Niania elektroniczna – tak czy nie?

Wielu rodziców, szczególnie przyszłych, zastanawia się nad jej zakupem. Przyda się czy się nie przyda? Czy można na niej polegać? Czy warto ją mieć? Wiadomo, ilu rodziców, tyle opinii. I Marta i ja miałyśmy nieco odmienne zdanie na temat tegoż udogodnienia… :)

Marta:

Czy mamy nianię? Nie, nie mamy. Nie zastanawiałam się nad jej zakupem, bo razem z mężem po prostu nie widzieliśmy takiej potrzeby. Mamy nieduże mieszkanie i w związku z tym zawsze jestem blisko mojego dziecka. Nawet kiedy przymknę drzwi sypialni, gdy Janek ma drzemkę, i tak usłyszę jeśli zamarudzi, albo się przebudzi. Może gdy byłam w ciąży przeszło mi trochę przez myśl, aby zakupić nianię ze względu na monitor oddechu, ale jakoś końcem końców niczego nie wybraliśmy. Zresztą, przy natłoku wydatków związanych z pojawieniem się dziecka, niania z monitorem oddechu okazuje się być wcale nietanią rzeczą. Czasem jednak wydaje mi się, że gdybyśmy ją mieli, byłaby dość przydatna- np. na wakacjach: ty spokojnie wypoczywasz na leżaku pod domem, a maluch śpi w domu w łóżeczku – nie martwisz się o to, że go nie usłyszysz, jeśli zapłacze. Także byłaby przydatna w kwestii naszych wyjazdów do rodziny. Moi rodzice przeprowadzili się jakiś czas temu do domku i czasem mam obawy, iż będąc w ogrodzie nie usłyszę Janka. Rozwiązaliśmy jednak ten problem bez kupowania niani: na telefon ściągnęliśmy aplikację niani elektronicznej i gdy jesteśmy w potrzebie, używamy dwóch telefonów, które działają jak niania – jeden wyłapuje dźwięk i dzwoni na drugi telefon.  Słyszałam o tym, że telefon z uruchomioną aplikacją potrafi się zawiesić, więc czasem mimowolnie zaglądam do Janka, by się upewnić czy wszystko w porządku. Jak na razie jestem zadowolona z tego rozwiązania.

Kasia:

Tak, mamy nianię. Czy jej używam? Tak. Czy jestem z niej zadowolona? Tak. Gdy Michał był malusieńki, po wyleczeniu zapalenia uszu, po powrocie ze szpitali leżeliśmy z mężem w łóżku i słuchaliśmy jak pika monitor oddechu w niani i do końca życia nie zapomnę mojego męża, który z ulgą w głosie westchnął „Jak dobrze, że jest ten monitor i nie musimy sprawdzać oddechu Michałka co dwie minuty”. Niania dała nam ogromny komfort psychiczny, pozwoliła się zrelaksować nieco w tym dość trudnym dla nas czasie samych początków. Z czasem przestaliśmy korzystać z monitora oddechu, ale z niani korzystamy do dziś. Zdarza się, że Michaś zasypia, zamykam drzwi od jego pokoju i idę wziąć prysznic – gdyby rozpłakał się, gdy ja jestem w innej części mieszkania (np. w łazience), mogłabym go nie usłyszeć. Zdarza się też, że chwilę Michałkowej drzemki spędzam z Martą na kawie i niania daje mi poczucie większej swobody. Pokazuje mi też jaką temperaturę w pokoju ma Michał (co mi się przydaje, gdyż zimą w naszym mieszkaniu potrafi być naprawdę rześko), a w nocy służy za lampkę dającą bardzo słabiutkie światełko. Używam jej też u moich teściów w domu – wieczorem Michał zasypia na piętrze, a my jeszcze chwilę siedzimy na dole, gdzie również ciężko było by mi usłyszeć płaczące na górze dziecko. Używaliśmy niani również na wakacjach w zeszłym roku – my w ogrodzie przy grillu, Michał w łóżeczku, w pokoju. Czy się obawiam zaufać urządzeniu? Raczej nie. Mam świadomość, że istnieje złośliwość rzeczy martwych, więc mimo włączonego sprzętu, co jakiś czas sprawdzam czy u mojego synka wszystko gra. Poza tym, niania, którą zakupiliśmy z mężem (Angel care) kontroluje łącza, co oznacza, iż w razie braku łączności nadajnika z odbiornikiem, odbiornik zaalarmuje nas o powstałym problemie. Przez ostatnie 18 miesięcy niania nas nie zawiodła :)

 

 

Ja do pracy, a co z dzieckiem?

