Pyszna owsianka z gruszką w iście świątecznym klimacie!

Listopad wprowadził w naszym domu iście przedświąteczną atmosferę. Pojawiły się przeróżne światełka, świece, świeczniczki, które przyjemnie rozświetlają kąty na naszym poddaszu. Zapach mandarynek, pomarańczy, herbatki korzennej i czekoladowych cukierków przywodzi na myśl świętego Mikołaja, a Maluchy coraz częściej pytają o prezenty i Gwiazdkę. Poranki są naprawdę rześkie, a wieczory spędzamy pod ciepłymi kocykami w grubych skarpetkach. Oczywiście nie obywa się bez choróbsk, ale to chyba taka tradycja, że zimą chorujemy, popijamy herbatę z miodem i cytryną i wylegujemy się w łóżeczkach. A jak nie chorujemy, to w zimne poranki wstajemy wcześnie, wskakujemy w ciepłe sweterki i rozpoczynamy dzień czymś pysznym i ciepłym. Owsianka na takie poranki jest idealna. Wypełnia brzuszki i dodaje energii na cały poranek, który spędzamy w pracy, w przedszkolu, czy w żłobku. Dziś zapraszam Was do porannego zimowego stołu, gdzie serwuję gruszkową owsiankę w prawdziwie już świątecznym anturażu. Skusicie się?

Składniki:

płatki owsiane błyskawiczne (ok. 3 kopiastych łyżek)
olej kokosowy
wrzątek
gruszka
kilka orzechów włoskich
suszone morele
cynamon
imbir
miód (lejący się)

 Prosta, bez gotowania, pożywna i naprawdę pyszna. Do tego bardzo delikatna, bo wyjątkowo nie dodałam do niej przypraw. Jak ją zrobić? Płatki owsiane błyskawiczne zalewamy wrzątkiem, dodajemy łyżkę oleju kokosowego i czekamy, aż płatki wchłoną wodę i olej. Dodajemy pokrojoną w kostkę gruszkę, suszone morele i orzechy włoskie. Całość możemy polać odrobiną miodu. Miód nie jest konieczny, gdyż gruszka nadaje wystarczającą słodycz owsiance, ale ze względu na swoje lecznicze właściwości włączyłam miód na stałe do swojej zimowej diety. Ponadto uwielbiam połączenie miodu i orzechów. Możemy do owsianki dodać cynamon, który ładnie skomponuje się z gruszką i imbir, który nada jej nutę pikanterii. Ja z przypraw akurat dziś zrezygnowałam, choć zazwyczaj je dodaję.

 Zobaczcie – niby nic takiego, a jak ładnie i smacznie! Wystarczy kilka gwiazdek, ładny obrus, kilka choinkowych gałązek i szyszeczek i mamy piękne nakrycie – pyszne, prawie że świąteczne śniadanie!

A Wy? Robicie rano szybkie owsianki?

Ściskam zimowo.

K.

Jak zrobić dzieciom ekspresowe przyjęcie urodzinowe?

Dni mijają mi zdecydowanie za szybko – mam wrażenie, że pędzą. Minuty umykają mi w mgnieniu oka, mnożą się rzeczy do zrobienia, dzieci rosną jak na drożdżach. Dopiero co szykowałam się na wakacje, a już zdążyłam z nich wrócić. A i dzień powrotu był wyjątkowy, bo był to dzień urodzin mojego młodszego Synka. Mati skończył 2 latka. Nie wiem kiedy, nie wiem jak, nie wiem gdzie mi ten czas umknął, ale jakoś tak się stało, że ani się nie obejrzałam i jest ze mnie matka dwulatka.

Jak urodziny to i przyjęcie urodzinowe musiało być, ale bez gości, bez wielkich przygotowań – wszak wróciliśmy z wakacji rano – z walizkami, zmęczeni, ze stertą rzeczy do prania: nie było kiedy i nie było jak zapraszać gości. Więc urodzinki były tylko dla naszej czwórki. Przygotowaliśmy je razem z moim 4,5-letnim Michałkiem gdy tata i Mateusz mieli drzemkę. Tak więc czasu było niewiele, ale się udało. Sami popatrzcie :)

Podpowiem Wam jak zrobić takie przyjęcie, bo nic tu skomplikowanego nie ma, a dla oczu cudny widok i urodzinki jak z bajki. Poza tym dzisiejsza propozycja nakrycia urodzinowego jest skierowana głównie do dzieci – ładnie się prezentuje taki udekorowany stoliczek dla Maluchów.

A więc:

1. ZASTAWA: Szybko wyciągnęłam z szafki papierowe talerzyki i papierowe kubeczki. Zestaw w groszki pochodzi z Pepco i kupiłam go już jakiś czas temu. Kosztował grosze, a jakości nie ustępuje innym papierowym talerzykom ze sklepów internetowych. Do tego kolorowe papierowe słomki w paseczki. Moje pochodzą z Empiku (stara kolekcja), ale można takie dostać też na Allegro.

2. SERWETKI I SZTUĆCE  – kolorowe serwetki (wzór w miętowy chevron) kupiłam w Kiku na początku lata, a plastikowe łyżeczki na początku wiosny (również Kik). Przy dzieciach warto mieć w domu zawsze kolorowe serwetki czy kolorowe elementy zastawy. Można je wykorzystać do dziecięcych nakryć. Do pokrojenia „torta” wykorzystałam dwa plastikowe nożyki, które akurat miałam w szufladzie.

3. TORT -heheh tu się nie popisałam :) Nie miałam ani minuty czasu na pieczenie – kupiłam w Carrefour babkę kakaową, białą polewę i kolorową posypkę. Przy okazji udało mi się przygnieść w torbie ciasto innymi rzeczami, stąd też jego bardzo nieforemny, płaski wygląd :) Polewę nałożył Michał, on też posypał „torta” kolorowymi kuleczkami. Ja z kolorowego papieru wycięłam malutką girlandę i za pomocą dwóch wykałaczek umieściłam ją na babce. Na zdjęciach nie ma świeczek, ale pojawiły się później. Bo jak to tort bez świeczek :)

W sklepie kupiłam też herbatę Nestea w wielkiej butli i przelałam ją do mniejszej retro butelki z kapslem. Kupiłam ją za kilka złotych w Kik. Jest plastikowa i naprawdę ładnie się prezentuje, a kapsel jest tak naprawdę nakrętką.

