Letnie popołudnie i sernik z białą czekoladą i truskawkami!

Uwielbiam sobotnie popołudnia.  Takie, kiedy roztacza się przede mną wizja kawy, ciasta, plotek, śmiechów, chichów i mile spędzonego czasu. Uwielbiam, gdy wpadają do nas sąsiedzi, pękamy ze śmiechu, wspominamy, co było, gadamy o tym, co będzie. To zawsze okazja do odprężenia się i okazja do tego, by zasiąść do pięknego stołu. Lubię dopieszczać każdy szczegół, byśmy wspólnie cieszyli się pięknymi chwilami.  Pytaliście mnie na moim facebookowym profilu o przepis na to ciasto, więc dzielę się z Wami i namiarem na ciacho i kilkoma kadrami z pięknego letniego popołudnia.

Sernik jest bardzo łatwy w wykonaniu – bez jajek, bez pieczenia. To sernik na zimno – bardzo serowy, słodki z dodatkiem białej czekolady. Nie będę powielać przepisu – znajdziecie go TUTAJ. Mój różnił się tylko tym, że użyłam śmietanki 30%, a nie 36%, nie zrezygnowałam z żelatyny, truskawki pocięłam na połówki i ułożyłam je na powierzchni sernika niczym płatki rozwijającego się kwiatu.

Do tego piękne róże w odcieniu żywego koralu, czereśnie, truskawki i przekąski.  No i każde nakrycie ozdobione papierową serwetką przewiązaną sznureczkiem z bielutką margerytką.

Takie proste, a jednocześnie urokliwe nakrycie. Kolejny raz przekonuję się, że ładnie nie oznacza drogo i z przepychem :)

Truskawki wylądowały też w dzbanku z wodą. Wyglądały ciekawie i nadały wodzie wakacyjnego posmaku.

A Wy? Jak spędzacie letnie popołudnia?

Pastelowy piankowy deser na Dzień Dziecka i nie tylko :)

Ostatnio mieliśmy taki mały Dzień Dziecka. Rano Michaś został przyjęty na oddział w klinice, a po południu już byliśmy w domu, a w domu czekało piękne popołudnie, nagroda za trudy poranka. Jeszcze dzień wcześniej do 2 w nocy stałam w kuchni, bzyczałam mikserem, na balkon wynosiłam galaretki, żeby szybko wystygły, pakowałam prezent. Rano ostatnia wychodziłam, tak, by po powrocie prezent w magiczny sposób czekał na stole ;)

Jakiś czas temu natknęłam się na świetnych  blogach na przepis na uroczy pastelowy dziecięcy deser. Różnie go zwą – tęczowa zebra, piankowa zebra, tęczowa pianka. Deser w przygotowaniu dość łatwy, efekt wizualny gwarantowany ;) Pastele rządzą, bez dwóch zdań :)

Ja skorzystałam z przepisu na trójkolorową piankę stąd, ale niemalże identyczny przepis z cudownymi zdjęciami znalazłam również tutaj.

Zrobienie tego deseru nie jest skomplikowane – wystarczy Wam mleko skondensowane niesłodzone i trzy galaretki w różnych kolorach. Schłodzone mleko ubijamy na pianę (która nie jest tak sztywna jak np. bita śmietana), dzielimy ją na trzy części. Do każdej dodajemy schłodzoną, ale płynną galaretkę, i ponownie ubijamy. Trzy piany w różnych kolorach wykładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia: po trzy lub cztery łyżki na przemian różnymi kolorami.

Ja wykorzystałam mleko skondensowane niesłodzone w kartoniku (500 ml) i trzy galaretki: cytrynową, malinową i jedną o smaku Frugo (jagodowo-jeżynowa). Galaretka Frugo dała mi kolor niebieski (kupiłam ją w Carrefour, jest to galaretka GELLWE). Piany wystarczyło mi na zrobienie piankowego torta w tortownicy o średnicy 24 cm oraz drugiego mniejszego o średnicy 17 cm.

Do tego pastelowe łyżeczki, serwetki w groszki, miętowe i różowe talerze, lody czekoladowe obsypane startą białą czekoladą (tą samą, co tort), i voilà! Piękne dziecięce świętowanie! Cieszą się oczy i cieszy serce.

Na stole rozłożyłam też małe pomponiki od Pomponove. Są cudowną dekoracją nie tylko pokoju, ale też stołu. Nadają wyjątkowego uroku przestrzeni Malucha. I są też nagrodą w konkursie na Faceboooku! Zapraszam serdecznie :)

Zbliża się Dzień Dziecka. Warto zrobić Maluszkom piękny, kolorowy i radosny dzień prawdziwego Ucztowania. Ktoś się skusi?

Buziaki przesyłam,

Kasia.

Domowe pączki i początki wiosny!

Tradycja to dla mnie coś szalenie ważnego i nawet jeśli utrzymywanie jej grozi poszerzeniem bioder, nie jestem w stanie przejść obok niej obojętnie ;) Tak też jest z Tłustym Czwartkiem. Rozgrzeszam się całkowicie, pozwalam sobie rozkoszować się puszystymi pączusiami opruszonymi cukrem pudrem i wypełnionymi przepyszną konfiturą różaną. Ba! Pozwalam sobie nawet spożyć więcej niż dwa :) Wciągam w tą pączkową ucztę całą rodzinę, a także i gości. Już w zeszłym tygodniu smażyłam całą furę tych domowych rarytasów, a dziś druga tura. W końcu tradycja to tradycja :)

Zapraszam do stołu!

Zeszłoroczne spożywanie pączków w naszym domu mogliście podejrzeć tutaj Smażyłam je wtedy z przepisu z Moich Wypieków. W tym roku nieco zmodyfikowałam przepis stąd.

Jeśli jeszcze nie podjęliście decyzji o upieczeniu domowych pąków, podejmijcie ją od razu, a nie pożałujecie. Smakują bosko i są jednym z ulubionych deserów w naszej rodzinie. Oprócz Tłustego Czwartku, kusimy się na nie także w Boże Narodzenie.

Składniki:

  • 200 ml mleka
  • 500 g mąki pszennej, tortowej oraz niewielka ilość do posypania
  • 45 g drożdży
  • 80 g cukru
  • 6 żółtek jaj, rozmiar L
  • 20 gram cukru aromatyzowanego wanilią
  • 100 g rozpuszczonego masła
  • szczypta soli
  • smalec do smażenie (4-5 kostek)
  • konfitura z owoców dzikiej róży (choć z płatków też pewnie mogłaby być)
  • cukier puder do opruszenia gotowych pączków
Wykonanie:
Do mleka wrzucamy ok. 10 g cukru i delikatnie podgrzewamy mleko. Dodajemy ok. 10 g mąki i drożdże. Mleko nie może być za gorące, bo inaczej drożdże się sparzą i zaczną pracować. Mieszamy drożdże z mlekiem i z mąką o odstawiamy, żeby zaczęły buzować. W tym czasie przygotowujemy żółtka, mąkę (można ją przesiać), masło roztapiamy.
Łączymy mąkę z przestudzonym masłem, cukrem, solą, jajkami i zaczynem. Wyrabiamy, możemy podsypać mąką, jeśli ciasto zbyt się klei. Następnie odstawiamy je do wyrośnięcia.
Po wyrośnięciu przystępujemy do wyrabiania pączków. Możemy to zrobić na dwa sposoby.  Albo rozwałkowujemy ciasto, wykrawamy małe krążki (np. szklanką) i z każdego krążka zrobimy pączusia, lub ręką odrywamy kawałek ciasta i w ręce formujemy coś na wzór krążka – tak, by w środku umieścić konfiturę.
Na końcu zalepiamy, kulamy w rękach, a gotowe kuleczki odstawiamy do wyrośnięcia na ok. 20 min.
Po tym czasie nastawiamy tłuszcz (smalec odradzam kupować w Biedronce!) w rondelku lub w małym garnuszku i na rozgrzanym już tłuszczu smażymy pąki do porządnego zrumienienia. Dzielimy jednego z pierwszych na pół, by sprawdzić czy cały się usmażył, a jeśli wyszedł cudny, dokańczamy smażenie tych rarytasów.
Jak widzicie, z pączków z dziką różą można sobie urządzić prawdziwą ucztę. W otoczeniu pięknej ceramiki i budzących się do życia kwiatów zrobiły się z tego ucztowania prawdziwie magiczne, wiosenne i sielskie chwile :) Uwielbiam ten czas, gdy w mieszkaniu zaczynają się pojawiać kwiaty. Oprócz kwiatów pojawiły się też nowe kubeczki i cudaśna filiżanka mojego Syneczka z uroczym Misiaczkiem, który regularnie pobiera kąpiele w mleku, kakao lub herbatce :)
Pałaszowaniu nie ma końca… :)
A Wy? Smażycie? A może pieczecie? Na blogu mojej przyjaciółki Między Kęsami znajdziecie  również świetne przepisy na oryginalne i pyszne pączki – w tym także na pieczone!
Ściskam wiosennie i pysznie!
I zapraszam do stołu ;)
Kasia.
Na zdjęciach:
Białe kubki na podstawkach – ceramika Ambition (znajdziesz TU)
Talerzyki deserowe – porcelana Biała Fryderyka Fine Porcelain Kristoff  (np. TU)
Filiżanka z misiem - STĄD
Kule cotton ball lights - STĄD
Taca – Netto
Błękitne osłonki – Pepco