Gdy zaszłam w ciążę nie myślałam o tym co zrobię z dzieckiem, gdy dzwon wybije godzinę mojego powrotu do pracy, a ja będę musiała zadecydować co zrobić z 6,5 miesięczym niemowlęciem. A jeśli już o tym pomyślałam, to wiedziałam, że na pewno wrócę do pracy – do zajęcia, które lubię, i za którym tęskniłam, do ludzi. A i finanse nie pozwalały mi na podjęcie decyzji o bezpłatnym urlopie wychowawczym. Moja mama jest wciąż aktywna zawodowo, babcia opiekuje się moim dziadkiem, a teściowie mieszkają daleko – tak więc nikomu z nich nie mogłam „podrzucić” dziecka. Czas niestety płynął (z perspektywy czasu) nieubłaganie szybko, a ja poczułam jak grunt powoli pali mi się pod nogami. Co ja zrobię z Michałkiem?! Byłam o tyle w komfortowej sytuacji, że jako nauczyciel akademicki, skorzystałam z wakacji i mój kończący się urlop macierzyński w czerwcu został niejako naturalnie wydłużony do października, ale wtedy już 9-miesięcznego malucha musiałam z kimś, tudzież gdzieś, zostawić. Nie obyło się bez wspólnego debatowania w gronie rodzinno-przyjacielskim…

Żłobek?

Zaczynam od żłobka, bo do niego była przekonana Marta. Nastawiła się na żłobek państwowy ze względu na koszty i była zdecydowana. Wiedziała, że Janek odchoruje troszkę na początku pobyt wśród innych, często gęsto zakatarzonych dzieci, ale doszła do wniosku, że będzie to najlepsze rozwiązanie. Marta i jej mąż są we Wrocławiu sami – rodzice i teściowie mieszkają w Bolesławcu, a oni sami pracują w takich godzinach, że opłacanie niani było by naprawdę dużym obciążeniem finansowym. A żłobek Marcie nie jawił się jako zło konieczne – nasz mały sąsiad Ksawery bardzo się rozwinął wśród innych dzieci w żłobku, bardzo lubi do niego chodzić, a i rodzice są z tego rozwiązania zadowoleni.  Choroby jakieś tam były, ale mówi się, że dzieci żłobkowe nie chorują już później tak mocno w przedszkolu. A to już plus.  Niestety Janek nie dostał się żłobka państwowego i razem z Martą zwiedzałyśmy różne żłobki prywatne – jedne mniejsze, drugie większe, inne czystsze, a jeszcze inne mniej czyste. Różne. Plusem niektórych było dofinansowanie, które posiadały. I do tych Marta postanowiła wystartować – przy kolejnym podejściu Janek dostał się do żłobka, z którego rodzice byli/są w dużej mierze zadowoleni.  Za miesięczny pobyt Janka w żłobku Marta płaci 400 zł plus wyżywienie (oryginalnie zapakowane obiadki i deserki).

Niania?

Ja wizję żłobka oddalałam od siebie – wydawało mi się, że moje dziecko będzie tam zdane samo na siebie, że może będzie się bało, że Pani opiekunka będzie miała zbyt dużo dzieci wokoło, by zobaczyć, że właśnie mojemu czegoś potrzeba. Dlatego postawiłam na nianię. Było mi jednak łatwiej niż Marcie, ponieważ moja praca pozwoliła mi na takie zorganizowanie sobie tygodnia, że pani niania musiałaby przychodzić do Michasia dwa razy w tygodniu – raz na 10, a raz na 8  lub 7 godzin, więc w sumie 18 godzin w tygodniu, a średnio 72 godziny na miesiąc, czyli ok. 700 zł miesięcznie. Są to porównywalne koszta do Jankowego żłobka, a mam pewność, że żadnych choróbsk Michaś nie załapie. Problem jednak tkwi w tym, by znaleźć dobrą nianię. Na starcie odrzuciłam internetowe portale nianiowe – nie mówię, że to źle z nich korzystać (mam koleżankę, która trafiła na super panią z ogłoszenia), ale ja po prostu nie miałam do nich zaufania. Postanowiłam szukać przez znajomych kogoś z polecenia – udało się znaleźć panią, która wstępnie się zgodziła, ale potem zrezygnowała, przez co przez moment znów byłam w kropce, a potem mama zapytała swoją panią sąsiadkę czy nie zechciałaby się opiekować Michaśkiem. Pani ta opiekowała się swoją wnuczką, i gdy ta poszła do przedszkola – napatoczyłam się ja ze swoim synkiem. Pani po namowach zgodziła się i mogę z czystym sumieniem, ręką na sercu i z oczami wzniesionymi ku niebu powiedzieć, że znalazłam nianię idealną, której zaufałam całkowicie, a będąc w pracy ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że małemu mogło by dziać się coś złego.

