katar ustępował „cudem”. Na receptę i zalecenie lekarza wykupywałam maść Bactroban, którą aplikuje się do nosa 3 razy dziennie przez kilka dni, potem już tylko dwa razy dziennie znów przez kilka dni. Maść jest z antybiotykiem, działa dokładnie w miejscu stosowania, czyli rozprawia się ze stanem zapalnym w nosie. Niestety, mam wrażenie, że w naszym przypadku zadziałała raz, drugi, ale później nos Michała jakby się uodpornił na antybiotyk i od jakiegoś czasu nie pomaga już tak cudownie jak kiedyś. Nie wszystkie dzieci tak reagują. Wiem, że Janek Marty korzysta z Bactrobanu bez problemów. Spytaj lekarza o tą maść, jeśli już nie masz pomysłu na to jak pozbyć się glutowego nieprzyjaciela. Dodam tylko, że Bactroban ma jeszcze jeden minus – cenę. Malusieńka tubka kosztuje między 50 a 60 zł w zależności od apteki.

6. Korzystałam też z innych leków przepisywanych przez lekarza. Była wśród nich maść Floxal, żel do nosa Xylogel, a nawet krople na rozrzedzenie wydzieliny Sinupret na zalecenie lekarza (na ulotce napisane jest bowiem, że powinno się je stosować od 7. roku życia). Faszerowanie lekami malucha nie należy do moich ulubionych zajęć, ale bardzo boję się powikłań po katarze w postaci zapalenia ucha. To bowiem zawsze leczone jest antybiotykiem, a nawet wyleczone jeszcze potrafi dawać się we znaki pozostawiając po sobie wysiękowe zapalenie ucha, czyli niebolesną, bezobjawową obecność gluta za błoną bębenkową. Tak więc katarowi mówię stanowcze NIE i zawsze proszę lekarza o rozsądną interwencję.

7. Nawilżam powietrze i inhaluję nos. Nawilżacz powietrza jest dla mnie jednym z najważniejszych urządzeń w domu – staramy się, by w pokoju malucha była odpowiednia wilgotność, szczególnie zimą, gdy grzeją kaloryfery i w domu jest naprawdę sucho. Nawilżam też powietrze, gdy wiem, że moje zakatarzone dziecko całą noc będzie oddychało przez buzię. Inhalacje natomiast podpowiedziała mi koleżanka z pracy, która twierdziła, że świetnie pomagają w udrożnianiu dróg oddechowych. Mój lekarz twierdzi, że bardziej pomagają przy leczeniu infekcji dolnych dróg oddechowych, ale nie sprzeciwiał się stosowaniu ich pomocniczo w leczeniu kataru. No więc inhalujemy się – solą fizjologiczną raz lub dwa razy dziennie wierząc, że to pomoże w pozbyciu się kataru.

Katar jest zazwyczaj towarzyszem przeziębienia, które leczymy kompleksowo – lekami przeciwgorączkowymi, przeciwzapalnymi, herbatkami z soczkiem malinowym, siedzeniem w domu, witaminą C i tym podobnymi. Czasem zdarza się jednak, że dziecko jest już zdrowe, a dalej coś mi gdzieś w nosku furka i brzęczy. Nie lekceważmy tego – katar jest uciążliwy i czasem naprawdę niełatwy w wyleczeniu, ale zawsze wierzę, że jakimś sposobem uda się go pozbyć :) Zdrowia wszystkim na tą wiosnę i lato! :)

Gdy mama w ciąży jest przeziębiona…

Zdarza się prawie każdej przyszłej mamie, że dopada ją przeziębienie – akurat w tym najmniej pożądanym momencie, kiedy trzeba o siebie dbać najbardziej i unikać wszelkich leków. I co wtedy?  Staramy się jakoś zapobiec rozwojowi choroby, leczymy się objawowo lekami z domowej apteczki. Mi też takie przeziębienie się przytrafiło i co wtedy zrobiłam?

