Kulinarnie z Maluchem czyli pieczemy ciasteczka na urodziny!

Na Święta Bożego Narodzenia nie zdążyłam upiec ani jednego piernika. Upiekłam serię na Mikołajki. Część Maluchy pożarły w swoim Mikołajkowym tipi, a część wylądowała na Mikołajkowym stole, przy którym, jak co roku, zasiedli nasi sąsiedzi i przyjaciele. Jednak zimowy czas, to też czas Michałkowych urodzin, na których miały się pojawić  piernikowe choinki i gwiazdki zgodnie z życzeniem Jubilata. Tak więc zabraliśmy się do pieczenia. Poszły w ruch wszystkie wałki, bo każdy musi mieć swój, herbatka, kawa, foremki, kolorowe posypki… Bawiliśmy się całe przedpołudnie :)

 

Nie będę Wam przepisywać przepisu, z którego korzystam przy piernikowych wypiekach. Jest stąd. Pierniki są banalne w przygotowaniu, pieką się ekspresowo i, jeśli nie przytrzymacie ich za długo w piekarniku, będą mięciutkie i gotowe do spożycia od razu. Jeśli są twardawe, zamknijcie je w szczelnym pojemniku. Mi za piernikowy skarbiec posłużył cudowny słój z porcelanową pokrywką od Moja Mała Francja. Uwielbiam takie połączenie szkła i ceramiki, a szczególnie wtedy, gdy mogę naczynie praktycznie wykorzystać :)

 

Kolorowe posypki i cukierki Skittles posegregowaliśmy w moich ulubionych porcelanowych miseczkach Provence. Oczywiście największą frajdą byłoby przesypawanie zawartości jednej miski do drugiej, ale jakoś powstrzymałam Michała przed tym szalonym pomysłem. Całą energię wykorzystał na obsypywanie polukrowanych już choinek i gwiazdek.

Jeśli macie chwilę, pobawcie się z Maluchami w kucharzy i cukierników. Radość jest ogromna, a gdy ciastka finalnie pojawiają się stole, duma dziecka jest bezcenna. No bo gdy czterolatek przygotowuje sam poczęstunek dla swoich gości… jest się czym pochwalić ;)

Urodzinowe świeczki…

Oprócz pierników polecam Wam jeszcze jeden przepis na pyszne ciasteczka dżemowe oczka „thumbprint”, które ja nazwałam pawimi oczkami. Są bardzo proste w przygotowaniu i naprawdę pyszne – kruche, rozpływające się w ustach. Przepis pochodzi ze strony Moje Wypieki, ale ja kilka rzeczy delikatnie w nim zmieniłam, więc zamieszczę Wam tutaj przepis Doroty po moich zmianach.

Składniki:

125 g masła, zimnego i pokrojonego w plastry
1/3 szklanki cukru pudru
1 żółtko
130 g mąki pszennej
90 g zmielonych migdałów
ziarenka z jednej laski wanilii
pół łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli

Przygotowanie:

Ciasto ugniatamy (ja zrobiłam to ręcznie), zawijamy w folię spożywczą i wkładamy na ok. 1 godz.do lodówki. Następnie wyciągamy, odrywamy małe kawałki, formujemy z nich kulki, układamy na blasze bądź na stolnicy. Palcem, bądź końcówką łyżki robimy w kulkach wgłębienia, przez co kulki delikatnie się spłaszczają. W zagłębieniach umieszczamy dżem (ja użyłam porzeczkowego). Pieczemy w temp. 170 stopni przez ok. 15 min (tak, by ciastka się lekko zarumieniły). Studzimy i pałaszujemy :)

 To co? Pieczecie dziś? :)

Na zdjęciach:

Słój z kogutem - Moja Mała Francja

Miseczki Provence - Moja Mała Francja

Bożonarodzeniowy Domek czyli bardzo bajkowy Kalendarz Adwentowy!

I rozpoczęliśmy grudzień. Uwielbiam go! Śmiało mogę powiedzieć, że to mój miesiąc – nasze urodziny – i męża i moje, nasza rocznica ślubu, Mikołajki no i najważniejsze – Boże Narodzenie. Mój starszy Synek już od dawna pyta kiedy te Święta, kiedy Mikołaj, kiedy do nas przyjdzie, no kiedy, kiedy… Maluchowi nic nie mówi „za miesiąc”, albo „za dwa tygodnie”. Ale przemawia do niego kalendarza adwentowy – otwieranie paczuszek, zjadanie słodkości, albo otwieranie okienek. Każdego dnia jakaś niespodzianka, każdego dnia coś miłego, każdego dnia bliżej Gwiazdki. Dziecięcia radość jest niesamowita. Dlatego wiadome było, że zrobię kalendarz adwentowy, tylko do końca nie wiedziałam jaki. W zeszłym roku postawiłam na małe, dyndające paczuszki owinięte srebrno-białym papierem w śnieżynki, ale w tym roku miałam ochotę na coś bardziej bajkowego, kolorowego, coś, co pozostawi niezapomniane wrażenie i będzie cudownym wspomnieniem świątecznym. I tak wpadł mi w oko kalendarz adwentowy na blogu Ushiilandia. Tak bardzo mi się spodobał, że postanowiłam wykorzystać ten pomysł i stworzyć podobny własny.