Bajkowe przyjęcie urodzinowe!

Jakiś czas temu pokazywałam Wam jak obchodziliśmy ROCZEK naszego młodszego Synka. Było naprawdę bajecznie – kolorowo, pastelowo, dzidziusiowo :) Przyłożyłam się do tych urodzin porządnie i było cudnie. Michaś przez okrąglutki miesiąc pytał mnie kiedy będą jego urodziny, no kiedy, kiedy, kiedy… No i odbyły się tuż po Nowym Roku.

Przyjęcie musiało być podobne troszkę do przyjęcia brata sprzed kilku miesięcy, bo – kto ma więcej dzieci niż jedno, ten wie – jak ma jedno, to i drugie mieć musi. Chciałam jednak, żeby było w pewien sposób wyjątkowe, żeby kojarzyło się z czymś magicznym, bajkowym. Niedługo się zastanawiałam, bo z pomocą przyszła mi jedna z ulubionych książeczek Michałka, którą podarowałam mu na Mikołajki – Dziadek do Orzechów.

Znacie tą historię? O dzielnym Dziadku do orzechów, złych myszach, kochanej Klarze i krainie słodkości? Może widzieliście kiedyś film? Ja dawno temu go oglądałam i zauroczył mnie bardzo. Uwielbiam takie nierealne, bajkowe klimaty. Lubię przenosić się w cudowne krainy na niby, gdzie czas płynie inaczej, a wszystko dookoła jest rajem dla zmysłów. Taką opowieścią, która sprawia, że od razu uruchamiam wyobraźnię, jest właśnie Dziadek do Orzechów. Akcja rozgrywa się w pięknie przystrojonym świątecznie domu, przy cudnej choince, a potem w kraju słodkości. Któż z Was nie chciałby się przenieść do takiej bajki? Tam, gdzie są torty i ciasta, ciasteczka i piernikowe choinki, cukrowe Mikołajkowe laski, cake popsy, czekolada i owoce… Gdzie płyną marcepanowe rzeki, a puszysta bita śmietana tworzy kopuły zamkowe… No i w tle Magia Świąt Bożego Narodzenia z całym swoim nieprzeciętnym urokiem. W tym roku postanowiłam, że choć w małym stopniu zabiorę Michałka do tej Krainy. Właśnie w jego urodziny.

Nie zdążyłam niestety zrobić porządnych zdjęć, gdy stół był dopięty na ostatni guzik. Poniżej w przelocie cyknęłam kilka zdjęć, gdy brakowało jeszcze sztućców i serwetek, ale mam nadzieję, że mimo tego, poniższe zdjęcia dadzą Wam ogólne wrażenie tej urodzinowej bajki. A ja spróbuję Wam podpowiedzieć jak taką bajkę stworzyć :)

Jak widzicie, znów postawiłam na pastelowe bieżniki – miało być dziecięco i radośnie, i tak właśnie było. Do tego w centralnej części stołu zmarszczyłam cukierkowo różowy obrus w makaroniki. Do złudzenia przypomina ilustrację z książeczki Michałka –  różowa rzeka i makaronikowe wyspy.

 Pozostałam też w świątecznym klimacie -piękna choinka zdobiła salon, a proporczyki w gwiazdeczki dyndały nam nad głowami. Fakt – nie były kolorowe, ale stół nadrabiał braki kolorów, a chorągiewki pięknie się komponowały z naszym salonem i zimową aurą :)

 Do tego wianuszek z szyszeczk, tuż obok urodzinowych cake pops. Takie zimowe urodziny :)

Piernikowe choinki od A do Z ozdabiane przez Jubilata i babka marmurkowa z tego przepisu. O pieczeniu ciasteczek możesz przeczytać TU

Ponadto jak to na urodzinach – buteleczki z soczkami i kolorowymi słomkami, świąteczne ciasto marchewkowe i kolorowa ceramika.

Dzień później z urodzinową wizytą wpadli do nas sąsiedzi. Stół już złożony, mniejszy, ale wciąż w klimacie :) Tkanina w makaroniki, cudowne cake pops (stąd), ciasteczka i pastele…

Synku, spełniaj marzenia, żegluj na falach wyobraźni, i uwierz w to, że niemożliwe nie istnieje. Wszystkiego najlepszego z okazji czwartych urodzin :*

Kulinarnie z Maluchem czyli pieczemy ciasteczka na urodziny!

Na Święta Bożego Narodzenia nie zdążyłam upiec ani jednego piernika. Upiekłam serię na Mikołajki. Część Maluchy pożarły w swoim Mikołajkowym tipi, a część wylądowała na Mikołajkowym stole, przy którym, jak co roku, zasiedli nasi sąsiedzi i przyjaciele. Jednak zimowy czas, to też czas Michałkowych urodzin, na których miały się pojawić  piernikowe choinki i gwiazdki zgodnie z życzeniem Jubilata. Tak więc zabraliśmy się do pieczenia. Poszły w ruch wszystkie wałki, bo każdy musi mieć swój, herbatka, kawa, foremki, kolorowe posypki… Bawiliśmy się całe przedpołudnie :)

 

Nie będę Wam przepisywać przepisu, z którego korzystam przy piernikowych wypiekach. Jest stąd. Pierniki są banalne w przygotowaniu, pieką się ekspresowo i, jeśli nie przytrzymacie ich za długo w piekarniku, będą mięciutkie i gotowe do spożycia od razu. Jeśli są twardawe, zamknijcie je w szczelnym pojemniku. Mi za piernikowy skarbiec posłużył cudowny słój z porcelanową pokrywką od Moja Mała Francja. Uwielbiam takie połączenie szkła i ceramiki, a szczególnie wtedy, gdy mogę naczynie praktycznie wykorzystać :)

 

Kolorowe posypki i cukierki Skittles posegregowaliśmy w moich ulubionych porcelanowych miseczkach Provence. Oczywiście największą frajdą byłoby przesypawanie zawartości jednej miski do drugiej, ale jakoś powstrzymałam Michała przed tym szalonym pomysłem. Całą energię wykorzystał na obsypywanie polukrowanych już choinek i gwiazdek.