Gdy rano obudził mnie ból gardła, pierwszym odruchem było zaserwowanie sobie gorącej herbatki z miodem i z cytryną. Cytryna jest świetnym źródłem C oraz witaminy P.  Miód natomiast ma właściwości przeciwzapalne i oczyszczające. Ponadto doskonale krzepi, a  taka gorąca herbatka doskonale nas rozgrzeje.

Jeśli nie masz pod ręką miodu, możesz zawsze dolać do herbaty soku np. z aronii lub z czarnego bzu (rośliny te zawierają rutynę wykazującą właściwości przeciwzapalne), lub malinowego, który w moim domu znika w ciągu tygodnia :) Uważa się, że soki malinowe mają właściwości napotne, wspomagają leczenie przeziębień. Ja nie mam niestety w swojej spiżarce soków własnej roboty, więc pozostają mi tylko produkty z półki sklepowej. Najbardziej ufam sokom Łowicz. Oprócz malinowego, często też gości u nas sok z pędów sosny, który zawiera także witaminę C i wspomaga układ oddechowy.

Mój lekarz polecił mi również syrop, który jest bezpieczny dla kobiet w ciąży, oparty o naturalne składniki. Zawiera koncentrat z soku z czarnej porzeczki, koncentrat z soku z malin, suchy wyciąg z czosnku, witaminę C i kilka substancji wspomagających.

A na gardło – pastylki z maliną i propolisem. Propolis – inaczej kit pszczeli – zawiera witaminy, mikroelementy i olejki eteryczne. Wykazuje silne właściwości bakteriobójcze.

Ale chyba najbardziej popularnym lekarstwem domowym jest czosnek. Zwany naturalnym antybiotykiem ma właściwości przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, i podobno też przecwigrzybiczne. Słyszałam gdzieś, że jest nawet stosowany w leczeniu AIDS.

Kupując czosnek warto zwrócić uwagę na jego pochodzenie. Czosnek pochodzący z Chin jest przez wielu ludzi potępiany jako roślina niezawierająca niektórych ważnych składników (np. olejków eterycznych) – niektórzy uważają, że nawet jest szkodliwy. Ja staram się korzystać z czosnku z własnego ogródka, a jeśli już kupuję, to często od jakiejś „pani babci” sprzedającej go na ulicy.

Gdy jesteśmy chorzy – ja lub mój mąż, faszerujemy się specyfikiem mojego męża zwanego potocznie MIKSTURKĄ. Przyznam, że w ciąży było mi baaardzo ciężko tą miksturkę wypić z powodu ogromnych mdłości. Miksturka to nic innego jak bomba z witaminy C, naturalnego antybiotyku, olejków eterycznych

Składniki:

cytryna, miód, dwa lub trzy ząbki czosnku

Czosnek przeciskamy przez praskę, dodajemy miód (lejący się) i sok z cytryny. Całość mieszamy, wypijamy. I próbujemy nie zwrócić ;)

Ach, i jeszcze katar! Cóż – możemy robić sobie inhalacje z soli fizjologicznej i aplikować sobie wodę morską, która oczyszcza nos i nawilża.

Mój lekarz polecał mi także Euphorbium. Są to krople homeopatyczne, które aplikuję także mojemu synkowi i jestem zadowolona z ich działania. Zanim jednak je zastosujesz, dla pewności skonsultuj się ze swoim lekarzem – na ulotce jest bowiem napisane, że kobietom ciężarnym i matkom karmiącym tych kropli się nie zaleca.

Ale najlepiej – nie chorować! Wszystkim przyszłym mamom na tą wiosnę życzę duuużo zdrówka!