Dzięki mojemu mężowi, przysłowiowej Złotej Rączce, marzenia o pięknym Bożonarodzeniowym bajkowym domku zrealizowały się. Ze sklejki mąż wyciął kształty, klejem na gorąco zlepiliśmy cały domek, pomalowaliśmy, a ja go ozdobiłam. Wyszedł cudny, i jestem nim szczerze zachwycona. Wiem, że to będzie nasz kalendarz na lata, cudowna ozdoba, która będzie miała swoje honorowe miejsce w domu każdego grudnia, a moje dzieci będą ją wspominać już zawsze :)

W przyszłym roku, odpowiednio wcześnie, na pewno wrzucę Wam tutorial jak zrobić takie cudo. W tym roku udał się nam na ostatnią chwilę, więc nie zdążyłam Was zainspirować. Mam jednak nadzieję, że wpadł Wam w oko, i w przyszłym roku ktoś z Was spróbuje takowy zrobić. Koszt tego cuda nie jest duży. Za same sklejki zapłaciłam w markecie budowlanym 30 zł, do tego farba 17 zł, ozdoby powyciągałam przeróżne, jakie miałam. Stworzyłam też najmniejszy wianuszek w życiu ;)

Szufladki są malutkie, zawierają albo coś słodkiego, albo informację, gdzie prezent można znaleźć. Pochowałam je w różnych częściach naszego domu ;)

Kalendarz docelowo stanął na maszynie do szycia, w towarzystwie cyprysa i malutkiej latarenki tworzy już prawdziwie świąteczny klimat.

Podoba się Wam?

A Wy? Też już zaczarowaliście codzienność swoimi kalendarzami? Ściskam prawie świątecznie!

Kasia.

Idzie Mikołaj…

Jakoś ostatnio, muszę przyznać, dopadł mnie spadek formy, ale mam ogromną nadzieję, że ten zbliżający się świąteczny czas podładuje moje baterie. Jestem trochę zmęczona pracą, obowiązkami, ale dużo mi dają chwile spędzane u Marty na kawie, lub z Olą w IKEA :) No i Frank Sinatra, który śpiewa dla mnie w domu Santa Claus is coming to town… Well, I’m getting better :)

6. grudnia to dla nas czas wyjątkowy – nie tylko dlatego, że przychodzi Mikołaj, ale też dlatego, że moja teściowa obchodzi urodziny, które razem hucznie świętujemy w rodzinnej miejscowości mojego męża. W tym roku zawitaliśmy do babci Marysi 7. grudnia w sobotę obdarowując ją całusami i perfumami, na które sama sobie ostrzę pazurki, a piątkowe popołudnie/wieczór sami mieliśmy wspaniałych gości w domu, w tym tego najwspanialszego – świętego Mikołaja!!!

Jak widać powyżej, Michaś się trochę zawstydził, ale nie wszystkie dzieci się bały :) Niektóre chętnie robiły sobie zdjęcia ze świętym, inne spały w ramionach Mikołaja :)

Mam nadzieję, że stanie się to tradycją, że rok w rok na spotkanie Mikołajkowe zawitają do nas dzieci przyjaciół (wraz z rodzicami), by wspólnie bawić się, czekać na prezenty, zajadać pierniki, popijać sokiem lub grzanym winem i cieszyć się wzajemnym towarzystwem. Dziękuję wszystkim, którzy do nas zawitali – Asi, Irkowi, Kubusiowi, Agatce,  Agnieszce, Tomkowi, Tymkowi, Wojtkowi, Guciowi, Madzi, Zosi, Oli, Tomkowi, Tosi, Marcie, Sebastianowi, Jankowi, mojej kochanej Mamie, no i oczywiście szczególnie Mikołajowi za cudowne mikołajowanie :*

A teraz już pozostały nam tylko wspomnienia… i prezenty!

I mój mały drobiazg od Mikołaja. Podobno mąż go spotkał, gdy latał nad Wrocławiem… :)

Na szczęście to nie koniec miłych chwil, bo już wkrótce…

Boże Narodzenie!!! :) :) :)

Mikołajkowy wieczór :)

No i minęły. Nasze pierwsze wspólne Mikołajki – po raz pierwszy Michał i Janek zobaczyli, że Mikołaj zostawia prezenty w łóżku lub podaje przez innych, którzy potem wręczają je mówiąc „tak, tak, zostawił je u nas dla Ciebie Mikołaj…”