Jeśli macie chwilę, pobawcie się z Maluchami w kucharzy i cukierników. Radość jest ogromna, a gdy ciastka finalnie pojawiają się stole, duma dziecka jest bezcenna. No bo gdy czterolatek przygotowuje sam poczęstunek dla swoich gości… jest się czym pochwalić ;)

Urodzinowe świeczki…

Oprócz pierników polecam Wam jeszcze jeden przepis na pyszne ciasteczka dżemowe oczka „thumbprint”, które ja nazwałam pawimi oczkami. Są bardzo proste w przygotowaniu i naprawdę pyszne – kruche, rozpływające się w ustach. Przepis pochodzi ze strony Moje Wypieki, ale ja kilka rzeczy delikatnie w nim zmieniłam, więc zamieszczę Wam tutaj przepis Doroty po moich zmianach.

Składniki:

125 g masła, zimnego i pokrojonego w plastry
1/3 szklanki cukru pudru
1 żółtko
130 g mąki pszennej
90 g zmielonych migdałów
ziarenka z jednej laski wanilii
pół łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli

Przygotowanie:

Ciasto ugniatamy (ja zrobiłam to ręcznie), zawijamy w folię spożywczą i wkładamy na ok. 1 godz.do lodówki. Następnie wyciągamy, odrywamy małe kawałki, formujemy z nich kulki, układamy na blasze bądź na stolnicy. Palcem, bądź końcówką łyżki robimy w kulkach wgłębienia, przez co kulki delikatnie się spłaszczają. W zagłębieniach umieszczamy dżem (ja użyłam porzeczkowego). Pieczemy w temp. 170 stopni przez ok. 15 min (tak, by ciastka się lekko zarumieniły). Studzimy i pałaszujemy :)

 To co? Pieczecie dziś? :)

Na zdjęciach:

Słój z kogutem - Moja Mała Francja

Miseczki Provence - Moja Mała Francja

Tort z zapiekanej owsianki na Nowy Rok!

Nie znoszę powiedzenia „Świąta, święta i po świętach”.  Dla mnie drugi dzień Świąt nie jest końcem wyjątkowego ucztowania. Ten cudowny, magiczny czas zimowego świętowania trwa o wiele dłużej. Uwielbiam te leniwe dni pomiędzy Bożym Narodzeniem, a Nowym Rokiem. Uwielbiam sylwestrową noc, bez względu na to czy gdzieś z Mężem idziemy czy nie. Lubię miło i spokojnie spędzać czas w Nowy Rok w mieszkaniu pełnym zimowych dekoracji. Lubię wspólne zimowe spacery, odwiedzanie przyjaciół, raczenie się aromatyczną kawą czy herbatą z cytryną i miodem. Noworoczne wspólne śniadaniowanie również okazuje się być doskonałą okazją do słodkiego, zimowego odpoczywania. Tak też w pierwszy dzień Nowego Roku 2016 uraczyliśmy się na naszym poddaszu torcikiem owsiankowym z kawałkami gruszek i jagodami goji. Na dobrą wróżbę, by było nam pysznie i zdrowo przez najbliższe 365 dni :)

Czasy kiedy umiałam jedynie zagotować wodę na herbatę i cieszyć się parówką na wykwintnym talerzyku minęły bezpowrotnie. Odkąd jestem mamą szukam przepisów na posiłki smaczne, zdrowe, sycące i atrakcyjne tak, by moje Maluchy i mój Małżonek jedząc byli w siódmym niebie (a jeśli nie w siódmym, to na prostej drodze do tegoż nieba właśnie). Przepis na zapiekaną owsiankę zaczerpnęłam stąd, choć odrobinę ją zmodyfikowałam. Wyszła naprawdę pyszna i szczerze ją polecam nie tylko jako świąteczne śniadanie, ale również jako smaczny podwieczorek – można ją bowiem jeść na ciepło lub na zimno.

A oto przepis:

Składniki*:

szklanka płatków owsianych błyskawicznych
łyżka suszonych jagód goji
łyżka płatków migdałowych 
pół łyżeczki proszku do pieczenia
jajko
3/4 szklanki mleka
1 mały słoiczek przecieru owocowego dla niemowląt – ja użyłam przecieru z owoców lata Bobovita
łyżka oliwy z oliwek
jeden banan rozciapany widelcem
jedna duża gruszka pokrojona w kostki
odrobina cynamonu

 Wykonanie:

W jednej misie łączymy płatki owsiane, płatki migdałowe, jagody goji i proszek do pieczenia.

W drugiej misie łączymy jajko, mleko, przecier ze słoiczka, oliwę z oliwek, banana, gruszkę.

Łączymy zawartość dwóch mis, czyli mokre składniki z suchymi, mieszamy dokładnie, doprawiamy cynamonem. Odstawiamy na kwadrans, by płatki owsiane napęczniały.

Masę owsiankową przelewamy do blaszki uprzednio posmarowanej cienką warstwą tłuszczu (oliwą z oliwek na przykład). Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni (u mnie z funkcją termoobiegu) i pieczemy przez ok. 25 min.

Smacznego!

*Ilość składników wystarczyła mi na upieczenie torcika w blaszce o średnicy 17 cm. Na większą tortownicę chyba lepiej będzie wziąć podwójne porcje (tak też radziła autorka oryginalnego przepisu).

 

„Prezentownia” i jesienny sernik dyniowy z ciasteczkami owsianymi i polewą chałwową!

Lubicie dostawać prezenty? Ja uwielbiam. Uwielbiam zaglądać do kolorowych torebek, targać wstążki, odpakowywać, słuchać jak szeleści papier… Pod tym względem dużo mam w sobie z dziecka. Uwielbiam też tą świadomość, że ktoś pamięta o mnie, albo o moich dzieciach. O tym, że mam 30-ste urodziny, że mój Synek skończył roczek, że mamy jakieś ważne i piękne wydarzenie w rodzinie. Cieszy mnie wtedy niesamowicie, że jest ktoś miły, kto czasem małym gestem chce upiększyć TEN dzień. To też działa w drugą stronę – uwielbiam robić prezenty. Szczególnie kobietom i dzieciom – mamie, koleżankom, bliskim przyjaciółkom, maluchom moim i maluchom znajomych. Lubię sprawiać komuś przyjemność i zawsze dość mocno się staram. Czasem kupuję tylko drobiazgi, ale czasem obmyślam coś wyjątkowego tak, by TA osoba mogła zawsze mile wspomnieć i prezent, i mnie, i chwilę, w której go otrzymała. Mój mąż zawsze mnie strofuje, że wybieram innym prezenty, które sama chciałabym dostać, ale ja nie do końca się z tym zgodzę. Owszem, zdarza się, że kupuję coś komuś i sobie, ale zawsze słucham ludzi uważnie, obserwuję. Zapamiętuję co się im podoba w sklepach, wypytuję o marzenia, zachcianki, upodobania. I nie robię tego na dwie minuty przed czasem. Zdarza się, że po roku, po dwóch kupuję komuś coś, o czym mi wspominał dość dawno. 30ste urodziny są jedną z okazji, kiedy wypada się postarać. Organizowałam już z tej okazji przyjęcie niespodziankę, zamawiałam obraz na płótnie, szukałam odpowiedniej biżuterii w sklepach jubilerskich – wszystko po to, by zrobić komuś przyjemność. I samym prezentem i opakowaniem również – ładnym papierem, kokardką, serduszkiem, kwiatuszkiem – nawet jeśli prezent był dla Roczniaka. To czy pamiętamy i jak pamiętamy świadczy o nas, o tym jak kogoś cenimy, jak nam zależy. Robienie prezentów jest nie lada sztuką. Ostatnio znów miałam okazję się wykazać, bo urodziny przyjaciółki to nie przelewki. Tak, moja droga, jesteś moją przyjaciółką, i chociaż jesteś daleko, cieszę się, że jesteś :*

Na urodzinowe spotkanie wybrałam się z czymś, o czym rozmawiałyśmy jakiś czas temu, i do czego jubilatka od czasu do czasu wzdychała – z książką kucharską Zosi Cudny z bloga Makecookigeasier. Moc cudownych przepisów na cztery pory roku, magia w zdjęciach, sztuka gotowania udostępniona śmiertelnikom. Lubię takie piękne książki kucharskie i sama chętnie bym taką umieściła na swojej kuchennej półce. A żeby przyjaciółce zrobić jeszcze większą przyjemność, upiekłam dla niej ciasto – pyszny jesienny sernik dyniowy. Bo ploty przy serniku są najlepsze :)

Właściwie w ciągu weekendu piekłam ten sernik dwa razy. Jeden na sąsiedzką nasiadówę i jeden na wspomniane urodziny. Miałam z czego go piec, bo zostałam obdarowana wielgachną dynią, która przez pewien czas była dość bliską koleżanką mojego młodszego Synka – zanim ją pokroiłam, upiekłam i zblendowałam.