A shadow and a threat grew in my mind – czyli o strachach i nauczkach

Gdy Michaś się urodził nie zauważyłam jej na początku. Mój mąż zauważył szybciej, ale jakoś się nią nie przejmowaliśmy. Była na wewnętrznej części ramienia, więc nie była aż tak widoczna, ale z czasem zaczęła się zmieniać. Na samym początku była lekko różowa, później brązowiała, zaczęły się w niej pojawiać ciemniejsze kropki, a potem na powierzchni małe włoski. I kiedy Michaś miał roczek zauważył ją – na jednej rączce była, a na drugiej nie. Zapytał „Co to?” No i moja odpowiedź „To taka plamka, Michałku” Zanim się do niej przyzwyczaił minęło trochę czasu. Ciężko było mu wytłumaczyć, że niektórzy już tak mają – mają znamiona, czyli w mniemaniu Michasia – plamki, a i on sam na samym początku zdawał się być nią przerażony i ciągle mówił mi „Zabierz ją, zmyj!” Lekarze podczas badań nie zwracali na to większej uwagi – ot takie znamię, jedno z wielu na świecie. Jedna lekarka powiedziała nawet „Aniołki Cię chyba pochlapały troszkę” Jakie milutkie określenie…

Ale mojego męża ta plamka wciąż niepokoiła i w końcu wybraliśmy się do lekarza – nie dermatologa, ale od razu do onkologa, chirurga dziecięcego. Nie wybieraliśmy go na chybił trafił, namiar otrzymaliśmy od naszego zaufanego pediatry. Byłam przekonana, że ta wizyta jest nam potrzebna jak rybie ręcznik – tyle ludzi ma znamiona od urodzenia! Tyle osób ma różne „myszki”, „pieprzyki” i nie usuwamy wszystkiego wszystkim.

Ale diagnoza pana profesora nie była pokrzepiająca. Znamię nie wyglądało dobrze, ponieważ było różnokolorowe (widoczna była migracja melanocytów w jego obrębie) i miało nierówne krawędzie. Węzły chłonne nie były powiększone, samo znamię jeszcze nie wyglądało na „aktywne”, ale jak ostrzegł nas profesor nie mamy za dużo czasu. Znamię będzie rosło z dzieckiem, z czasem będzie je coraz ciężej usunąć, a w okresie dojrzewania, przy zmianach hormonalnych może przeobrazić się w czerniaka.

Wyszłam z tego gabinetu załamana. Wiele osób mi powtarzało, żebym się nie martwiła, że przecież to nie wyrok, że musimy usunąć znamię, by czerniaka wykluczyć. Koleżanka z pracy powiedziała „Pozbądź się tego jak najszybciej! Ja pousuwałam sobie wszystko co tylko mogłam” Zdawałam sobie sprawę z tego, że na świecie są straszniejsze wypadki, przypadki, które przytrafiają się rodzicom i dzieciom każdego dnia, ale w mojej głowie kłębiły się najczarniejsze myśli – jak Michaś przejdzie operację, jak zareaguje na znieczulenie ogólne, jak usuną z tak małej rączki dość duże znamię, jak Michaś to ogarnie, jaki będzie wynik badania histopatologicznego…

Mój mąż każdego dnia utwierdzał i dalej utwierdza mnie w przekonaniu, że czarnowidztwo, to najgorsze, co może mi się przytrafić, że trzeba myśleć pozytywnie i z wiarą patrzeć w jutro. I tak się starałam robić, choć dzień operacji – 8 marca – nie był dla mnie łatwy. Pierwszy Dzień Kobiet w moim życiu, w którym guzik mnie obchodziło wszystko dookoła, tylko to jak poradzić sobie z bezradnością i jak pomóc swojemu dziecku. Wsparcie najbliższych, smsy, telefony od znajomych i przyjaciół były nieocenione :)

Po tym wszystkim mogłabym napisać o tym jak poradzić sobie przed operacją, jak przygotować siebie i dziecko, ale dziś chciałam tylko napisać, że jestem za pełną profilaktyką i radzę mocno wszystkim obserwować swoje dzieci, a wszelkie zmiany jakie zachodzą konsultować z lekarzem.

Znamię okazało się być znamieniem dysplastycznym, czyli takim, z którego może powstać nowotwór złośliwy, choć wcale nie musi. Michasia musimy bacznie obserwować, kontrolować wygląd skóry przed wakacjami i po sezonie urlopowym. A ja nauczyłam się kolejnej rzeczy – że łatwo można stracić to, co się ma, że trzeba doceniać każdą najmniejszą rzecz, a pierdołom pozwolić żyć własnym życiem. Bo to, czy wymienię panele w mieszkaniu na chwilę obecną w skali od 1 do 8 obchodzi mnie na -10.

