„Prezentownia” i jesienny sernik dyniowy z ciasteczkami owsianymi i polewą chałwową!

Lubicie dostawać prezenty? Ja uwielbiam. Uwielbiam zaglądać do kolorowych torebek, targać wstążki, odpakowywać, słuchać jak szeleści papier… Pod tym względem dużo mam w sobie z dziecka. Uwielbiam też tą świadomość, że ktoś pamięta o mnie, albo o moich dzieciach. O tym, że mam 30-ste urodziny, że mój Synek skończył roczek, że mamy jakieś ważne i piękne wydarzenie w rodzinie. Cieszy mnie wtedy niesamowicie, że jest ktoś miły, kto czasem małym gestem chce upiększyć TEN dzień. To też działa w drugą stronę – uwielbiam robić prezenty. Szczególnie kobietom i dzieciom – mamie, koleżankom, bliskim przyjaciółkom, maluchom moim i maluchom znajomych. Lubię sprawiać komuś przyjemność i zawsze dość mocno się staram. Czasem kupuję tylko drobiazgi, ale czasem obmyślam coś wyjątkowego tak, by TA osoba mogła zawsze mile wspomnieć i prezent, i mnie, i chwilę, w której go otrzymała. Mój mąż zawsze mnie strofuje, że wybieram innym prezenty, które sama chciałabym dostać, ale ja nie do końca się z tym zgodzę. Owszem, zdarza się, że kupuję coś komuś i sobie, ale zawsze słucham ludzi uważnie, obserwuję. Zapamiętuję co się im podoba w sklepach, wypytuję o marzenia, zachcianki, upodobania. I nie robię tego na dwie minuty przed czasem. Zdarza się, że po roku, po dwóch kupuję komuś coś, o czym mi wspominał dość dawno. 30ste urodziny są jedną z okazji, kiedy wypada się postarać. Organizowałam już z tej okazji przyjęcie niespodziankę, zamawiałam obraz na płótnie, szukałam odpowiedniej biżuterii w sklepach jubilerskich – wszystko po to, by zrobić komuś przyjemność. I samym prezentem i opakowaniem również – ładnym papierem, kokardką, serduszkiem, kwiatuszkiem – nawet jeśli prezent był dla Roczniaka. To czy pamiętamy i jak pamiętamy świadczy o nas, o tym jak kogoś cenimy, jak nam zależy. Robienie prezentów jest nie lada sztuką. Ostatnio znów miałam okazję się wykazać, bo urodziny przyjaciółki to nie przelewki. Tak, moja droga, jesteś moją przyjaciółką, i chociaż jesteś daleko, cieszę się, że jesteś :*

Na urodzinowe spotkanie wybrałam się z czymś, o czym rozmawiałyśmy jakiś czas temu, i do czego jubilatka od czasu do czasu wzdychała – z książką kucharską Zosi Cudny z bloga Makecookigeasier. Moc cudownych przepisów na cztery pory roku, magia w zdjęciach, sztuka gotowania udostępniona śmiertelnikom. Lubię takie piękne książki kucharskie i sama chętnie bym taką umieściła na swojej kuchennej półce. A żeby przyjaciółce zrobić jeszcze większą przyjemność, upiekłam dla niej ciasto – pyszny jesienny sernik dyniowy. Bo ploty przy serniku są najlepsze :)

Właściwie w ciągu weekendu piekłam ten sernik dwa razy. Jeden na sąsiedzką nasiadówę i jeden na wspomniane urodziny. Miałam z czego go piec, bo zostałam obdarowana wielgachną dynią, która przez pewien czas była dość bliską koleżanką mojego młodszego Synka – zanim ją pokroiłam, upiekłam i zblendowałam.

Przepis na sernik jest modyfikacją przepisu z Moje wypieki. Zamiast ciasteczek imbirowych użyłam ciasteczek owsianych, bo mój mąż za imbirem nie przepada, delikatnie mówiąc. Dodatkowo pominęłam mascarpone w przepisie i bitą śmietanę na wierzchu ciasta. Cały sernik polałam polewą chałwową, która świetnie dosłodziła ciasto o dyniowym i korzennym aromacie.