Przepis na sernik jest modyfikacją przepisu z Moje wypieki. Zamiast ciasteczek imbirowych użyłam ciasteczek owsianych, bo mój mąż za imbirem nie przepada, delikatnie mówiąc. Dodatkowo pominęłam mascarpone w przepisie i bitą śmietanę na wierzchu ciasta. Cały sernik polałam polewą chałwową, która świetnie dosłodziła ciasto o dyniowym i korzennym aromacie.

Składniki na spód:

  • 280 g ciasteczek owsianych
  • 100 g masła, rozpuszczonego
  • 1 łyżeczka przyprawy korzennej do piernika
Ciasteczka miażdżymy bądź mielimy (ja rozgniotłam swoje wałkiem), dodajemy przyprawę i rozpuszczone masło. Gdy ciastka mają konsystencję mokrego piasku wykładamy dno i boki blaszki (boki do połowy wysokości,blaszka  o średnicy 23 cm). Blaszkę wcześniej wyścielamy papierem do pieczenia. Odkładamy do lodówki do schłodzenia.
 Składniki na masę serową:
  • 1 kg twarogu do sernika w wiaderku
  • 3 jajka
  • 3 żółtka
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 180 g drobnego cukru do wypieków
  • 425 g puree z dyni*
  • 2 łyżeczki przyprawy korzennej do piernika
Wszystkie składniki o temperaturze pokojowej miksujemy za pomocą miksera – tylko do połączenia składników, by nie napowietrzyć zbyt mocno sernika.
Blaszkę wyciągamy z lodówki, owijamy szczelnie dwukrotnie folią aluminiową. Wylewamy masę na ciasteczkowy spód.
Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Blaszkę umieszczamy w większej blaszce wypełnionej wodą (ja wypełniam od razu wrzącą), wkładamy do piekarnika od razu zmniejszając temperaturę do 150 stopni (bez termoobiegu). Pieczemy ok 1,5 godziny.
Sernik studzimy i polewamy polewą.
Przepis na polewę pochodzi również z Moich Wypieków.
Składniki:
  • 150 g chałwy sezamowej kakaowej
  • pół szklanki śmietany kremówki 36% (125 ml)
Chałwę kruszymy i na małym ogniu rozpuszczamy w śmietance (mieszamy, by nie przypalić polewy). Ściągamy z ognia, lekko studzimy, polewamy sernik.
Gotowy sernik wstawiamy do lodówki, by się mocno schłodził.
Dyniowy aromat, piernikowa przyprawa, delikatny ciasteczkowy spód i ta niebiańska chałwa… tak smakuje jesień!

Roczek! Czyli mój przepis na pierwsze urodzinowe przyjęcie Maluszka!

I minął. Rok odkąd po raz drugi zostałam mamą. Rok odkąd nasz drugi Synek pojawił się na świecie. Rok, odkąd moje marzenie o drugim dziecku się spełniło w każdym calu. Przyszło na świat to nasze marzenie zdrowe i piękne i daje nam każdego dnia niewyobrażalną dawkę szczęścia. Chodzi, trupta – zawsze gdy wracam do domu z zakupów czy z zajęć przybiega wspina się na ręce koślawo, a gdy już go mam blisko siebie, przytula się. Uwielbiam to wtulanie się we mnie, te śmiechy, gdy łaskoczę go po brzuszku, te stópki, które tak śmiesznie się zawijają, gdy je pogilgoczę. Uwielbiam go całego, od czubka głowy po paluszki u nóżek. Kocham tak mocno, jakbym w jakiś dziwny i irracjonalny sposób odkrywała macierzyństwo na nowo. A gdy minął rok tego błogiego niewytłumaczalnego stanu miłości absolutnej, trzeba było to uczcić :) Chciałam, żeby pierwsze urodziny mojego Synka były naprawdę wyjątkowe – pastelowe, słodkie i cudne jak na niemowlaczka (jeszcze!) przystało. Chciałam, by to przyjęcie zapadło nam w pamięci jako uroczy kinderbal dla najsłodszego Krasnoludka na świecie. Zresztą każda mama, która już obchodziła Roczek swojej pociechy, wie jak ważne jest to święto dla Malucha i jego rodziców, jak bardzo chcemy, by tego dnia było wyjątkowo i cudnie. Zatem podzielę się z Wami moim pomysłem na Roczek – gotowi?

Postawiłam w tym roku na typowo chłopięce barwy – poczynając od zieleni, przez miętę, błękit aż po turkus. Salon ozdobiłam girlandami – proporczyki wycięłam sama z papieru do pakowania prezentów i przyczepiłam szpilkami do satynowej blado miętowej  wstążki. Z sześcioramiennego żyrandola zwisały dwa papierowe lampiony w kolorach nawiązujących do proporczyków. Na oknie powiesiłam też dwa ogromne kotyliony  zrobione z bibuły.

Wyjątkową ozdobą była girlanda ukazująca jak szybko minął ten czas od narodzin naszego Maluszka – Mateuszkowy Roczek został zobrazowany za pomocą zdjęć zawieszonych kolorowymi spinaczami na tasiemce zaczepionej o zegar. To była naprawdę cudowna dekoracja, która mnie niezwykle chwytała za serce. Zresztą nie tylko mnie :)

Stół został utrzymany w pastelowej błękitno-miętowo-białej tonacji. Na moim ponad 3,5 metrowym stole rozłożyłam cztery miętowe bieżniki, które sprawiły, że stół wyglądał bardzo lekko. Zastawa – oczywiście biała. Talerze deserowe, głębokie i obiadowe poszły w ruch :) A na samym środku tort od Bajkowe torty.

Ktoś może mi zarzucić, że to tort pokryty megasłodką mdlącą masą cukrową, ale ja jestem bardzo zadowolona ze swojego wyboru :) Nie piekłam go sama, bo miałam jakąś czarną wizję, że nie wyjdzie mi supersmaczne cudo na 20 osób. Eliza, która tworzy torty robi to z taką pasją i jest taką czarodziejką, że bez wahania poprosiłam ją o Mateuszkowy tort. Błękitny cud był na białym biszkopcie przekładany bitą śmietaną z owocami. W środku niezwykle lekki i pyszny. Naprawdę niezwykły, jeden z lepszych jakie kiedykolwiek jadłam.

Oprócz torta, przygotowałam dla gości kilka innych słodkości, które tym razem wyszły spod mojej ręki, a nawet spod Michasiowej, bo ciasteczka robiliśmy wspólnie. Nie jestem boginią kulinarną – lubię przygotowywać desery, eksperymentować, ale bardzo cenię i korzystam z przepisów kobiet, które boginiami kulinarnymi są. Na przyjęcie urodzinowe proponuję Wam kilka ciast, które naprawdę lubię, i które znalazły się na naszym stole zeszłej soboty:

Kruche ciasto z kremem z mascarpone i frużeliny wiśniowej, pokryte wiśniami i pokruszonymi bezami.