Oprócz „torta” na stole zanalazły się białe pianki marshmallow. Rozłożyłam je w papilotkach do babeczek (Pepco) – niebieskich i turkusowych. Ustawiłam je na metalowej nietłukącej się miętowej paterze (Netto). Podobny pomysł papilotek z cukierkami na paterze znalazłam TU.

Kolejną ozdobą jest lampeczka w kształcie loda od Cottonove Love. To właściwie lampka Michałka, ale pożyczyłam ją do dekoracji stołu Mateuszka na chwilkę. Uwielbiam ją, jest jedną z moich ulubionych ozdób w pokoju Maluchów. Jeśli szukacie takich cukiereczków – podobne znajdziecie TU

Obok lodowej lampeczki na stole postawiłam podstawę świecznika w kolorze miętowym. Świecznik jest dość lekki, zrobiony z metalu, nie ma więc szans, by się potłukł – może więc stać w zasięgu małych rączek. Na samej górze zamiast świecy, umieściłam zwiniętą gałązkę kwiatków, w której ustawiłam karteczkę z cyfrą 2. Karteczkę wycięłam z papieru kolorowego – chciałam na niej napisać życzenia, ale Michałek wymyślił, że będzie tam 2, więc jest 2. Kwiaty, jak zapewne zauważyliście, są sztuczne, bo nie miałam akurat w domu żywych i nie miałam czasu biec po jakieś do sklepu, a te akurat miałam w szufladzie pod ręką.

Kolejną ozdobą, którą uwielbiam przeokrutnie są pompony od Pomponove. Są prześlicznie wykonane i są niezastąpionymi dekoracjami – nie tylko pokoju dziecięcego, ale też przestrzeni, w której akurat świętujemy. Na urodziny jak znalazł. Ukradłam je z pokoju chłopaków i szybko przywiązałam do stoliczka, na którym położyłam prezenty i balony. Prezenty miałam zapakowane wcześniej, więc tylko je ułożyłam na stoliczku. Balony nadmuchaliśmy z Michałem w liczbie czterech. Po jednym dla każdego :)

Przy okrągłym stoliczku znalazła też miejsce piękna pufa od RomAnntica – pracownia rękodzieła. Uwielbiam ją i często kradnę ją do salonu :)

 Tak oto uwinęłam się w drzemkę Jubilata. Udało mi się rozłożyć wszystko, przygotować coś miłego i cyknąć kilka fotek. Gdy odłożyłam już aparat, pobiegłam po świeczki, zapaliliśmy, zaśpiewaliśmy sto lat i przystąpiliśmy do konsumpcji we czworo.

Wkrótce powtórka z urodzin dla szerszego grona. Wtedy już nie zgniotę ciasta i poświęcę na to więcej czasu niż półtorej godziny :) To już wkrótce :)

Letnie popołudnie i sernik z białą czekoladą i truskawkami!

Uwielbiam sobotnie popołudnia.  Takie, kiedy roztacza się przede mną wizja kawy, ciasta, plotek, śmiechów, chichów i mile spędzonego czasu. Uwielbiam, gdy wpadają do nas sąsiedzi, pękamy ze śmiechu, wspominamy, co było, gadamy o tym, co będzie. To zawsze okazja do odprężenia się i okazja do tego, by zasiąść do pięknego stołu. Lubię dopieszczać każdy szczegół, byśmy wspólnie cieszyli się pięknymi chwilami.  Pytaliście mnie na moim facebookowym profilu o przepis na to ciasto, więc dzielę się z Wami i namiarem na ciacho i kilkoma kadrami z pięknego letniego popołudnia.

Sernik jest bardzo łatwy w wykonaniu – bez jajek, bez pieczenia. To sernik na zimno – bardzo serowy, słodki z dodatkiem białej czekolady. Nie będę powielać przepisu – znajdziecie go TUTAJ. Mój różnił się tylko tym, że użyłam śmietanki 30%, a nie 36%, nie zrezygnowałam z żelatyny, truskawki pocięłam na połówki i ułożyłam je na powierzchni sernika niczym płatki rozwijającego się kwiatu.

Do tego piękne róże w odcieniu żywego koralu, czereśnie, truskawki i przekąski.  No i każde nakrycie ozdobione papierową serwetką przewiązaną sznureczkiem z bielutką margerytką.

Takie proste, a jednocześnie urokliwe nakrycie. Kolejny raz przekonuję się, że ładnie nie oznacza drogo i z przepychem :)

Truskawki wylądowały też w dzbanku z wodą. Wyglądały ciekawie i nadały wodzie wakacyjnego posmaku.

A Wy? Jak spędzacie letnie popołudnia?

Prezenty na Dzień Dziecka!

Dzień Dziecka to jest naprawdę coś wielkiego. Dzień takiego kalibru jak Mikołajki albo urodziny. W Dzień Dziecka musi być tak, jak zechcą Maluchy. Musi być pysznie i kolorowo i miło. Przykazuję sobie w ten dzień, że choćby nie wiem co, to się nie zdenerwuję, nie nakrzyczę, nie skarcę, nie będę się dąsać, ani chandryczyć. Ten Dzień jest Ich i ma być piękny. Super zabawowy, prezentowy i cudaśny. Śniadanie jest słodkie, na obiad jest pizza, deser jest pyszny i oprócz tego jakaś atrakcja – piknik, wspólne wyjście, zoo, park, plac zabaw, a w domu prezenty i czas tylko dla Nich. Prezenty… kto ich nie lubi? Michał uwielbia, Mati jeszcze średnio rozumie, ale jak Michał coś dostaje, to i on wyciąga rączki. Tak więc prezenty muszą być i już. Tylko jakie?