 

Poczucie winy

Najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że jakiego rozwiązania byś nie wybrała, to zawsze znajdzie się ktoś, kto powie Ci „Ojej żłobek! No to rzeczywiście okropne, że musisz posłać tam małego…” albo „Zatrudniasz nianię? Ja bym nigdy obcej baby do domu nie wpuściła” lub „Tyle się słyszy o tym jak dzieci traktują…” Oczywiście, szczególnie ostatnio – w dobie mikroskopijnych kamer i dyktafonów, aż roi się od historii o żłobkach, w których dzieci są dręczone i o nianiach, która robią sobie drinka jak tylko wychodzisz za drzwi. I, oczywiście, najidealniej było by, gdybyś została całe 3 lata na urlopie wychowawczym z maluchem w domu lub miała babcię, która zajmie się dzieckiem za darmo podczas gdy Ty zarabiasz na chleb. Niestety życie nie jest tak idealne – nie każdy ma dziadków do dyspozycji i portfel wypchany tak, by pozwolić sobie na niepracowanie. Czasem nie ma innego wyjścia poza żłobkiem, a niania dla niektórych też jest nieosiągalna. Dlatego nie miej wyrzutów sumienia, gdy słyszysz powyższe komentarze lub uszczypliwe uwagi. Ty jesteś matką i Ty decydujesz o tym kto i jak będzie się zajmował Twoim dzieckiem. Zawsze kieruj się swoją intuicją i bacznie obserwuj swoje dziecko – jeśli będzie mu się działa krzywda, to na pewno to zauważysz – nie bagatelizuj niczego w zachowaniu malucha, ani też niczego nie wyolbrzymiaj. Po prostu bądź czujna.  A powrót do pracy nie jest zbrodnią – czasem jest koniecznością dla uratowania finansów, a czasem dla utrzymania się w dobrej formie psychicznej. I nie ma w tym nic złego.

 

A jak jest u nas teraz…

Janek nie chodzi do żłobka – z powodu ciągłego kataru i nawracającego zapalenia ucha, laryngolog zalecił zabranie go ze żłobka. Marta zdecydowała, że spróbuje do niego wrócić za jakiś czas, a póki co – tydzień L4 na zapalenie ucha, na tydzień przyjechała babcia, na drugi tydzień druga babcia, w następnym tygodniu urlop, i tak na zmianę. A od kwietnia niania – Marcie udało się znaleźć panią (również z polecenia) za stałą pensję 1350 zł na cały miesiąc po ok. 8 godzin dziennie.

Michał uwielbiał swoją panią nianię, ale ona ze swoich osobistych przyczyn nie mogła już przychodzić ku mojej wielkiej rozpaczy. Obecnie przychodzi kolejna pani (koleżanka mamy przyjaciółki) i jesteśmy w okresie adaptacji – Michaś bardzo się boi nowej niani i to mnie utwierdza w przekonaniu, że lepiej jest wprowadzić w życie dziecka kogoś nowego, gdy niemowlę ma 9 miesięcy, niż jak ma 13. Teraz jest na tyle świadome, że boi się panicznie, gdy tylko traci mnie z oczu, i gdy ktoś obcy przychodzi do domu. Boli mnie gdy widzę jak płacze gdy wychodzę na chwilę, a on zostaje z nianią. Do poprzedniej biegł z wyciągniętymi rączkami… jak do babci.  Zobaczymy jak to dalej będzie, bo dopiero się z nową panią poznali.