Myślę jednak, że nasza rodzina nie powinna nigdy martwić się o to czy Mikołaj do nas trafi. Jeśli wytężymy słuch, to na naszym poddaszu można usłyszeć jak sanie delikatnie lądują na dachówkach, a Mikołaj wyciąga z worka prezenty dla mamy, dla taty i dla Michasia. Tylko jak on je nam wrzuca pod poduszkę? No cóż, może w przyszłym roku uda nam się rozkminić ten wątek. A póki co, cieszymy się prezentami – mama założyła nowe zielone kolczyki, Michał woził ciuchcię przez cały dzień po domu, a tata pojechał do pracy z mikołajową kawą w mikołajowym kubku termicznym. Ranek spędziliśmy na sprzątaniu, zawieźliśmy ciocię Martę do żłobka po Janka, który się niestety rozchorował, ale na szczęście zdążył po raz pierwszy w życiu przytulić się do św. Mikołaja i zainkasować od niego prezent :) A potem krótkie zakupy i pieczemy pierniki (po raz wtóry ciocia Marta ratuje nam skórę i użycza swojego sprzętu, gdyż naszemu piekarnikowi coś się odwidziało), i ani się nie obejrzeliśmy a tu stuk puk wraca tata z pierwszymi mikołajowymi gośćmi : tata Wojtek, mama Magda, prawie czteroletni Gucio i Zosia – jeszcze w brzuszku, ale już podskoczyła z radości na widok grzechotki od Mikołaja. Dziękujemy ślicznie za bączka (swoją drogą jak on to robi, że się tak kręci, i kręci, i buczy…) No to rozpoczynamy konsumpcję zapiekanego chleba (banalnie proste i bardzo smaczne zapychające małe co nieco), herbatka z sokiem żurawinowym i pierniki – Gucio odmawia zjedzenia śnieżynki, ale skusił się jednak na renifera, a za chwilę herbatka z sokiem imbirowym dla Tomka, który zawitał do nas z żoną Olą i prawie 3-miesięczną Tosią. Michał obłowił się w cieplutkie rajtuzy i w ramach odwdzięczenia się uszczęśliwił Tosię matą edukacyjną, z której już nie korzysta. Ale to nie koniec gości: jeszcze zawitała babcia z prezentami, a potem jeszcze ciocia Dorota przyniosła ciasteczka-aniołki i pokazała nam efekty swoich robótek ręcznych: bodziaki z wyszytymi własnoręcznie motywami świątecznymi! Oj ciociu, jesteś niesamowita!

I tak to minął ten cudowny wieczór… szkoda tylko, że Mikołajki wypadały w czwartek, bo w piątek niestety do pracy… ale i tak uważam, że cudownie się było spotkać, pośmiać, podzielić nowinkami, zjeść razem pierniki i wypić herbatę z sokiem. Bo taki dzień warto spędzić z przyjaciółmi  i zapamiętać go  jako jedyny w swoim rodzaju :)  Buziaki dla Was, Mikołaje :*

 

„Drogi Mikołaju!…” czyli piszemy LIST!

Dziś już 03 grudnia i jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił, to obowiązkowo powinien napisać list do św. Mikołaja! Myślę, że to fantastyczne wspomnienie z dzieciństwa – dzieci piszą listy, przelewają swoje marzenia na kartkę, są podekscytowane samą myślą o tym, że SAM ŚW. MIKOŁAJ przeczyta to, co napisały. A my?  My możemy świetnie się bawić spędzając z dziećmi wieczór na pisaniu listów, możemy poznać czego pragną, o czym skrycie śnią. Nie mogę się już doczekać gdy Michaś będzie kredką  na papier przelewał swoje życzenia i tłumaczył mi co to tam jest nabazgrolone :) , a póki co sama też napiszę list do M., a co! :) Może mój M. też zostawi mi pod poduszką małego gifta :)

W różnych domach są też różne tradycje związane z pisaniem listów – ja pisałam listy, które potem mama zabierała i wysyłała na poczcie (przynajmniej wierzyłam, że to robi), ale są też dzieci, które same chcą wrzucić list do skrzynki i potem wieczorem zasnąć w spokoju, z poczuciem, że dopełniły Mikołajkowych formalności. Wtedy to trzeba znać Mikołajowy adres – no bo jak tu wysłać do Mikołaja list bez adresu?? Oto kilka adresów, które oficjalnie funkcjonują – zdarza się, że dostajemy nawet od Mikołaja odpowiedź, więc warto je zapamiętać:

Julenissen’s Postkontor, Torget 4,
1440 Drøbak, Norwegia

 

Santa Claus, Arctic Circle,
96930 Rovaniemi, Finlandia
 


Santa Claus, North Pole,
Canada, H0H 0H0
 


Santa Claus’ Main Post Office
Tähtikuja 1,
96930 Napapiiri
Finland

 
Santa Claus Office
FIN-96930 Napapiiri
Rovaniemi
Finland

A jeśli nie poczta, to co? Koleżanka opowiadała, że jej dzieci wystawiają list na parapet, gdyż elfy w nocy podróżują i zabierają dziecięce listy z parapetów. Możemy zatem zostawić list na balkonie, lub za oknem. Akurat gdy próbowałam to zrobić zaczął prószyć leciutki śnieżek, więc w obawie o mój list, włożyłam go do metalowej latarenki – elf na pewno go zauważy, list nie zamoknie, a ja będę wiedziała, że żaden wiatr go nie zdmuchnął.

 

A 06 grudnia budzimy się rano i….

Ale o tym 06 grudnia!