Składniki na spód:

  • 280 g ciasteczek owsianych
  • 100 g masła, rozpuszczonego
  • 1 łyżeczka przyprawy korzennej do piernika
Ciasteczka miażdżymy bądź mielimy (ja rozgniotłam swoje wałkiem), dodajemy przyprawę i rozpuszczone masło. Gdy ciastka mają konsystencję mokrego piasku wykładamy dno i boki blaszki (boki do połowy wysokości,blaszka  o średnicy 23 cm). Blaszkę wcześniej wyścielamy papierem do pieczenia. Odkładamy do lodówki do schłodzenia.
 Składniki na masę serową:
  • 1 kg twarogu do sernika w wiaderku
  • 3 jajka
  • 3 żółtka
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 180 g drobnego cukru do wypieków
  • 425 g puree z dyni*
  • 2 łyżeczki przyprawy korzennej do piernika
Wszystkie składniki o temperaturze pokojowej miksujemy za pomocą miksera – tylko do połączenia składników, by nie napowietrzyć zbyt mocno sernika.
Blaszkę wyciągamy z lodówki, owijamy szczelnie dwukrotnie folią aluminiową. Wylewamy masę na ciasteczkowy spód.
Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Blaszkę umieszczamy w większej blaszce wypełnionej wodą (ja wypełniam od razu wrzącą), wkładamy do piekarnika od razu zmniejszając temperaturę do 150 stopni (bez termoobiegu). Pieczemy ok 1,5 godziny.
Sernik studzimy i polewamy polewą.
Przepis na polewę pochodzi również z Moich Wypieków.
Składniki:
  • 150 g chałwy sezamowej kakaowej
  • pół szklanki śmietany kremówki 36% (125 ml)
Chałwę kruszymy i na małym ogniu rozpuszczamy w śmietance (mieszamy, by nie przypalić polewy). Ściągamy z ognia, lekko studzimy, polewamy sernik.
Gotowy sernik wstawiamy do lodówki, by się mocno schłodził.
Dyniowy aromat, piernikowa przyprawa, delikatny ciasteczkowy spód i ta niebiańska chałwa… tak smakuje jesień!

Mój kąt w domu, mój czas czyli PORANEK w TŁUSTY CZWARTEK!

I nastał Tłusty czwartek – dzień, w którym bezkarnie mogę opychać się kaloriami pod płaszczykiem utrzymywania tradycji :) Jutro będę się zastanawiać nad zrzucaniem zbędnych, zarobionych kilogramów. O tak, niczym Scarlett O’Hara, pomyślę o tym jutro. A dziś… dziś się relaksuję z herbatą w ładnym kubeczku, pąkami z różą i ciekawą książką. Mam kilka takich miejsc w swoim domu, w których lubię przebywać. W moim bujanym uszaku, który stoi tuż pod oknami dachowymi (latem mogę wygodnie obserwować gwiazdy), w łóżku w ulubionej pościeli pod cieplutką kołderką i w salonie, na kanapie. Kanapa jest chyba moim ulubionym miejscem. Wtulić się w poduchy, przy wielkim oknie siedzieć, rozmyślać, obserwować przechodniów, patrzeć na mijające okno samoloty, marzyć, cieszyć się chwilą…To jest to!

Kanapa stała się ostatnio w moim domu miejscem mocno czytelniczym. O tym dlaczego tak jest, opowiem Wam innym razem. A dziś pokażę Wam co w tym kącie obecnie zalega i cieszy :) Oczywiście, fantastyka! Obydwoje z mężem ją uwielbiamy i pod tym względem dobraliśmy się idealnie ;) Mój mąż całkiem niedawno odkrył sagę o Wiedźminie, a ja od przyjaciółki pożyczyłam i niemalże na raz połknęłam Sezon burz Sapkowskiego. Uwielbiam starych znajomych z Rivii i Vengerbergu, ale chętnie też w najbliższym czasie spotkam się z Harrym, Hermioną i z Ronem. Za kilka złotych kupiłam przez internet ostatnią część opowieści o młodych czarodziejach w oryginalnej wersji językowej. Tęsknię za zajęciami ze studentami – brak mi języka i czuję, że muszę powrócić do książek w oryginałach – ostatnio rzadko czytałam po angielsku i pora to zmienić ;)

W najbliższym czasie mam zamiar sobie zaserwować wyjątkową historię miłosną. Czytałam ją już na studiach, w okrojonej wersji w liceum, ale czuję, że znów mam ochotę na ten dreszczyk. Dlatego już dziś wieczór wybiorę się na Wichrowe Wzgórza, a po drodze zajrzę do Drozdowego Gniazda. O opowieści o Heathcliffie i Catherine przypomniała mi przyjaciółka, z którą rozmawiałam ostatnio właśnie o perłach literatury brytyjskiej. Dora miała ochotę na dobrą książkę, z miłosną nieprzesłodzoną historią, ciekawą fabułą. No i się nie zawiodła, choć zaskoczenie nie było małe. Wichrowe Wzgórza to opowieść o miłości tak silnej, że niemal chorej, mieszanej z nienawiścią, przemocą, złością. Taki romans z piekła rodem. Jak dla mnie idealny na Walentynki ;)