Różni są rodzice, różne sytuacje i różne kieszenie, a dzieciaki nie różnią się za bardzo – każde marzy o prezencie. I czy w środku będzie Kinder bueno, jajo niespodzianka i książeczka za 6 złotych czy klocki za milion monet, to radość będzie większa niż gdyby nie było nic. Deser i wspólnie spędzony czas to jedno, a prezent to drugie. Samo poczucie, że się otrzymało prezent jest cudowne, czasem wspanialsze niż sam prezent, a pięknie zapakowany, podarowany z całusami i przytulasami jest niezastąpiony. Przewertowałam kilka sklepów, i postanowiłam pokazać Wam w tym roku moje pomysły na gifty. Starałam się nie przesadzać z cenami, choć tanie prezenty w necie ciężko znaleźć. Łatwiej będzie pójść do Pepco i kupić coś tam (czego absolutnie nie odradzam, bo sama kupuję tam różne rzeczy regularnie!), ale chciałam dziś zajrzeć jeszcze w kilka innych miejsc. Może trochę za późno Wam tu piszę o tych prezentach, ale niektóre z tych rzeczy możecie kupić w sklepach stacjonarnych, a niektóre świetnie nadają się na inne okazje niż tylko 1. czerwca.

Po pierwsze, książki. Uwielbiam je ja, uwielbia Michał. Poniżej pozycje, które mamy w domu, lub mieć byśmy chcieli. Na szczególną uwagę zasługuje Tajemnica pożarów, która jest bardzo sympatycznym kryminałem dla Maluchów. No i oczywiście przygody królika Piotrusia autorstwa Beatrix Potter z uroczymi ilustracjami. To tegoroczny Michałkowy prezent. Do wieczornego czytania jak znalazł.

1 i 2. Książeczki Beatrix Potter o króliku Piotrusiu; 5. Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham; 3. Tajemnica pożarów (świetny dziecięcy kryminał); 4. Smacznego, kolego! – dla Maluchów o zdrowym odżywianiu; 6. Malina cud-dziewczyna Katarzyny Pakosińskiej; 7. Mapy

Młodsza latorośl, choć czytać nie potrafi, ujawniła już swoje tendencje czytelnicze. Uwielbia książeczki okraszone rymami częstochowskimi, z rysunkami / zdjęciami bobasów. Wszystkie te kryteria spełnia seria Disneyowskich Ciekawostek.

Ciekawostki Bobas

Oprócz książek, lubię dawać Maluchom coś, co odmieni trochę ich przestrzeń, będzie nie tylko zabawką, ale też czymś miłym dla oka. Filiżanki z misiami regularnie pięknie nam służą, walizeczki są moim marzeniem, i myślę, że Michaś także byłby z nich bardzo zadowolony, ale w tym roku jednak nie udało mi się ich zakupić. Przygotowuję dla chłopców coś sama, pokażę Wam wkrótce, gdy tylko skończę, a Wy, jeśli nie macie zdolności manualnych, możecie zajrzeć poniżej.

1. Walizeczki – Moja Mała Francja
2. Filiżanka Baloo – à Tab
3. Łapacz snów – Zuzu Design
4. Pudełko na kredki – Zuzu Design
5. Pompony tiulowe – Pomponove

 Ciąg dalszy dekoracji – poniżej piękne lampki i światełka. Michaś uwielbia dostawać coś „do pokoju”, coś, co będzie tylko jego. Lampki Egmont są kolejnym moim marzeniem i choć mamy prześliczną lampkę-białą sowę, dużo bym dała za tego króliczka, albo magicznego grzyba. Bez cottonków nie wyobrażam sobie naszych wnętrz, a lód-lampeczka jest tak, słodki, że zawsze się uśmiecham na jego widok. Fajne gadżety, oj fajne :)

 1. Lampka królik Egmont toys –  Moja Mała Francja
2. Lampka grzybek Egmont toys – Moja Mała Francja
3. Lampka lód – Cottonove love
4. Cotton balls – Cottonove love
Zabawki! Uwielbiam takie, które rozwijają, stymulują, zmuszają do myślenia, zaciekawiają i wzbogacają wyobraźnię. Puzzle, układanki, instrumenty muzyczne, to jest to, co chętnie widzę naszym dziecięcym pokoju. Do tego w pięknych walizeczkach, oryginalnych kolorach..

1. Gra magnetyczna – Moja Mała Francja
2. Harmonijka Confetti – Bubulinka
3. Puzzle – Moja Mała Francja
4. Cymbałki – Bubulinka
5. Instrumenty – Bubulinka
6. Puzzle obserwacyjne - Bubulinka

 A tak poza tym, to hitem były i hitem będą chyba jeszcze długo klocki duplo i „małe duplo” czyli lego city. Choć ja uważam, że na małe duplo jeszcze trochę za wcześnie, tym bardziej, że obok jest mniejsze dziecko, które małe duplo traktuje jak coś do żucia i pociumkania, bo małe plastikowe elementy świetnie znikają w otworze paszczowym. Co do zestawów duplo – sama się nimi chętnie bawię, sama lubię układać i często to z chłopakami robię, więc na specjalne okazje kupuję też chętnie. Przed Dniem Dziecka najlepiej zakupić te klocki w marketach, gdzie ceny są najbardziej przystępne. Przykład – w empiku za zestaw arktyczny zapłacimy 139 zł, a w Carrefour 89 zł. Spora różnica.

 A Wy? Co przygotowaliście na Dzień Dziecka? Co planujecie?

Kasia.

Matka – studium przypadku.