Babeczki motylki

Ciasteczka maślane z pastelowymi lukrami (u mnie w kształtach różnych zwierzątek, gwiazdek oraz kwiatków)

oraz Sernik Oreo i Tort śmietnakowo-jeżynowy, których niestety nie zdążyłam sfotografować.

Do popicia oczywiście soki – kto widział kinderbal bez soczków? Podane w uroczych szklanych  buteleczkach ozdobionych kolorową taśmą z nadrukiem owoców. Buteleczek trochę mi się nabierało przez ten Mateuszkowy rok ;) Wystarczyło je ładnie ozdobić, wyeksponować na tacy, dodać papierowe słomki i cieszyć się smakiem soków :) Cudnie wygląda taka buteleczkowa armia, prawda? :)

Każde dziecko, które zjawiło się u nas na przyjęciu dostało również mały upominek. Z papieru do prezentów i z tej samej taśmy, którą widać na buteleczkach, zrobiłam zamykane torebki prezentowe, a w nich drobiazg, który wywołał uśmiech na buzi Malucha.

No i oczywiście, na sam koniec – otwieranie prezentów :) Dziękuję za wszystkie życzenia, dobre myśli i słowa. To był wyjątkowy dzień i ogromnie się cieszę, że o nas pamiętaliście :)

To jeszcze nie koniec – wkrótce pokażę Wam co podarowałam mojemu Synkowi z okazji jego pierwszych urodzin, ale to innym razem :)

Ściskam!

Kasia.

Magia popołudnia czyli pomysł na podwieczorek – pełnoziarniste bułeczki z truskawkami i nadzieniem z białej czekolady.

Słodka, jeszcze cieplutka buła i szklanka ciepłego mleka – to podwieczorek z mojego dzieciństwa. Niepowtarzalny smak babcinych drożdżówek do dziś kojarzy mi się  z beztroskim czasem gdy żyłam w krainie wróżek, srebrnych wiewiórek, a gdy nikt nie patrzył – ze starej walizy w dużym pokoju wyciągałam czerwoną wieczorową sukienkę mojej mamy zdobioną perełkami. Tak było u babci, tak było gdy byłam mała. Teraz małe są moje dzieci, a ja staram się stworzyć im zaczarowane wspomnienia, tak żeby kiedyś powiedziały „w domu było pysznie, a podwieczorki jedliśmy przy takim kolorowym stole i było słodko i wesoło”.
Dzisiejsze bułeczki są zmodyfikowanym przepisem Doroty z Moich wypieków. Jej bułeczki z malinami tak podbiły moje serce, że postanowiłam je zrobić na jeden z podwieczorków. Trochę jednak w tym przepisie pogrzebałam i trochę go pozmieniałam. Z racji, że Michaś jest zakochany w truskawkach, postanowiłam zamienić maliny na właśnie na owoce truskawek. Nie miałam pod ręką cukru perłowego, więc posypałam buły cukrem trzcinowym, a całe bułeczki zrobiłam z mąki pszennej pełnoziarnistej, przez co wyszły razowe, choć słodkie i smaczne. I bardzo pożywne. W nadzieniu z przepisu Doroty nic nie zmieniałam – jest wyborne – na bazie serka mascarpone i białej czekolady :) Może następnym razem zrobię słodkie ciasto nierazowe wierniejsze przepisowi Doroty, ale póki co prezentuję Wam pyszny, słodki podwieczorek z ciepłym mleczkiem mhmmm….
Składniki:
500 g mąki pszennej pełnoziarnistej (choć kusi mnie, by spróbować z tortową)
24 g drożdży świeżych
3 łyżki cukru
2 jajka
200 ml mleka
50 ml jogurtu naturalnego
60 g masła
pół łyżeczki soli
cukier perłowy do posypania (ja z braku użyłam rozdrobnionego trzcinowego)

Nadzienie:
200 g serka mascarpone
1 jajko
60 g białej czekolady

Wykonanie:

Z 1/4 szkl letniego mleka, drożdży, dwóch łyżek cukru i trzech łyżek mąki zrobić zaczyn (który musi „popracować” przez jakieś pół godziny). Zaczyn połączyć z mąką, resztą cukru, jajkami, resztą mleka, jogurtem, masłem i solą. Wyrobić na gładkie i elastyczne ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 1,5 godziny. Po tym czasie wyrobić bułki i umieścić je na blasze posypanej mąką. Ostawić do wyrośnięcia na ok. 30 min. Po tym czasie płaskim dnem szklanki  zrobić wgłębienie w każdej bułce. Wypełnić nadzieniem (na nadzienie ucieramy wszystkie składniki) i zanurzyć w nim truskawkę jedną lub dwie (większe podzielić na ćwiartki). Bułeczki posmarować jajkiem roztrzepanym z odrobiną mleka, posypać cukrem najlepiej perłowym (choć ja rozbiłam w moździerzu kostki cukru trzcinowego i tym właśnie cukrem posypałam powierzchnię wokół nadzienia). Piec przez ok. 30 min w temperaturze 190 stopni.

Smacznego!

 
 

Magia popołudnia czyli pomysł na podwieczorek – owoce pod kruszonką!

Podwieczorek. Czy Wy też czujecie jaki czar i jaki urok ma ten posiłek, ta pora dnia? Letnie leniwe popołudnie zwieńczone słodkim conieco… Na stole kwiaty, uśmiech Malucha, bo zaraz będzie coś dobrego, aromatyczna kawa, mleko, piękne filiżanki, smak owoców… lato w pełni. Uwielbiam te chwile, uwielbiam spędzać takie popołudnia przy stole z bliskimi, przyjaciółmi. Dla Michasia to też taki czas na podładowanie baterii po całym dniu szaleństw i zabaw. Podwieczorek powinien uzupełnić zapas energii, więc może być słodki, ale powinien też być pożywny, więc same puste kalorie w postaci bezy z polewą karmelową nie za bardzo wchodzą w grę. W te letnie dni kuszę się coraz częściej na owoce pod kruszonką – przepis mam od mojej ciotki Ewy, ona od ciotki Grażyny, a Grażyna od Nigelli. Nie zaglądałam nigdy do oryginalnego przepisu Nigelli, więc nie jestem w stanie powiedzieć Wam na ile wierna jestem przepisowi Mistrzyni. Wiecie jak to jest, każda z nas jak gotuje to tak trochę „po swojemu”, coś uszczknie, coś doda i ta sama potrawa wychodzi czasem zupełnie inaczej. Niemniej jednak polecam i zapraszam na letni podwieczorek.

Składniki:

owoce (jabłka, śliwki, brzoskwinie, morele, truskawki, porzeczki, co tam chcecie)

1/3 galaretki

mąka

masło

cukier

Ja użyłam śliwek, brzoskwiń i moreli. Owoce umyłam, obrałam ze skórki, podprażyłam w rondelku (aby się nie spaliły, podlałam odrobiną wody). Dodałam 1/3 galaretki, chwilę jeszcze trzymałam na ogniu po czym rozlałam do kokilek. Z masła, cukru i mąki (ja dodałam troszkę mąki razowej) zrobiłam kruszonkę i posypałam owoce w kokilkach. Zapiekałam w piekarniku przez 40 min w temp. 170 stopni w termoobiegu.

Deser moim zdaniem jest najlepszy na drugi dzień. Z odrobiną jogurtu i ze szczyptą cynamonu i brązowego cukru jest świetnym pomysłem na letni podwieczorek. Tym wpisem rozpocznę dla Was cykl podwieczorków. W każdą sobotę po południu będziemy czarować :)

Mój kąt w domu, mój czas czyli PORANEK w TŁUSTY CZWARTEK!