A w kolejce czekają następne perełki… To dla mnie powrót do studenckich lat. Wtedy było tyle rzeczy, tyle śmiechu, tyle zabawy, nie zawsze był czas na lektury. Teraz do nich z przyjemnością powrócę :)

Pewnie część z Was zastanawia się kiedy mam czas na to wszystko. Kiedy mam czas, by usiąść, poczytać. Rano, gdy Mati śpi, a Michał biega z helikopterem w swoim pokoju, bo akurat gasi pożar lub ratuje kogoś w górach, ja się wtulam w poduchy, siadam na kanapie i mam swoje pięć minut… A jeśli latorośl zechce przyjść do mnie, to trochę zmieniam gust czytelniczy na bardziej uproszczony, kolorowy, ale wciąż idę w dobrym kierunku ;)

Moje dziecko ostatnio jest zakochane w książce o chorobach (bo tam jest ospa, brrrrrr) oraz w książeczce, która od jakiegoś już czasu jest już w naszym domu w grupie top 10 ;) Tytuł tego cuda to Pies z ulicy Bałamutów autorstwa Wandy Chotomskiej i Wacława Bisko. Otrzmaliśmy tą książeczkę dzięki uprzejmości Muzeum Książki Dziecięcej i obiecałam jej szczerą recenzję. Czy ktoś z Was zna tą książkę? A może ktoś pamięta?

To, że możecie pamiętać jest wielce pradopodobne. Książka po raz pierwszy została wydana w 1965 roku. Ja pamiętam ją jak przez mgłę, ale jestem pewna, że historię o małym jamniku, który samotnie wybiera się na spacer po mieście, już gdzieś słyszałam. Książka jest opatrzona wspaniałymi grafikami Jerzego Flisaka. Ilustracje zabiorą Was w miasto rodem z PRLu – piesek spaceruje ulicami, przy których są sklepy meblowe, rzeźnik, Orbis, a tramwaj, który nadjeżdża jest iście oldskulowy ;) Jestem pod absolutnym urokiem tej książeczki i polecam ją każdej Mamie i każdemu Maluchowi. Dziecko dowiaduje się z niej jak trzeba poruszać się po mieście, gdzie, kiedy i jak przechodzić przez ulicę, na co trzeba uważać… Wiedza potrzebna każdemu maluchowi podana jest w przystępny sposób w formie wierszowanej opowiastki. No i te ilustracje… spójrzcie tylko sami…

Wiecie co, magiczna czasem ta codzienność.. Tak sobie siedzimy z tym moim synkiem rano – przytuleni czytamy, zajadamy – no bo skoro tłusty czwartek, to tłusty czwartek! A czas płynie jakby obok nas…

Tradycja pączkowa w moim domu bardziej dotyczy świąt Bożego Narodzenia. Ciocia mojego męża piecze wspaniałe pączki na Wigilię. W trzech są ukryte grosiki. Gdy go znajdziesz, dostajesz 10 zł. Najmłodsi są gotowi zjeść wszystko za jednym zamachem ;) Moja babcia natomiast pączki wspomina zawsze z wielkim rozrzewnieniem. Gdy jako mała dziewczynka, odwiedzała w Boże Narodzenie swoją przyjaciółkę, u niej w domu zawsze widziała świąteczne wypieki, a wśród nich wielkie pąki z nadzieniem różanym. Niestety, mama dziewczynki była wstrętną sknerą i dzieci, które odwiedzały ich w domu nigdy nie częstowała. To przyjaciółka, gdy mama nie widziała, podwędzała zawsze kilka pączków i dzieliła się nimi z moją babcią. A ona ich smak, puszystość i radochę z konfitury różanej pamięta do dziś. Ja po dziś dzień nie jestem w stanie pojąć jak można nie poczęstować czyjegoś dziecka czymś smacznym, co się wyczarowało akurat w domu, no ale cóż… dobrze, że zawsze na świecie są też te dobre dusze, które lubią się dzielić. A ja mam takie marzenie, aby moje dzieci też z rozrzewnieniem wspominały nasze pączki. Żeby miały wspomnienia o domu, w którym pachniało wypiekami, i w którym zawsze było coś pysznego do spałaszowania :)

A Wy pieczecie tłustoczwartkowe rarytasy? Może któryś z poniższych? Moje to coś pomiędzy donut hole a jelly filled. Okrąglutkie, puszyste, wypełnione konfiturą z owoców z dzikiej róży.