Apteczka malucha w podróży

Koleta, chyba jesteś moją bratnią duszą, gdyż wychodzi na to, że urlopowałyśmy w tym samym miejscu :) O wakacjach będzie za dzień lub dwa, jak się już ogarnę w moich czterech kątach, a póki co postanowiłam, już po podróży, przyjrzeć się swojej torbie z lekami, które zabrałam dla Michasia. Troszkę tego jest… Baku, może Ci się przyda w przygotowaniach do podróży – swoją drogą, zazdraszczam Ci wielce podróży w stronę słońca :)

Po rozpakowaniu:

Pamiętaj, że każdy lek, który podajesz dziecku, należy skonsultować z własnym lekarzem. To, co ja podaję mojemu dziecku, jest wcześniej przedyskutowane z pediatrą i dostosowane do potrzeb mojego malucha. Nie namawiam na korzystanie z leków, z których i ja korzystam. Jedynie prezentuję to, co mnie się przydaje i zostało polecone Michasiowi przez specjalistów.

I tak też w apteczce jest (zaczynając od lewej):

  • Pulneo – syrop na receptę, przepisany przez laryngologa, przeciwzapalny na wypadek pojawienia się stanu zapalnego w uszach.
  • Hasco Sept – na wypadek bólu gardła.
  • Calgel – na bolesne ząbkowanie.
  • Nasivin soft – na katar.
  • Disne mar – woda morska, na wypadek kataru, do oczyszczania nosa.
  • Sinupret – w kroplach, przepisany nam przez laryngologa w leczeniu uszu.
  • Enterol – pozostałość po nieżycie przewodu pokarmowego. Mam na wypadek biegunki, zatrucia, jelitówki. Już nie pamiętam dokładnie, ale chyba jest to lek wydawany na receptę.
  • Nurofen – bez tego nie pojechałabym nigdzie. Przeciwgorączkowy, przeciwzapalny, przeciwbólowy. Ratował życie przy trzydniówkach i przy anginie.
  • Pedicetamol – też obowiązkowy na mojej liście. Gdy nie działa sam ibuprofen, wspomagamy się paracetamolem – w skrajnych przypadkach, rzecz jasna.
  • Gaziki jałowe – na rany, na otarcia, do przemywania oczu, zainfekowanych miejsc.
  • Octenisept – do dezynfekcji. Jest z nami od początku, gdy pielęgnowaliśmy gojący się pępek, do dziś, gdy pielęgnujemy rozbite kolana na spacerze.
  • Aerius – wydawany na receptę. Mam go od czasu dziwnej alergicznej wysypki, którą Michaś miał jakiś czas temu. Wożę go na wypadek nieoczekiwanej reakcji alergicznej.
  • Tormentiol – na wypadek odparzenia. Mam go też bardziej w swojej własnej apteczce, niż w lekach Michasia, ale jednak mam.
  • Mupirox – również na receptę. Maść z antybiotykiem – na wypadek stanu zapalnego ujścia cewki moczowej.
  • Pimafucort – na receptę. Maść o działaniu przeciwbakteryjnym, przeciwgrzybiczym. Dzięki niej pozbyłam się powracającego liszaja z Michasiowego policzka, którego nie mogłam się pozbyć baaardzo długo. I tak mam pod ręką w razie gdyby znów coś wróciło.
  • Termometr – bezdotykowy: marki Microlife – podobno najlepszej na rynku. Mierzę nim temperaturę na czole i w uchu.
  • Sól fizjologiczna – do oczu. Jeśli coś by wpadło dziecku do oka, łatwo z niego coś wypłukać.