Choć ciężko w to uwierzyć, był czas gdy nie byłam matką ;) Pieniądze przeznaczałam głównie na zakupy nowych butów, bluzek i kosmetyków, czasem kupowałam sobie brytyjskie romanse albo filiżanki z Chodzieży, za którą namiętnie szalałam. Oj, piękne to były czasy… Studiowałam dziennie, pracowałam na pełnym etacie w liceum i jeszcze dorabiałam w szkołach językowych. Dziś coraz trudniej mi się tak rozciągnąć, ale wtedy doba była jakby ciut dłuższa, zmarszczek jakby mniej, i głowa jakby tak trochę wyżej w chmurach.  Jedna z uczennic zdradziła mi kiedyś w tajemnicy, że wśród niektórych uczniów miałam ksywę Kate Winslet z Titanica. Miałam kręcone rude włosy i uwielbiałam retro ciuchy – w mojej szafie królowała taka carska Rosja w wydaniu nowoczesnym. Zimą nosiłam toczek z prawdziwego futra, marynarki z rzędami złotych guzików i koronkowe bluzki. Nie mnie to oceniać, ale belfrem byłam podobno surowym ;) Cóż, byłam młoda, a ci młodzi są zawsze najgorsi ;) Ponieważ byłam młodym nauczycielem, nie miałam własnej sali i każde zajęcia odbywały się w innym pomieszczeniu. Gdy kończyłam jedne zajęcia, pędziłam na portiernię, zdawałam klucz, pobierałam kolejny i już mijało 5 minut  i nadchodził czas kolejnych zajęć. Któregoś razu poszłam po klucz, a klucza nie było. „Ta Pani jeszcze nie oddała”, tłumaczyła mi portierka. No to ja w zeszyt i szukam jaka to Pani zapomniała, że w ręku ma klucz. Nabzdyczyłam się na tej portierni, naklęłam pod nosem. Nawet tej babki nie kojarzyłam za bardzo, ale sobie pomyślałam, że jak ją spotkam, to jej chyba wygarnę – już po dzwonku, a klucza jak nie było tak nie było. Czekałam dalej kląc troszkę mocniej, bo i przy tej portierni przez te moje koronkowe rękawy coraz zimniej mi się robiło. I w końcu ją zobaczyłam. „Pani mi nie zdała klucza na czas, nie mam jak rozpocząć zajęć” Zaperzyłam się, nabrałam powietrza, żeby jeszcze trochę się na nią podenerwować, a ona z przemiłym uśmiechem powiedziała jak bardzo jej przykro, że bardzo przeprasza, i że oczywiście będzie pamiętała na przyszłość. Fajnie była ubrana, miała okulary w kolorowych oprawkach, marynarkę w stylu tej mojej ulubionej carskiej Rosji i śliczne baletki. Potem widziałyśmy się jeszcze kilka razy – a to na zebraniu, a to przed szkołą, gdy wracałyśmy do domu po lekcjach. Fajna dziewczyna to była – oczytana, mądra, elokwentna i bardzo miła, jak dla mnie jedna z tych, „co to znają Józefa”. Parę razy poszłyśmy na kawę poplotkować o tym i owym i okazało się, że to nie do końca szczęśliwa dziewczyna była, ale starała się, mimo przeciwności losu, jakoś życie sobie poukładać, aż pojawił się książę z bajki. Pokochał, na rękach nosił, żenić się chciał i zaraz dzieciątko się pojawiło. Praca w liceum minęła, a my dalej się kolegowałyśmy w różnym natężeniu, ale kolegowałyśmy. Książę z bajki szybko zaczął pokazywać rogi, ale mimo to, pojawiło się jeszcze jedno Maleństwo i wtedy Książę z bajki wypisał się z tej bajki. A ona została sama ze złamanym sercem, z Maluchami, kredytem, opłatami, i z całym życiem, które na co dzień potrafi obdarzać niekoniecznie tą najpiękniejszą częścią palety barw. Ciężko mi się z nią spotkać, bo zawsze coś – a to coś u mnie, a to coś u niej. Bo ona pracuje na jednym, drugim, trzecim etacie. Bo właśnie obmyśla jak tu kupić wymarzony zestaw Lego na Mikołaja, a trzeba jeszcze ubrania na zimę kupić. Bo wiąże koniec z końcem jak najlepiej potrafi, ale wciąż jej się usuwa grunt spod stóp. Bo jak coś się odbuduje, to zaraz coś innego rypnie. Sama pracuje, pędzi do domu, kąpie, karmi, usypia, rozwiązuje problemy, siedzi z lekcjami. Kiedyś spytałam ją czy nie ma dość tego domu, dzieci, czy jej nie denerwują, czy jej nie frustrują. W odpowiedzi usłyszałam „No co Ty, one nie są niczemu winne, one dają mi siłę. Jak trudny by nie był mój dzień, jaka bym nie była padnięta, jeden ich uśmiech rozwala mnie na łopatki. Dla nich jestem”. Zawsze sobie myślę, że taka matka to skarb.

 Ba! oczywiście każda matka to skarb, dobra wróżka, która pocałuje i przestanie boleć, przytuli i zatrzyma płacz, upiecze najpyszniejsze ciasto i tylko jej przytulas ucieszy najmocniej. Ale nie każdej matce jest tak samo łatwo.

Macierzyństwo jest inne dla każdej z nas. Każde wspaniałe, chociaż różne. Każda z nas jest wspaniała, w to nigdy nie wątpię, ale też i różna. Jednak zawsze ogromny szacunek mam i będę miała do samotnych matek. Do tych właśnie, co budują rodzinę mimo wszystko. Do tych, które dorabiają gdzie się da, by móc godnie żyć. Do tych, co dla dzieci wszystko poświęcą. Do tych, co same kąpią, karmią, tulą, usypiają. Do tych, co same wychowują córce lub synowi zastępując ojca. Do tych, których książę z bajki okazał się ropuchą wstrętną i zmienił bajkę. Do tych, które swoje pragnienia, potrzeby i kobiecość włożyły do kieszeni, bo macierzyństwo i wyzwania codziennego życia pochłonęły je do reszty. Odwalacie kawał dobrej roboty, o czym się nie mówi, Was się nie chwali, a powinno. Chylę przed Wami czoło i z okazji Dnia Matki życzę wszystkim Mamom, i Wam przede wszystkim, abyście nie zapominały jakimi cudnymi Aniołami  jesteście – jak piękne, wspaniałe i mądre jesteście. Jak bardzo potrzebne i jakie wyjątkowe :*

Pięknego Dnia Matki!