Z konfitury tej korzystałam kiedyś przy robieniu szarlotki, właśnie tej —–>  http://mamawszpilkach.pl/?p=1989 i jestem jej wierna. Pyszna jest!

Obrazek z rodzajami pączków pochodzi z Facebooka, z funpage Ładne rzeczy! Pochwalę się Wam, że na blogu Ładne rzeczy! http://podobasie.net/ możecie zobaczyć pokój Michasia!

A na dziś to wszystko :) Wszystkich Was pozdrawiam i rozgrzeszam z obżarstwa ;)

Miłego dnia,

Kasia

Mike, me and English ;)

Dzisiejszy poranek był dla mnie pełen wspomnień. Przy okazji generalnych porządków, wyciągnęłam z dna szafy kubek, który kupiłam wieki temu, jeszcze w liceum. Przypomniały mi się czasy, gdy się uczyłam, gdy chodziłam do szkoły, gdy chichrałam się z bzdur i głupot na korytarzach LO, i gdy pojechałam z koleżankami do Londynu. I tak też poranna herbata stała się iście angielską herbatą osnutą wspomnieniami i wypitą z gadżetowego kubka zakupionego w muzeum Madame Tussauds :)

 O tak, przypomniało mi się jak Asia robiła sobie zdjęcie przed Houses of Parliament, Magda kupiła w Oxfordzie jakiś stary papirus, a Anka chciała krzyczeć w Speakers’ Corner  w Hyde Park „Więcej zboża!!”.

Pamiętam też jak szybko minęła ta podróż. A teraz? Sama uczę jakie dokładnie są Houses of Parliament i skąd ten apostrof w słowie „speaker’s” :) Znajomi często mnie pytają „Uczysz Michała? Mówisz do niego po angielsku?” Otóż nie, nie uczę. Nie mówię. Czasem gdy coś mówię po angielsku, albo gdy uczę się na głos słówek z włoskiego, Michał zaśmiewa się w niebogłosy. Język obcy jest dla niego czymś sztucznym – ma chyba wrażenie, że mama wydaje jakieś śmieszne i głupawe dźwięki dla żartu. Więc czy zamierzam w ogóle go nie uczyć? Również, nie. Śpiewam mu po angielsku, czasem puszczam bajkę po angielsku. Małe dzieci uczą się głównie przez zabawę i piosenki. Jakiś czas temu byłam na konferencji IATEFL w Łodzi, gdzie poznałam bardzo mądrą Czeszkę, metodyka specjalizującego się w uczeniu maluchów. Ona to właśnie podpowiedziała mi, by nie rezygnować z bajek i próbować uczyć samej gramatyki również przez bajki i piosenki. Pani z Czech nazywa się Sylvie Doláková i ma również własną stronę http://www.sylviad.cz/ Można śmiało odwiedzić :)

A z IATEFL przywiozłam Michałowi książeczkę. Na przyszłość :)

Książki wydawnictwa Usborne mnie po prostu urzekły. Między wykładami wisiałam bezustannie przy ich bookstall i  rozmyślałam co by tu kupić. I zdecydowałam się na tą encyklopedię.

Każda rozkładówka prezentuje dany temat z rysunkami, podpisanymi odpowiednio, z prostymi wytłumaczeniami co, gdzie, jak, i po co. Encyklopedia zawiera informacje z zakresu przyrody, historii, geografii. Myślę, że nie raz skorzystam z niej także w pracy z moimi studentami ;)

Myślę, że warto zajrzeć czasem do księgarni językowej i spojrzeć co tam Usborne proponuje. Obecnie ostrzę sobie pazurki na jakąś książeczkę z wierszykami i najlepiej z płytą do słuchania piosenek. Mam nadzieję, że Michał osłucha się i angielski nie będzie dla niego już tylko sztucznym i zabawnym bełkotem.

A jeśli już chodzi o obrazki – jestem zwolenniczką takich książek obrazkowych jak powyższa encyklopedia. Myślę, że oglądając wspólnie z maluchem książki z obrazkami, można go nauczyć naprawdę wieeeelu słów. I to niekoniecznie angielskich.  Choć jeśli chodzi o naukę języków obcych, polecam wszelkie pictorial dictionaries – słowniki obrazkowe. W domu często korzystam z Visual Dictionary English-Italian. Fajna sprawa. Nie tylko dla malucha ;)

Taką mam w głowie scenę, gdy razem oglądamy taką książkę, razem powtarzamy słowa na głos, czytamy, pokazujemy… Ja i dzieci. Ale to nas sprowadza do tematu pod tytułem „Jak tu się zdecydować na drugie dziecko?” I  w ogóle „Czy się decydować?” Rozważania na zupełnie nowy kubek herbaty :)