 

  • Jeśli mam miejsce w torbie i jadę gdzieś na dłużej, zabieram jeszcze Rivanol do odkażania skóry, otarć naskórka. Przydaje się w stanach zapalnych ujścia cewki moczowej (niepokojąco zaczerwieniony siurek) lub przy pobieraniu moczu.

 

  • No i zawsze obowiązkowo dla mnie – frida. Choć mam koleżanki, które mówią jej stanowcze NIE.

 

To chyba na tyle. Przynajmniej tyle wypakowałam z podręcznej apteczki Michałka. Mam nadzieję, że niczego nie zgubiłam :)

 

Lekarze – moje namiary

Zanim udam się do specjalistów, staram się ich troszkę „sprawdzić” – szukam w internecie, pytam znajomych o ich poziom zadowolenia z danego miejsca, z danego lekarza. A trochę się już nachodziłam – były wysypki, problemy z uszami, przeziębienia, szczepienia…

Może komuś się przydadzą poniższe namiary :)

ALERGOLOG

Korzystałam dotychczas dwa razy:

Imię i nazwisko/ nazwa NZOZ „ALERGICUS-DENT” s.c. Elżbieta Paśnicka, Marek Paśnicki PORADNIA ALERGOLOGICZNA 68-200 ŻARY, ul. Strzelców 10
Namiary Tel. 68 3630099, Tel./fax 68 3630134, kom. 602755304
Opinie Gabinet polecony nam przez znajomych na stronie znany lekarz.pl brak opinii.
Strona internetowa
Koszt wizyty  Wizyta podstawowa: 100 zł. Dodatkowe badania dodatkowo płatne.
Gdy Michał miał 3 miesiące, wysypkę na buzi i śluz w kupce wybraliśmy się z mężem do Żar i trafiliśmy do doktora Paśnickiego na wizytę prywatną, gdyż zależało nam mocno na czasie, a w Żarach byliśmy przejazdem. Gabinet ten polecili nam znajomi z Zielonej Góry i w tymże gabinecie zrobiliśmy Michasiowi test z krwi- panel Atopowy (Pediatric). Pan doktor był bardzo miły, rzeczowy, uspokoił trochę moje nerwy, a nasz problem okazał się być nieco wyolbrzymionym przez nas samych. Sam lekarz raczej na plus, choć odniosłam wrażenie, że oprócz bycia lekarzem (podobno dość dobrym) jest też niezłym biznesmenem.
U niego w gabinecie można zrobić dziecku test na tolerancję mlek dostępnych na rynku (co wzbudziło moje zainteresowanie), ale robi się je na plecach dziecka i przez jakiś czas na plecach dziecko nie może leżeć (tu moje zainteresowanie opadło).
Imię i nazwisko/ nazwa Irena Kagan-Grzesiak (alergolog, pulmonolog, pediatra), ul. Krynicka 37/39 Centrum Gastrologiczno-Hepatologiczne
Namiary Rejestracja prywatnie:600 036 001 (CGH)Na NFZ: Rejestracja na stronie:  http://www.dcchp.pl/erejestracja/  (zapewne na wizytę trzeba troszkę poczekać, jak to z NFZ-em bywa)
Opinie Gabinet polecony nam przez pediatrę.http://www.znanylekarz.pl/irena-kagan-grzesiak/alergolog-pulmonolog-pediatra/wroclaw-wroclaw
Strona internetowa  Można się zarejestrować do Pani doktor również na NFZ – dr Kagan-Grzesiak jest kierownikiem Poradni Alergologicznej przy ul. Grabiszyńskiej: http://dcchp.pl/poradnie/poradnie-alergologiczne.
Koszt wizyty   Wizyta kosztuje 130 zł.
Trafiłam do tej pani z polecenia lekarza pediatry. Pani doktor jest rzeczowa, konkretna, miło odpowiada na pytania, przyjazna, ale nieprzesłodzona (stąd może negatywne opinie w internecie o tym jaka jest oschła).Pani doktor  przyjmuje prywatnie w CGH, pacjentów woła sama do gabinetu. Na miejscu pielęgniarka pani doktor zrobiła Michasiowi testy skórne Allergopharma (metoda punktowa) na mąki i nabiał, a pani doktor wykluczyła alergię na białko. Ogólnie wizytę oceniam pozytywnie.