Pastelowy piankowy deser na Dzień Dziecka i nie tylko :)

Ostatnio mieliśmy taki mały Dzień Dziecka. Rano Michaś został przyjęty na oddział w klinice, a po południu już byliśmy w domu, a w domu czekało piękne popołudnie, nagroda za trudy poranka. Jeszcze dzień wcześniej do 2 w nocy stałam w kuchni, bzyczałam mikserem, na balkon wynosiłam galaretki, żeby szybko wystygły, pakowałam prezent. Rano ostatnia wychodziłam, tak, by po powrocie prezent w magiczny sposób czekał na stole ;)

Jakiś czas temu natknęłam się na świetnych  blogach na przepis na uroczy pastelowy dziecięcy deser. Różnie go zwą – tęczowa zebra, piankowa zebra, tęczowa pianka. Deser w przygotowaniu dość łatwy, efekt wizualny gwarantowany ;) Pastele rządzą, bez dwóch zdań :)

Ja skorzystałam z przepisu na trójkolorową piankę stąd, ale niemalże identyczny przepis z cudownymi zdjęciami znalazłam również tutaj.

Zrobienie tego deseru nie jest skomplikowane – wystarczy Wam mleko skondensowane niesłodzone i trzy galaretki w różnych kolorach. Schłodzone mleko ubijamy na pianę (która nie jest tak sztywna jak np. bita śmietana), dzielimy ją na trzy części. Do każdej dodajemy schłodzoną, ale płynną galaretkę, i ponownie ubijamy. Trzy piany w różnych kolorach wykładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia: po trzy lub cztery łyżki na przemian różnymi kolorami.

Ja wykorzystałam mleko skondensowane niesłodzone w kartoniku (500 ml) i trzy galaretki: cytrynową, malinową i jedną o smaku Frugo (jagodowo-jeżynowa). Galaretka Frugo dała mi kolor niebieski (kupiłam ją w Carrefour, jest to galaretka GELLWE). Piany wystarczyło mi na zrobienie piankowego torta w tortownicy o średnicy 24 cm oraz drugiego mniejszego o średnicy 17 cm.

Do tego pastelowe łyżeczki, serwetki w groszki, miętowe i różowe talerze, lody czekoladowe obsypane startą białą czekoladą (tą samą, co tort), i voilà! Piękne dziecięce świętowanie! Cieszą się oczy i cieszy serce.

Na stole rozłożyłam też małe pomponiki od Pomponove. Są cudowną dekoracją nie tylko pokoju, ale też stołu. Nadają wyjątkowego uroku przestrzeni Malucha. I są też nagrodą w konkursie na Faceboooku! Zapraszam serdecznie :)

Zbliża się Dzień Dziecka. Warto zrobić Maluszkom piękny, kolorowy i radosny dzień prawdziwego Ucztowania. Ktoś się skusi?

Buziaki przesyłam,

Kasia.

Konkurs!!!!!! Wygraj prezent na Dzień Dziecka!!!!!

Kochani, obiecałam Wam, że na bloga wrócę pełną parą i wracam! :) Tym razem mam dla Was coś absolutnie wyjątkowego! Konkurs! Tak! Od dziś na Facebooku czeka na Was wspaniały WIOSENNY KONKURS!!!!!! Możecie w nim wygrać świetne gadżety dla swoich Maluchów, idealne na zbliżający się DZIEŃ DZIECKA :) :) :)  Czy to nie wspaniale?!! Zobaczcie koniecznie jakie mamy dla Was super nagrody – ja i kilku naszych cudownych sponsorów :) :) :)

W konkursie możecie wygrać:

Dekory ścienne GWIAZDKI – zestaw 14 sztuk w wybranym przez siebie kolorze od Zuzu Design

Zestaw lampek COTTON BALLS składający się z 10 kul w wybranych przez siebie kolorach od Cottonove Love

Zestaw trzech POMPONÓW TIULOWYCH w dowolnych, wybranych przez siebie kolorach od Pomponove

Zestaw NACZYŃ Z MELAMINY „Mały Książę” (miseczka i łyżeczka) marki Petit Jour Paris od Moja Mała Francja

Uszytą ręcznie PODUCHĘ-GWIAZDĘ w wybranym przez siebie kolorze od  Mamawszpilkach.pl

Regulamin konkursu:

  1. Czas trwania konkursu od 12 maja 2016 do 26 maja 2016.
  2. Ogłoszenie zwycięzców nastąpi w ciągu dwóch dni roboczych od daty zakończenia konkursu.
  3. W konkursie przez fundatorów nagród zostanie wyłonionych pięciu zwycięzców.
  4. Zadaniem konkursowym jest udostępnienie plakatu konkursowego na swoim blogu lub na tablicy FB (pierwsze zdjęcie) oraz pozostawienie pod nim komentarza, w którym uczestnik potwierdzi chęć udziału w konkursie i krótko napisze, którą z oferowanych nagród chciałby mieć i dlaczego. Osoby udostępniające plakat konkursowy na swoim blogu proszone są o pozostawienie komentarza pod tym postem.
  5. Będzie nam bardzo miło, jeśli polubisz  fanpage Mamawszpilkach.pl na Facebooku oraz pozostałych fundatorów nagród: Zuzu DesignCottonove LovePomponoveMoja Mała Francja
  6. Po ogłoszeniu wyników zwycięzcy mają cztery dni na mailowe skontaktowanie się w sprawie ustalenia odbioru nagród oraz podania decyzji co do kolorów/wzorów wygranych przedmiotów (dotyczy poduchy, dekorów ściennych, pomponów, kul cotton balls). Kontakt mailowy: mamawszpilkach@wp.pl
  7. Nagrody wysyłane są tylko na terenie Polski.
  8. Fundatorami nagród są:
To, co? Bawimy się?? Zapraszam serdecznie!!!

Twinkle, twinkle, Little Star… Gwiezdny dywan u Maluchów!