I nastał Tłusty czwartek – dzień, w którym bezkarnie mogę opychać się kaloriami pod płaszczykiem utrzymywania tradycji :) Jutro będę się zastanawiać nad zrzucaniem zbędnych, zarobionych kilogramów. O tak, niczym Scarlett O’Hara, pomyślę o tym jutro. A dziś… dziś się relaksuję z herbatą w ładnym kubeczku, pąkami z różą i ciekawą książką. Mam kilka takich miejsc w swoim domu, w których lubię przebywać. W moim bujanym uszaku, który stoi tuż pod oknami dachowymi (latem mogę wygodnie obserwować gwiazdy), w łóżku w ulubionej pościeli pod cieplutką kołderką i w salonie, na kanapie. Kanapa jest chyba moim ulubionym miejscem. Wtulić się w poduchy, przy wielkim oknie siedzieć, rozmyślać, obserwować przechodniów, patrzeć na mijające okno samoloty, marzyć, cieszyć się chwilą…To jest to!

Kanapa stała się ostatnio w moim domu miejscem mocno czytelniczym. O tym dlaczego tak jest, opowiem Wam innym razem. A dziś pokażę Wam co w tym kącie obecnie zalega i cieszy :) Oczywiście, fantastyka! Obydwoje z mężem ją uwielbiamy i pod tym względem dobraliśmy się idealnie ;) Mój mąż całkiem niedawno odkrył sagę o Wiedźminie, a ja od przyjaciółki pożyczyłam i niemalże na raz połknęłam Sezon burz Sapkowskiego. Uwielbiam starych znajomych z Rivii i Vengerbergu, ale chętnie też w najbliższym czasie spotkam się z Harrym, Hermioną i z Ronem. Za kilka złotych kupiłam przez internet ostatnią część opowieści o młodych czarodziejach w oryginalnej wersji językowej. Tęsknię za zajęciami ze studentami – brak mi języka i czuję, że muszę powrócić do książek w oryginałach – ostatnio rzadko czytałam po angielsku i pora to zmienić ;)

W najbliższym czasie mam zamiar sobie zaserwować wyjątkową historię miłosną. Czytałam ją już na studiach, w okrojonej wersji w liceum, ale czuję, że znów mam ochotę na ten dreszczyk. Dlatego już dziś wieczór wybiorę się na Wichrowe Wzgórza, a po drodze zajrzę do Drozdowego Gniazda. O opowieści o Heathcliffie i Catherine przypomniała mi przyjaciółka, z którą rozmawiałam ostatnio właśnie o perłach literatury brytyjskiej. Dora miała ochotę na dobrą książkę, z miłosną nieprzesłodzoną historią, ciekawą fabułą. No i się nie zawiodła, choć zaskoczenie nie było małe. Wichrowe Wzgórza to opowieść o miłości tak silnej, że niemal chorej, mieszanej z nienawiścią, przemocą, złością. Taki romans z piekła rodem. Jak dla mnie idealny na Walentynki ;)

A w kolejce czekają następne perełki… To dla mnie powrót do studenckich lat. Wtedy było tyle rzeczy, tyle śmiechu, tyle zabawy, nie zawsze był czas na lektury. Teraz do nich z przyjemnością powrócę :)

Pewnie część z Was zastanawia się kiedy mam czas na to wszystko. Kiedy mam czas, by usiąść, poczytać. Rano, gdy Mati śpi, a Michał biega z helikopterem w swoim pokoju, bo akurat gasi pożar lub ratuje kogoś w górach, ja się wtulam w poduchy, siadam na kanapie i mam swoje pięć minut… A jeśli latorośl zechce przyjść do mnie, to trochę zmieniam gust czytelniczy na bardziej uproszczony, kolorowy, ale wciąż idę w dobrym kierunku ;)

Moje dziecko ostatnio jest zakochane w książce o chorobach (bo tam jest ospa, brrrrrr) oraz w książeczce, która od jakiegoś już czasu jest już w naszym domu w grupie top 10 ;) Tytuł tego cuda to Pies z ulicy Bałamutów autorstwa Wandy Chotomskiej i Wacława Bisko. Otrzmaliśmy tą książeczkę dzięki uprzejmości Muzeum Książki Dziecięcej i obiecałam jej szczerą recenzję. Czy ktoś z Was zna tą książkę? A może ktoś pamięta?

To, że możecie pamiętać jest wielce pradopodobne. Książka po raz pierwszy została wydana w 1965 roku. Ja pamiętam ją jak przez mgłę, ale jestem pewna, że historię o małym jamniku, który samotnie wybiera się na spacer po mieście, już gdzieś słyszałam. Książka jest opatrzona wspaniałymi grafikami Jerzego Flisaka. Ilustracje zabiorą Was w miasto rodem z PRLu – piesek spaceruje ulicami, przy których są sklepy meblowe, rzeźnik, Orbis, a tramwaj, który nadjeżdża jest iście oldskulowy ;) Jestem pod absolutnym urokiem tej książeczki i polecam ją każdej Mamie i każdemu Maluchowi. Dziecko dowiaduje się z niej jak trzeba poruszać się po mieście, gdzie, kiedy i jak przechodzić przez ulicę, na co trzeba uważać… Wiedza potrzebna każdemu maluchowi podana jest w przystępny sposób w formie wierszowanej opowiastki. No i te ilustracje… spójrzcie tylko sami…

Wiecie co, magiczna czasem ta codzienność.. Tak sobie siedzimy z tym moim synkiem rano – przytuleni czytamy, zajadamy – no bo skoro tłusty czwartek, to tłusty czwartek! A czas płynie jakby obok nas…

Tradycja pączkowa w moim domu bardziej dotyczy świąt Bożego Narodzenia. Ciocia mojego męża piecze wspaniałe pączki na Wigilię. W trzech są ukryte grosiki. Gdy go znajdziesz, dostajesz 10 zł. Najmłodsi są gotowi zjeść wszystko za jednym zamachem ;) Moja babcia natomiast pączki wspomina zawsze z wielkim rozrzewnieniem. Gdy jako mała dziewczynka, odwiedzała w Boże Narodzenie swoją przyjaciółkę, u niej w domu zawsze widziała świąteczne wypieki, a wśród nich wielkie pąki z nadzieniem różanym. Niestety, mama dziewczynki była wstrętną sknerą i dzieci, które odwiedzały ich w domu nigdy nie częstowała. To przyjaciółka, gdy mama nie widziała, podwędzała zawsze kilka pączków i dzieliła się nimi z moją babcią. A ona ich smak, puszystość i radochę z konfitury różanej pamięta do dziś. Ja po dziś dzień nie jestem w stanie pojąć jak można nie poczęstować czyjegoś dziecka czymś smacznym, co się wyczarowało akurat w domu, no ale cóż… dobrze, że zawsze na świecie są też te dobre dusze, które lubią się dzielić. A ja mam takie marzenie, aby moje dzieci też z rozrzewnieniem wspominały nasze pączki. Żeby miały wspomnienia o domu, w którym pachniało wypiekami, i w którym zawsze było coś pysznego do spałaszowania :)

A Wy pieczecie tłustoczwartkowe rarytasy? Może któryś z poniższych? Moje to coś pomiędzy donut hole a jelly filled. Okrąglutkie, puszyste, wypełnione konfiturą z owoców z dzikiej róży.

Z konfitury tej korzystałam kiedyś przy robieniu szarlotki, właśnie tej —–>  http://mamawszpilkach.pl/?p=1989 i jestem jej wierna. Pyszna jest!

Obrazek z rodzajami pączków pochodzi z Facebooka, z funpage Ładne rzeczy! Pochwalę się Wam, że na blogu Ładne rzeczy! http://podobasie.net/ możecie zobaczyć pokój Michasia!

A na dziś to wszystko :) Wszystkich Was pozdrawiam i rozgrzeszam z obżarstwa ;)

Miłego dnia,

Kasia

Jesienna tarta miodowo-orzechowa! A może – Zimowa tarta miodowo-orzechowa?