 

LARYNGOLOG

Imię i nazwisko/ nazwa MEDICUS Dolnośląskie Centrum Laryngologii ul Kard. Wyszyńskiego 110, 50-307 Wrocław, ul. Legnicka 56 (1piętro), 54-204 Wrocław
Namiary tel.: +48 71 353 00 30, fax: +48 71 353 00 35 (Legnicka)tel.: +48 71 323 63 00, fax: +48 71 323 63 10 (Wyszyńskiego)
Opinie Medicus był nam polecany przez kilka niezależnych osób, w tym też przez pediatrę.
Strona internetowa http://www.medicusdcl.pl/
Koszt wizyty Wizyta kosztuje: od 130 zł do 180 złNa NFZ: W przypadku pierwszej wizyty rejestrujemy się na miejscu za okazaniem skierowania. Skierowanie zostaje w rejestracji do momentu wizyty. W przypadku kolejnych wizyt rejestrujemy się już tylko telefonicznie.
My trafiliśmy akurat do dr n. med. Marzeny Jaworskiej. Oczywiście prywatnie, by było szybciej. Medicus ma świetny sprzęt. Wpuszczają kamerkę do uszu, do nosa i do gardła. Wszystko trwa króciutko i daje doskonały obraz tego co się dzieje w strategicznych miejscach.Co do leczenia – jesteśmy w trakcie i nie jestem się jeszcze w stanie wypowiedzieć.

 

NEUROLOG

Imię i nazwisko/ nazwa GABINET NEUROLOGII DZIECIĘCEJ „NEURON” dr n. med. Beata Jędrzejczyk-Góral 50-451 Wrocław ul. Komuny Paryskiej 8 
Namiary Rejestracja w poniedziałki (9-14) oraz w czwartki (15-20): Tel. 71 342 52 77 
Opinie http://www.znanylekarz.pl/beata-jedrzejczyk-goral/pediatra-neurolog/wroclawPolecona mi przez pediatrę.
Strona internetowa
Koszt wizyty Wizyta kosztuje 80 zł
Pani bardzo miła, rzeczowa, polecona mi przez pediatrę jako „niefanatyczka metod rehabilitacji”. Rozważnie ocenia przypadki, nie rehabilituje nikogo na siłę. Opinie o pani doktor można przeczytać na stronie . Dość oblegana: poczekalnia w gabinecie prywatnym jest malusieńka w centrum miasta, zdarzały się opóźnienia. Mieliśmy przyjemność spotkać się z Panią doktor dwa razy.

 

 

PEDIATRA

Należę do przychodni osiedlowej – Praktyki Lekarza Rodzinnego przy ul. Szwedzkiej 1B. Tam też szczepię dziecko, udaję się gdy są problemy katarowo-przeziębieniowo-gorączkowe. Jestem zadowolona z opieki pani doktor Doroty Frydryszak, która jest miła, rzeczowa, konkretna i lubi dzieci.

 

Imię i nazwisko/ nazwa dr Maciej Puławski ul. Żwirki i Wigury 18/2, 54-621 Wrocław
Namiary Rejestracja: 609 479 754 pn-pt 8:00-20:00
Opinie  http://www.znanylekarz.pl/maciej-pulawski/pediatra/wroclaw
Strona internetowa http://www.pulawski-pediatra.pl/
Koszt wizyty  Wizyta kosztuje 100 zł
Czasem gdy coś się dzieje i nie mogę widzieć się  z lekarzem natychmiast, korzystam z usług pana doktora. Jego gabinet prywatny jest bardzo blisko mojego miejsca zamieszkania . Polecam – lekarz, który traktuje pacjentów z ogromnym szacunkiem, jest sympatyczny, rzeczowy i stara się zawsze pomóc jak tylko może. Ponadto, pan doktor również szczepi dzieci w swoim prywatnym gabinecie.