Już nie raz pisałam Wam, że życie na poddaszu ma swoje uroki, ale czasem sobie myślę, że na psa urok mi aż tak skośny sufit. Wysokość ścian kolankowych w pokoju Maluchów to ok 30 cm, powierzchni liczonej według normy to ok 3 m2. Urządzaliście kiedyś pokój o wielkości 3 m2? I to dla dwójki dzieci? Oczywiście, po podłodze tej powierzchni jest więcej, ale zarówno ja i moje małe Krasnoludki (4 latka i 1,5 roku) mierzymy znacznie więcej niż owe 30 cm. A trzeba by zmieścić łóżeczka komody, szafę, tipi, miejsce do zabawy, biblioteczkę, pojemniki na zabawki, tablicę… Takie maluchy mają dużo potrzeb i, jak większość rodziców wie, potrafią zawładnąć całą przestrzenią, w jakiej przyszło im żyć. Dlatego ja wciąż kombinuję, myślę, zmieniam, przestawiam, staram się uzyskać jak najwięcej miejsca na zabawę, ale też przytulne aneksy sypialniane. Gdy kiedyś pokazywałam Wam pokój mojego Michałka, wszyscy pytali „gdzie zabawki? gdzie klocki? gdzie samochodziki?” To wszystko właśnie upchnęłam pod skosem. Tam Maluchy mają swoje królestwo, swój plac zabaw. Tam budują jakieś przystanie, parkingi, szpitale, i udoskonalają się w swojej developerce.  Tam przesiadują najwięcej. Na podłodze, tuż obok Michałkowego spania, jego magicznego kącika, w którym może się schować, gdy chce odpocząć, gdy się obrazi, albo gdy bawimy się „znajdź mnie pod kołdrą!”  Ale jak się przesiaduje na podłodze, to jednak trzeba pomyśleć o zabezpieczeniu tyłków i nerek przed atakiem ziąbu, który ciągnie po podłodze, szczególnie jesienią i zimą. Długo się zastanawiałam co by się na tej podłodze sprawdziło. Chciałam, by było tam coś fajnego, co posłuży na dłużej, niż tylko na  okres kilku pierwszych lat życia. Nie bardzo kolorowego, by nie podbijało jeszcze bardziej pstrokacizny wszędobylskich zabawek. Trzy lata temu zakupiłam w Leroy Merlin dywan, który dzielnie mi służył, który lubiłam, ale wciąż miałam wrażenie, że jest mocno antydziecięcy. Widziałam go oczami wyobraźni w salonie, albo w pokoju jakiejś małej księżniczki, ale u moich chłopców jakoś tak mi się rozmywał w oczach. Myślałam też o dywanie sznurkowym, dość modnym ostatnio, ale  bałam się, że będzie się ślizgał po podłodze, jego powierzchnia jest dość nierówna, nie będzie się nadawał do budowania czegośtam z klocków duplo, i znów miałam wrażenie, że to dywan w typie dziewczyńskim. A ja potrzebowałam czegoś bardziej chłopięcego. I w końcu zdecydowałam się na dywan Kolibri Converse szary.

To jasna szarość z dodatkiem bieli. Biel mi zupełnie nie przeszkadza – poprzedni dywan też był częściowo biały. Czy się pobrudzi? Zapewne tak, wtedy go wypiorę. Ale mam nadzieję, że to nie nastąpi wkrótce. Dzieciaki nie jedzą na dywanie, nie uczymy ich chodzić z jedzeniem po całym domu, więc mam nadzieję, że nie uświnią gwiezdnego dywanu. Póki co, lubią na nim przesiadywać, jest miękki, dość puszysty, stał się idealnym miejscem bibliotecznym i bawialnianym.

Motyw gwiazd koresponduje z poduchami, które uszyłam dzieciom, skrzyneczkami na zabawki, i z innymi ozdobami w pokoju.

Pokażę Wam też fotkę dla porównania z poprzednim dywanem, który po praniu znalazł się w saloniku mojej Mamy :)

No i na koniec znów Gwiazdeczka :)  Szczerze polecam :) Dywan śliczny,  kontakt ze sklepem Stylowe dywany bez zarzutu, przesyłka dotarła szybciutko :)  A Wy? Jakie macie dywany u Maluchów?

 

Co przyniosła tegoroczna Wiosna…?

Wiosenki, ach te wiosenki… jakoś tak za szybko mi umykają. Ledwo co się obejrzę, a tu wraz z kwitnącymi kwiatami do domu nowe dziecko przybywa, nowa zmarszczka, nowy siwy włos (o tak, znalazłam ich kilka ostatnio!), ale i radość nowa, nowe umiejętności, nowe wyzwania, nowe niespodzianki. 5 lat temu, dokładnie na wiosnę, dowiedziałam się, że zostanę Mamą po raz pierwszy. Niesamowita to była wiosna. Kolejnej wiosny tuliłam już Puszka-Okruszka… pamiętam jak w Wielkanoc ubrałam mu śliczne błękitno-szare body z króliczkiem.. A potem była kolejna wiosna, i kolejna, kiedy znów biły we mnie dwa serca, a potem taka wiosna kiedy podwójne macierzyństwo dało mi jakiegoś wielkiego energetycznego kopa – muskałam nasze cztery kąty, pichciłam, tuliłam, lulałam, zdobiłam… Zresztą efekty widzieliście rok temu – stworzyłam serię aranżacji Wielkanocnego stołu, wiosenne święta organizowałam też na swoim poddaszu, po raz pierwszy z naszymi dziećmi, już po tej stronie brzuszka. W tym roku milczałam na blogu w okresie świątecznym. Wybaczcie, kochani, tą ciszę, ale w tym roku jakoś nie wyrobiłam się z Wielkanocno-wiosennymi postami. Aktualności możecie śledzić na moim profilu facebookowym, gdzie staram się być aktywna, ale czasem na bloga po prostu brakuje mi czasu. A tej wiosny działo się dużo :)

Przede wszystkim, moje młodsze dziecko wymaga coraz więcej opieki, coraz więcej uwagi. Poczytaj, nakarm, przytulaj, pobaw się – to już nie te czasy, gdy leżał cudnie na macie edukacyjnej, albo na bujaczku, a ja zdążyłam upiec, posprzątać, wyprasować (choć i tak miałam starsze dziecko 24 godziny na dobę w gratisie do młodszego), i jednocześnie stworzyć dla Was post. Teraz zazwyczaj starcza mi czasu tylko na szybką fotkę i szybką notkę na Fb. Karcę się za to codziennie, bo tyle mam pomysłów i tyle rzeczy ciekawych do pokazania, a ta doba taka trochę jakby za krótka wciąż :/

Poza moją młodszą pociechą, moją głowę zaprzątał też wielkanocny numer magazynu Claudia, a w nim moje ubiegłoroczne aranżacje stołu. To było dla mnie ogromne wyróżnienie i nawet nie podejrzewałam, że ta publikacja aż tak mnie ucieszy i doda skrzydeł :) Miło było tak przy kawie i eklerze poczytać o sobie, o swojej miłości do staroci, kwiatów, bieli, pasteli i bajek :)