Uwielbiam spotkania z koleżankami przy ciastku i gorącej herbacie. Po prostu uwielbiam! Nic mnie tak nie relaksuje i nie odpręża mojego umysłu jak śmiechy i chichy, pogaduchy o dzieciach, mężach, kosmetykach, mieszkaniach, i wielu, wielu innych rzeczach. Z dziewczynami znamy się od podstawówki i mogę śmiało powiedzieć, że nasza przyjaźń to naprawdę coś wyjątkowego. Mimo, że nie widzimy się czasem po dobre kilka miesięcy, kolejne spotkanie znów obfituje w fantastyczne ploty, anegdotki i żadna z nas nie odczuwa upływu czasu. Jesienią i zimą spotykamy się częściej. Te miesiące to dla nas sezon urodzinowo-imieninowo-świąteczny, toteż okazji jest wiele, by się spotkać :) No i wczoraj znów było to relaksujące popołudnie, a w tle – tarta Zosi Cudny z bloga Make Cooking Easier.

Ogromnie polecam odwiedzić bloga Zosi Cudny, gdzie zawsze znajdziecie świetne przepisy. Jesienna tarta Zosi jest jednym z takich właśnie świetnych ciast, które warto obejrzeć na blogu, a potem upiec w domu i choć Zosia nazwała swoją tartę Jesienną,  dla mnie jest bardziej Zimowa. Orzechy zawsze będę kojarzyła ze Świętami Bożego Narodzenia (mieliśmy zwyczaj zbierania ich pod stołem w Wigilijny Wieczór), a i skórka pomarańczowa i miód pachną mi  leniwymi, zimowymi wieczorami :) Tak więc zarezerwowałam sobie to ciasto na najbliższe miesiące jako towarzystwo do rozgrzewającej herbatki :) Tym bardziej, że jest łatwe do wykonania, a smakuje wyśmienicie :)

To co? Gotowi do pieczenia? :) Ja już jestem gotowa do pałaszowania :) A oto i przepis Zosi Cudny ze strony http://www.makecookingeasier.pl/na-slodko/jesienna-tarta-z-miodem-i-z-orzechami-wloskimi/

 

Nic w nim nie zmieniałam, upiekłam dokładnie tak jak na stronie Make Cooking Easier. Zresztą zawsze jestem wierna przepisom, z których korzystam i rzadko zmieniam w nich cokolwiek :)

 

Składniki:

CIASTO:

  • 150 g mąki
  • 30 g cukru
  • 125 g pokrojonego w kostkę masła
  • 1 łyżka wody opcjonalnie

NADZIENIE:

  • 150 ml śmietanki 36% (ja użyłam  30 %)
  • 70 g masła
  • 25 g cukru
  • 300 g orzechów włoskich
  • 1 jajko
  • 4-5 łyżek miodu
  • skórka z pomarańczy + 1 łyżka cukru+ kilka kropel wody

Wykonanie:

CIASTO:

Do misy (albo na stolnicę) przesiać mąkę, dodać pokrojone na kawałki masło, cukier i pokropić łyżką wody (opcjonalnie). Zagnieść ciasto, odłożyć na 30 minut do zamrażalnika. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni C. W międzyczasie skórkę z pomarańczy pokroić w drobną kostkę i podsmażyć na maśle z kroplami wody – będzie potrzebna do nadzienia. Po 30 minutach ciasto wyciągnąć z zamrażalnika i wyłożyć na formę. Nakłuć całą powierzchnię widelcem. Piec ok. 25 minut, aż ciasto uzyska złoty kolor. Wyjąć z piekarnika i odstawić aż ostygnie.

NADZIENIE:

W rondlu roztopić masło, cukier i miód. Dolać śmietankę i roztrzepane jajko oraz skórkę z pomarańczy. Następnie dodać orzechy i zamieszać. Gotować na małym ogniu ok. 4-5 minut, stale mieszając. Tak przygotowane nadzienie wylać na ciasto i piec 20 minut w piekarniku rozgrzanym do temperatury 190 stopni C. Ciasto najlepiej podawać gdy ostygnie – masa będzie zwarta. W mojej tarcie powierzchnia ciasta bardzo ładnie się skarmelizowała.

Łatwe, prawda? A jakie smaczne! Warto odwiedzać bloga Zosi, gdzie zawsze czekają na czytelników świetne przepisy. Ta tarta też jest świetna, pod warunkiem oczywiście, że lubicie miód, orzechy i aromat skórki pomarańczowej :)

A na koniec jeszcze jedna rzecz, którą uwielbiam w spotkaniach z koleżankami – uwielbiam, gdy pożyczamy sobie fajne książki :) Mój plan na najbliższy wieczór:

Miłego dnia!

Kasia

http://www.makecookingeasier.pl/na-slodko/jesienna-tarta-z-miodem-i-z-orzechami-wloskimi/

Rogale (Święto)marcińskie!

W tym roku po raz pierwszy postanowiłam upiec mojemu mężowi w dniu jego święta rogale marcińskie – no jak tu obchodzić imieniny Marcina bez rogali? Dziś naprawdę nie wiem jak mogłam wcześniej tego nie robić – nie zakasać rękawów, by potem móc się delektować tym cudownym i niepowtarzalnym smakiem rogali nadziewanych masą z białego maku. Nigdy nie jadłam prawdziwych poznańskich rogali świętomarcińskich, ale te, które stworzyłam przedwczoraj w domu przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Były po prostu pyszne!

Przepisów na rogale jest pełno w internecie. Ja skorzystałam w tym roku z przepisu ze strony http://www.slodkiefantazje.pl/ Jeśli nie znacie tego bloga, szczerze go polecam. Zajrzyjcie – świat słodkości Kasi jest naprawdę magiczny, a zdjęcia powalające.

Na robienie rogali trzeba sobie zarezerwować trochę czasu – zrobione ciasto odstawiamy na godzinę do lodówki, następnie wałkujemy je trzy razy w godzinnych odstępach, następnie trzymamy w lodówce przez całą noc, wyciągamy z lodówki na 20 minut przed wyrabianiem rogali, same rogale odstawiamy na 90 minut do wyrośnięcia,  pieczemy przez ok. 20 minut, a na końcu dekorujemy lukrem i orzechami bądź migdałami. Tak więc na ostatnią chwilę nie ma się co zabierać za ten przepis. Ale jeśli macie chwilę przed świętami, to warto spróbować – rogali z przepisu Kasi jest 12, ale zjedzenie jednego w całości jest nie lada wyzwaniem :)

Składniki:

CIASTO:

  • 1szkl. ciepłego mleka
  • 250 g masła
  • szczypta soli
  • 30 g świeżych drożdży
  • 3 łyżki cukru
  •  3 żółtka (2 białka zostawiamy do masy makowej)
  • 3 1/2 szkl. mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

MASA MAKOWA (NADZIENIE):

  • 350 g białego maku
  • 100 g masy marcepanowej (użyłam kupnej)
  • 3/4 szkl. cukru pudru
  • 150 g orzechów włoskich
  • 100 g blanszowanych migdałów
  • 70 g suszonych fig (podobnie jak autorka bloga Słodkie fantazje, pominęłam)
  • 70 g daktyli bez pestek (suszone)
  • 3 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej (ja wrzuciłam całe 100 g)
  • 3łyżki gęstej kwaśnej śmietany
  • 2 białka
  • 4 podłużne biszkopty pokruszone na małe kawałeczki

DODATKOWO:

  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka => razem roztrzepane służy do posmarowania rogali przed pieczeniem

POLEWA (POMADA):

  • 1 szkl cukru pudru
  • odrobina wrzątku
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • posiekane orzechy lub migdały

Wykonanie:

CIASTO:
Przygotowujemy rozczyn: do 1/2 szklanki ciepłego mleka dodać 1 łyżkę cukru i drożdże, dobrze wymieszać i odstawić na około 15 minut do wyrośnięcia (w ciepłe miejsce).
Żółtka ucieramy z 2 łyżkami cukru i ekstraktem waniliowym na kogel–mogel. Trzy łyżki masła (ok. 50 g) roztapiamy w małym rondelku.
Mąkę przesiewamy, dodajemy szczyptę soli i mieszamy w dużej misie. Dodajemy rozczyn, pozostałe mleko i kogel mogel. Łączymy, wyrabiamy aż ciasto będzie sprężyste. Dodajemy roztopione, ostudzone masło i wyrabiamy jeszcze chwilę, aż ciasto wchłonie tłuszcz. Wyrobione ciasto wkładamy do misy, przykrywamy folią i wstawiamy do lodówki na godzinę.
Po godzinie ciasto wyciągamy z lodówki i na stolnicy rozwałkowujemy na prostokąt (45×25 cm) – tak, aby krótsze strony stanowiły górę i dół. 200 g masła pokroić w cienkie plastry (ja użyłam miękkiego masła, które rozsmarowałam) i umieścić równomiernie na całej powierzchni rozwałkowanego prostokąta. 1/3 ciasta złożyć do góry, następnie złożyć dolną część tak, by przykryła tę górną – wychodzą w ten sposób trzy warstwy. Dociskamy, obracamy o 90 stopni i delikatnie wałkujemy na prostokąt (nie podsypujemy zbyt mocno mąką – ciasto jest plastyczne).
Składamy tak jak wcześniej na trzy części i wkładamy na kolejną godzinę do lodówki. Proces wałkowania i składania powtarzamy 3 razy za każdym razem obracając ciasto i chłodząc je między wałkowaniami przez godzinę. Po ostatnim rozwałkowaniu i złożeniu ciasto dobrze zawijamy w folię i wkładamy do lodówki na na całą noc.
Wyjmujemy z lodówki na 20 minut przed robieniem rogali.

MASA:
Mak, figi i orzechy należy sparzyć wrzątkiem (każde w osobnym naczyniu). Zostawiamy na 30 minut, odcedzamy i dobrze odsączamy na drobnym sicie. Mak, orzechy, figi, daktyle i migdały dwukrotnie przepuszczamy przez maszynkę z drobnym sitem. Masę marcepanową należy rozetrzeć mikserem z cukrem pudrem i 3 łyżkami śmietany. Do utartej masy dodajemy partiami zmielony mak z bakaliami i cały czas miksujemy na średnich obrotach. Dodajemy okruszki biszkoptowe, posiekaną skórkę pomarańczową i dobrze mieszamy. Białka ubijamy na sztywną pianę, dodajemy do masy makowej i delikatnie mieszamy.
Masa musi być zwarta, ale nie twarda.
Ciasto należy rozwałkować na prostokąt o wymiarach 60 x 40 cm i wyciąć z niego ok. 12 dużych równoramiennych trójkątów. Masę rozsmarowujemy zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta. Brzeg trójkąta założyć na masę makową, na środku zrobić nacięcie i delikatnie odgiąć na boki a następnie zwinąć rogaliki zawijając rogi pod spód. Jest to widoczne na tym filmiku: https://www.youtube.com/watch?v=SpENdiBUcvM

Masa makowa ma prawo, a nawet powinna lekko wychodzić i być widoczna.

Gotowe rogale układamy na blasze zostawiając między nimi spore odstępy, przykrywamy bawełnianym ręcznikiem kuchennym i pozostawiamy do wyrośnięcia na 90 minut.

Piekarnik nagrzewamy do 180º C. Wyrośnięte rogale smarujemy jajkiem roztrzepanym z mlekiem, wstawiamy do gorącego piekarnika i pieczemy około 20 minut, aż się ładnie zarumienią. Wyjmujemy na kratkę i jeszcze lekko ciepłe lukrować (cukier puder ucieramy z 1 łyżeczką soku z cytryny i niewielką ilością gorącej wody), posypujemy posiekanymi orzechami lub migdałami.

A następnie… pozostaje delektować się smakiem!

Przepis zaczerpnięty ze strony: http://www.slodkiefantazje.pl/przepisy/3265/pyszne-rogale-marcinskie#sthash.MQK4fRsC.dpuf

 

Jeśli macie jakiegoś Marcina w rodzinie i organizujecie imieninową kawę – polecam przygotowanie rogali. Ale jeśli nie, to i tak warto się pokusić o ich wykonanie. Na pewno będą hitem Bożonarodzeniowego przyjęcia i zachwycą gości. Albo… z małą czarną mogą być iście królewskim, jesiennym, pełnym słodyczy śniadaniem dla ukochanego…

Wszystkiego najlepszego, M. :*

Placek gruszkowy dla Michałka :)

Wiele osób pyta mnie jak sobie radzę, jak czuje się Mateuszek, jak Michałek reaguje na brata, jak ja się czuję, jak minął poród, jakie mam wrażenia z ponownego macierzyństwa. Kolejnym postem postaram się zaspokoić Waszą ciekawość w tym temacie. Póki co żyję dość spokojnie, aczkolwiek towarzysko od odwiedzin, do odwiedzin, od kawy do kawy, od ciastka do ciastka – wiele osób do nas przyjeżdża, więc ostatnimi czasy delektuję się rozmowami, plotkami, miło spędzonym czasem :) Naprawdę lubię przyjmować gości, zajmować się domem, pichcić coś dobrego. Dziś na szybko chciałam się podzielić z Wami przepisem na ciasto gruszkowe, które zaserwowałam ostatnim gościom Matiego w weekend. Cóż, po jabłkach przyszedł czas na kolejne jesienne owoce – gruszki! Na blogu Sowiarni (http://blog.sowiarnia.pl/) znalazłam przepis na super łatwe, bardzo smaczne ciasto gruszkowe, oryginalnie pochodzące ze strony, od której jestem uzależniona, czyli z Moich Wypieków Doroty.

Ciasto składa się prawie z samych gruszek, jest bardzo delikatne w smaku (mój mąż stwierdził nawet, że trochę mdłe), wilgotne, rozpływające się w ustach. Jak dla mnie idealne do kawy, a i Michał bardzo się nim zauroczył. Uważam, że dla maluchów jest naprawdę dobre i myślę, że jeszcze nie raz upiekę je do wspólnej sobotniej kawki/herbatki  :)

Składniki – na formę o średnicy 25 cm

  • 1 kg gruszek
  • 1 szklanka mąki
  • pół szklanki cukru
  • sok z 1 cytryny
  • 4 jajka
  • 120 g masła
  • 2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
  • łyżeczka cynamonu
  • cukier puder (choć ja nie użyłam)

 

1. Rozpuścić masło w rondlu na małym ogniu, mieszać, by się nie przypaliło. Powolutku dodać cukier i cały czas mieszać do rozpuszczenia. Pozostawić do przestygnięcia.

2. Obrać gruszki ze skórki, usunąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę i umieścić w misce. Polać wyciśniętym sokiem z cytryny. Odstawić na kilka minut.

3. Jajka roztrzepać mikserem, dodać przestudzone masło z cukrem. Miksować. Następnie dodać mąkę, cynamon i proszek do pieczenia. Miksować do połączenia się składników.

4. Do ciasta dodać gruszki wraz z sokiem z cytryny. Wymieszać łyżką.

5. Rozgrzać piekarnik do 175 stopni.

6. Wyłożyć tortownicę papierem do pieczenia, wylać ciasto do formy, wygładzić wierzch.

7. Piec przez 45 min, sprawdzić patyczkiem czy ciasto jest gotowe. Przed podaniem można posypać cukrem pudrem. Smacznego!

 W mojej kuchni jest jeszcze dynia, a jutro spodziewam się kolejnych gości, zatem jeszcze będzie jeszcze coś o małym co nieco :)

A póki co pędzę usypiać moje małe szczęście, a potem rysować z moim drugim większym szczęściem :)

Miłego dnia!