Rodzinne Walentynki!

Ostatnie niedzielne śniadanie natchnęło mnie pomysłem jak świętować razem z mężem i moimi Maluchami nadchodzące Walentynki. Nie mam za bardzo serca do tego święta. Wydaje mi się takie głupawe, komercyjne i nieco tandetne, ale z drugiej strony… to dość miłe, że oficjalnie obchodzimy święto miłości. Zdecydowanie za rzadko pokazujemy bliskim jak bardzo ich cenimy i kochamy, a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Dlatego obiecałam sobie, że nadchodzące Walentynki spędzimy razem pięknie i radośnie i już poranek będzie pyszny i cudny. Taki mniej więcej jak ten :)

To „próbne” śniadanko miało miejsce ostatniej niedzieli, gdy mój mąż wyjechał i akurat byłam sama w domu z Maluchami. Żeby było wesoło zrobiłam im iście wiosenne śniadanie. Pyszne pancakes w kształcie motylków, ich ulubiony serek, owoce, herbatka truskawkowa… To jest to, co tygryski lubią najbardziej :)

Oczywiście nie obyło się bez motywu serduszka. Tacka i świeczka w ceramicznym serduszku nadały miłego i ciepłego klimatu.

Do tego radosne tekstylia (pudrowy róż i mięta) no i ten wiosenny motyw motyla… Urocze, prawda?

Do tego zapach hiacyntów, tulipany, żonkile. Kwiaty zawsze rozweselają i wprowadzają człowieka w błogi nastrój.

 W Walentynki nie dajemy sobie z mężem prezentów – taki mamy układ, że zawsze staramy się wspólnie spędzić pięknie czas, ale materialne rzeczy sobie darujemy. W tym roku jednak przygotowałam dla moich mężczyzn mikroprezenciki. Taka odrobina luksusu (naprawdę odrobina :) ) Kwiatuszek z kul kąpielowych dla męża i po zajączku kąpielowym dla Michałka i Mateuszka. Zajączki wyglądają przeuroczo i chyba kupię je jeszcze chłopcom  ”na Zajączka” jako dodatek do czekoladowego jaja.

A Wy? Obchodzicie Walentynki? A może skusicie się na mój pomysł z pięknym Walentynkowym śniadaniem?

Ściskam serdecznie!

Kasia.

Walentynki Świnki

Dziś Dzień zakochanych lub, jak kto woli, Dzień Miłości. Pamiętam jak w liceum moja koleżanka powiedziała „Dziś Walentynki-świnki. Walentyna-świnia” – tak mi to zapadło w pamięć, że od tej pory zawsze Walentynki kojarzą mi się z tym przekąsem, z jakim ona o nich mówiła. Nie każdy je lubi. Cóż, gdy jest nam smutno, jesteśmy sami lub niekochani, to możemy się czuć niekomfortowo wdychając to całe przelukrowane powietrze.  Nie wiem jak Wy, ale ja jakoś nie celebruję szczególnie Walentynek – ustaliliśmy z mężem, że nie kupujemy sobie w ten dzień prezentów, ani nie wiadomo czego, ale staramy się go spędzić w miłej atmosferze.  A dla mnie to fajna okazja do tego, aby ładnie ustroić mieszkanko :) Ze wględu na Michałka nie możemy nigdzie wyjść, żeby jakoś wyjątkowo spędzić czas, więc postanowiłam przygotować w domu małe Walentynkowe dekoracje i Walentynkowy obiad.

 

 

Tylko niestety na ten Walentynkowy obiad nie zrobię niczego ekstra, bo Michaś zaniemógł, gorączkuje i domaga się ciągłego przytulania, a z rocznym dzieckiem na rękach ciężko się gotuje cokolwiek. Będzie więc zapewne szybki tradycyjny obiad pod tytułem mielone, ziemniaki i surówka, a na deser szybka tortoletka: biszkopt, masa budyniowa i galaretka. Dzięki Bogu, robot kuchenny sam miesza, sam robi, więc zdołam chyba coś przygotować razem z chorutkim Michałkiem.

A za oknem mój ukochany śnieg, który moim zdaniem świetnie pasuje do miłosnej atmosfery Walentynek. Pamiętacie Bridget Jones całującą Marka wśród wirujących płatków? Może i jestem banalnie sentymentalna, ale dla mnie to była przeurocza scena i aż naszła mnie ochota na obejrzenie Dziennika…  A tak nawiasem mówiąc, dla Bridget Walentynki też chyba były Świnkami przez długi czas ;)

I jeszcze coś Walentynkowo-sentymentalnego, jeśli ktoś lubi starsze klimaty filmowe – oto jedna z moich ulubionych historii miłosnych: tragiczne losy arcyksięcia Rudolfa i młodziutkiej Marii Vetsery możemy prześledzić w filmie Mayerling.

Główne role zagrali Omar Shariff i piękna Catherine Deneuve. A wszystko znów w zimowej zaczarowanej aurze :)

Historia tej pary nie napawa optymizmem, ale tragiczna miłość to temat wielu dzieł, w tym tego największego o miłości - Romea i Julii. W Weronie jest podobno dom Julii z osławionym balkonem, pod którym Romeo stał z krwawiącym sercem, a dziś, czyli w Walentynki, dla turystów jest tam dużo różnych atrakcji. Podróż do Werony dzisiejszego dnia byłaby cudowna, i to nie tylko ze względu na miłosną atmosferę, ale na piękne miejsca i urzeczywistnienie pragnienia urlopu. Tu muszę zaznaczyć, że podczas gdy ja pozostałam w domu z gorączkującym Michasiem, Marta ze swoimi mężczyznami wybyła na takowy urlop, tyle że nie do Werony, ale w rodzinne Bolesławieckie strony :) Zazdraszczam wspólnych ferii zimowych :)

I na koniec tego Walentynkowego wpisu – dla tych, którzy nie pamiętają o czym był szekspirowski dramat – małe streszczenie autorstwa Barańczaka (zaczerpnięte z forum literackiego weryfikatorium.pl):

Rody Werony:wraży raban. 
Młodzi:hormony. Starzy:szlaban. 
Mnich: lekarstwem zielarstwo? 
Finał: trup grubą warstwą. 

I tym optymistycznym akcentem kończę i życzę wszystkim radosnych, miłosnych, a przede wszystkim uśmiechniętych Walentynek! :)