Ania z Wyspy Księcia Edwarda czyli kontynuacja dziewczęcych marzeń ;)

Znacie to uczucie, gdy czytacie ostatnią część powieści i jest Wam smutno, że to już ostatnie strony całej historii? Taki smutek ogarniał mnie w dzieciństwie, gdy czytałam opowieści o Ani z Zielonego Wzgórza. Może nie powinnam pisać „w dzieciństwie”, bo Anię odkryłam dość późno, na początku liceum. Kolekcjonowałam wtedy całą serię wydawnictwa Podsiedlik-Raniowski i Spółka – ładnie wydane książeczki w przesłodkich pastelowych kolorach ze złoceniami. Trochę trącą kiczem, ale 15 lat temu jakoś tego nie widziałam :) Każda z tych książek kosztowała mnie ok. 25 zł, co było dla mnie wtedy niebotyczną sumą, więc kupowałam je co jakiś czas. Potem jakoś zapomniałam o Ani, a gdy sobie o niej przypomniałam i nadszedł czas na część siódmą i ósmą miałam już duuużo lat, wydawnictwo nie istniało i moja dziewczęca kolekcja Ani była niepełna. Udało mi się jednak dokupić  brakujące części na Allegro – używane, ale niezniszczone, no i, przede wszystkim, pastelowe ;) Rillę ze Złotego Brzegu czytałam już, gdy Michaś leżał na łóżku jako trzymiesięczne niemowlę, a ja co zabawniejsze fragmenty  czytałam mu na głos.

No, ale i ta opowieść się skończyła, a ja z ciężkim sercem czytałam już ostatnie strony, jednak tej zimy dane mi jest dalej śledzić losy mieszkańców Wyspy Księcia Edwarda, w tym także Ani i Gilberta.  Na urodziny Marta podarowała mi kontynuację całej historii Wydawnictwa  Literackiego– 15 opowiadań zebranych, przeplatanych poezją autorstwa Anny Shirley i Waltera Blythe.  Książkę tę, jak mówi Wikipedia, opublikowano po raz pierwszy w 1974, ale nie w całości (pozbawiona była około 100 stron). Wersja ta nosiła tytuł The Road to Yesterday (w polskim tłumaczeniu, wydanym w 2009 r., nosiła tytuł Spełnione marzenia). W całości została wydana dopiero w 2009 roku pod tytułem The Blythes Are Quoted, a przełożona na polski w 2011 r. już jako Ania z Wyspy Księcia Edwarda.

I tak też w te zimowe dni, siadam w moim ukochanym fotelu i wybieram się z wizytą do Złotego Brzegu. Wprawdzie, Ania nie jest główną bohaterką, ale historie i tak są ciekawe, a śledzenie ich bardzo relaksujące. I mimo natrętnego przypominania czytelnikowi o doskonałości rodziny Blythe (co chwilę czytamy jaka Ania jest piękna, a nigdzie na świecie nawet nie ma lepszego lekarza niż Gilbert) jest to bardzo przyjemna książka, choć ma jednak zupełnie inny klimat i przeznaczona jest raczej dla ciut starszych odbiorców.

 

 

 

Myślę, że gdy już skończę te moje kanadyjskie podróże z Lucy Maud Montgomery, zdecyduję się jeszcze uzupełnić całą serię o prequel Droga do Zielonego Wzgórza autorstwa Budge Wilson. Książkę tą wydano w 2008 w ramach obchodów stulecia pierwszego wydania Ani z Zielonego Wzgórza. Opowiada ona losy Ani Shirley zanim trafiła na Zielone Wzgórze do Mateusza i Maryli. Zobaczymy, czy jest równie lekka i przyjemna jak cała seria.

A oto i klika zdjęć dla zainteresowanych Anią:

Na początek prototyp Ani czyli aktorka i modelka Evelyn Nesbit urodzona w 1884 roku. To jej urodę Montgomery podziwiała i wykorzystała do stworzenia Anny Shirley.

A tu sama pisarka, Lucy Maud Montgomery ok 1900 roku , czyli  wieku prawie 30-stu lat.

A oto i Budge Wilson. Jej Droga do Zielonego Wzgórza została zaakceptowana przez spadkobierców Montgomery.

I jeszcze  samo Zielone Wzgórze, farma w Cavendish na Wyspie Księcia Edwarda w Kanadzie, którą posiadała rodzina McNeil, kuzynostwo Montgomery. Młoda Lucy Maud odwiedzała to miejsce, które zainspirowało ją do napisania historii o Ani. Dziś jest tam muzeum, w którym można zobaczyć np. pokój Ani.