Poza tym, moje szyjątka, o których pisałam jakiś czas temu mocno odżyły na wiosnę, szczególnie wianki. Wciąż szyłam i tworzyłam ich tej wiosny całe mnóstwo. Bawiłam się tkaninami, ozdobami, pisankami, wielkanocnymi dekoracjami. Wianuszki zamieszkały w różnych domach, zdobiły wiele świątecznych kątów i napawały mnie dumą :) Jeden z nich zawisł na drzwiach domu pokazanego w programie „Odpicowane Mieszkanie” w TVN. Miło mi było zobaczyć moje dzieło w telewizji, choć to, oczywiście, nie ja byłam tematem programu ;)

Fajna ta wiosna w tym roku :) Taka kreatywna, radosna, pełna niespodzianek, i już nawet te zmarszczki  i siwe włosy niestraszne :) Mam plan powrócić tu na bloga z większą werwą i już przygotowałam dla Was coś extra, więc bądźcie czujni! Wiosna jeszcze się nie skończyła. Czeka Was coś fantasmegatycznego :) Blog zaczyna znów przyspieszać!

Rodzinne Walentynki!

Ostatnie niedzielne śniadanie natchnęło mnie pomysłem jak świętować razem z mężem i moimi Maluchami nadchodzące Walentynki. Nie mam za bardzo serca do tego święta. Wydaje mi się takie głupawe, komercyjne i nieco tandetne, ale z drugiej strony… to dość miłe, że oficjalnie obchodzimy święto miłości. Zdecydowanie za rzadko pokazujemy bliskim jak bardzo ich cenimy i kochamy, a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Dlatego obiecałam sobie, że nadchodzące Walentynki spędzimy razem pięknie i radośnie i już poranek będzie pyszny i cudny. Taki mniej więcej jak ten :)

To „próbne” śniadanko miało miejsce ostatniej niedzieli, gdy mój mąż wyjechał i akurat byłam sama w domu z Maluchami. Żeby było wesoło zrobiłam im iście wiosenne śniadanie. Pyszne pancakes w kształcie motylków, ich ulubiony serek, owoce, herbatka truskawkowa… To jest to, co tygryski lubią najbardziej :)

Oczywiście nie obyło się bez motywu serduszka. Tacka i świeczka w ceramicznym serduszku nadały miłego i ciepłego klimatu.

Do tego radosne tekstylia (pudrowy róż i mięta) no i ten wiosenny motyw motyla… Urocze, prawda?

Do tego zapach hiacyntów, tulipany, żonkile. Kwiaty zawsze rozweselają i wprowadzają człowieka w błogi nastrój.

 W Walentynki nie dajemy sobie z mężem prezentów – taki mamy układ, że zawsze staramy się wspólnie spędzić pięknie czas, ale materialne rzeczy sobie darujemy. W tym roku jednak przygotowałam dla moich mężczyzn mikroprezenciki. Taka odrobina luksusu (naprawdę odrobina :) ) Kwiatuszek z kul kąpielowych dla męża i po zajączku kąpielowym dla Michałka i Mateuszka. Zajączki wyglądają przeuroczo i chyba kupię je jeszcze chłopcom  ”na Zajączka” jako dodatek do czekoladowego jaja.

A Wy? Obchodzicie Walentynki? A może skusicie się na mój pomysł z pięknym Walentynkowym śniadaniem?

Ściskam serdecznie!

Kasia.

Domowe pączki i początki wiosny!

Tradycja to dla mnie coś szalenie ważnego i nawet jeśli utrzymywanie jej grozi poszerzeniem bioder, nie jestem w stanie przejść obok niej obojętnie ;) Tak też jest z Tłustym Czwartkiem. Rozgrzeszam się całkowicie, pozwalam sobie rozkoszować się puszystymi pączusiami opruszonymi cukrem pudrem i wypełnionymi przepyszną konfiturą różaną. Ba! Pozwalam sobie nawet spożyć więcej niż dwa :) Wciągam w tą pączkową ucztę całą rodzinę, a także i gości. Już w zeszłym tygodniu smażyłam całą furę tych domowych rarytasów, a dziś druga tura. W końcu tradycja to tradycja :)

Zapraszam do stołu!

Zeszłoroczne spożywanie pączków w naszym domu mogliście podejrzeć tutaj Smażyłam je wtedy z przepisu z Moich Wypieków. W tym roku nieco zmodyfikowałam przepis stąd.

Jeśli jeszcze nie podjęliście decyzji o upieczeniu domowych pąków, podejmijcie ją od razu, a nie pożałujecie. Smakują bosko i są jednym z ulubionych deserów w naszej rodzinie. Oprócz Tłustego Czwartku, kusimy się na nie także w Boże Narodzenie.

Składniki:

  • 200 ml mleka
  • 500 g mąki pszennej, tortowej oraz niewielka ilość do posypania
  • 45 g drożdży
  • 80 g cukru
  • 6 żółtek jaj, rozmiar L
  • 20 gram cukru aromatyzowanego wanilią
  • 100 g rozpuszczonego masła
  • szczypta soli
  • smalec do smażenie (4-5 kostek)
  • konfitura z owoców dzikiej róży (choć z płatków też pewnie mogłaby być)
  • cukier puder do opruszenia gotowych pączków
Wykonanie:
Do mleka wrzucamy ok. 10 g cukru i delikatnie podgrzewamy mleko. Dodajemy ok. 10 g mąki i drożdże. Mleko nie może być za gorące, bo inaczej drożdże się sparzą i zaczną pracować. Mieszamy drożdże z mlekiem i z mąką o odstawiamy, żeby zaczęły buzować. W tym czasie przygotowujemy żółtka, mąkę (można ją przesiać), masło roztapiamy.
Łączymy mąkę z przestudzonym masłem, cukrem, solą, jajkami i zaczynem. Wyrabiamy, możemy podsypać mąką, jeśli ciasto zbyt się klei. Następnie odstawiamy je do wyrośnięcia.
Po wyrośnięciu przystępujemy do wyrabiania pączków. Możemy to zrobić na dwa sposoby.  Albo rozwałkowujemy ciasto, wykrawamy małe krążki (np. szklanką) i z każdego krążka zrobimy pączusia, lub ręką odrywamy kawałek ciasta i w ręce formujemy coś na wzór krążka – tak, by w środku umieścić konfiturę.
Na końcu zalepiamy, kulamy w rękach, a gotowe kuleczki odstawiamy do wyrośnięcia na ok. 20 min.
Po tym czasie nastawiamy tłuszcz (smalec odradzam kupować w Biedronce!) w rondelku lub w małym garnuszku i na rozgrzanym już tłuszczu smażymy pąki do porządnego zrumienienia. Dzielimy jednego z pierwszych na pół, by sprawdzić czy cały się usmażył, a jeśli wyszedł cudny, dokańczamy smażenie tych rarytasów.
Jak widzicie, z pączków z dziką różą można sobie urządzić prawdziwą ucztę. W otoczeniu pięknej ceramiki i budzących się do życia kwiatów zrobiły się z tego ucztowania prawdziwie magiczne, wiosenne i sielskie chwile :) Uwielbiam ten czas, gdy w mieszkaniu zaczynają się pojawiać kwiaty. Oprócz kwiatów pojawiły się też nowe kubeczki i cudaśna filiżanka mojego Syneczka z uroczym Misiaczkiem, który regularnie pobiera kąpiele w mleku, kakao lub herbatce :)
Pałaszowaniu nie ma końca… :)
A Wy? Smażycie? A może pieczecie? Na blogu mojej przyjaciółki Między Kęsami znajdziecie  również świetne przepisy na oryginalne i pyszne pączki – w tym także na pieczone!
Ściskam wiosennie i pysznie!
I zapraszam do stołu ;)
Kasia.
Na zdjęciach:
Białe kubki na podstawkach – ceramika Ambition (znajdziesz TU)
Talerzyki deserowe – porcelana Biała Fryderyka Fine Porcelain Kristoff  (np. TU)
Filiżanka z misiem - STĄD
Kule cotton ball lights - STĄD
Taca – Netto
Błękitne osłonki – Pepco

Bajkowe przyjęcie urodzinowe!

Jakiś czas temu pokazywałam Wam jak obchodziliśmy ROCZEK naszego młodszego Synka. Było naprawdę bajecznie – kolorowo, pastelowo, dzidziusiowo :) Przyłożyłam się do tych urodzin porządnie i było cudnie. Michaś przez okrąglutki miesiąc pytał mnie kiedy będą jego urodziny, no kiedy, kiedy, kiedy… No i odbyły się tuż po Nowym Roku.

Przyjęcie musiało być podobne troszkę do przyjęcia brata sprzed kilku miesięcy, bo – kto ma więcej dzieci niż jedno, ten wie – jak ma jedno, to i drugie mieć musi. Chciałam jednak, żeby było w pewien sposób wyjątkowe, żeby kojarzyło się z czymś magicznym, bajkowym. Niedługo się zastanawiałam, bo z pomocą przyszła mi jedna z ulubionych książeczek Michałka, którą podarowałam mu na Mikołajki – Dziadek do Orzechów.

Znacie tą historię? O dzielnym Dziadku do orzechów, złych myszach, kochanej Klarze i krainie słodkości? Może widzieliście kiedyś film? Ja dawno temu go oglądałam i zauroczył mnie bardzo. Uwielbiam takie nierealne, bajkowe klimaty. Lubię przenosić się w cudowne krainy na niby, gdzie czas płynie inaczej, a wszystko dookoła jest rajem dla zmysłów. Taką opowieścią, która sprawia, że od razu uruchamiam wyobraźnię, jest właśnie Dziadek do Orzechów. Akcja rozgrywa się w pięknie przystrojonym świątecznie domu, przy cudnej choince, a potem w kraju słodkości. Któż z Was nie chciałby się przenieść do takiej bajki? Tam, gdzie są torty i ciasta, ciasteczka i piernikowe choinki, cukrowe Mikołajkowe laski, cake popsy, czekolada i owoce… Gdzie płyną marcepanowe rzeki, a puszysta bita śmietana tworzy kopuły zamkowe… No i w tle Magia Świąt Bożego Narodzenia z całym swoim nieprzeciętnym urokiem. W tym roku postanowiłam, że choć w małym stopniu zabiorę Michałka do tej Krainy. Właśnie w jego urodziny.

Nie zdążyłam niestety zrobić porządnych zdjęć, gdy stół był dopięty na ostatni guzik. Poniżej w przelocie cyknęłam kilka zdjęć, gdy brakowało jeszcze sztućców i serwetek, ale mam nadzieję, że mimo tego, poniższe zdjęcia dadzą Wam ogólne wrażenie tej urodzinowej bajki. A ja spróbuję Wam podpowiedzieć jak taką bajkę stworzyć :)

Jak widzicie, znów postawiłam na pastelowe bieżniki – miało być dziecięco i radośnie, i tak właśnie było. Do tego w centralnej części stołu zmarszczyłam cukierkowo różowy obrus w makaroniki. Do złudzenia przypomina ilustrację z książeczki Michałka –  różowa rzeka i makaronikowe wyspy.

 Pozostałam też w świątecznym klimacie -piękna choinka zdobiła salon, a proporczyki w gwiazdeczki dyndały nam nad głowami. Fakt – nie były kolorowe, ale stół nadrabiał braki kolorów, a chorągiewki pięknie się komponowały z naszym salonem i zimową aurą :)

 Do tego wianuszek z szyszeczk, tuż obok urodzinowych cake pops. Takie zimowe urodziny :)

Piernikowe choinki od A do Z ozdabiane przez Jubilata i babka marmurkowa z tego przepisu. O pieczeniu ciasteczek możesz przeczytać TU

Ponadto jak to na urodzinach – buteleczki z soczkami i kolorowymi słomkami, świąteczne ciasto marchewkowe i kolorowa ceramika.

Dzień później z urodzinową wizytą wpadli do nas sąsiedzi. Stół już złożony, mniejszy, ale wciąż w klimacie :) Tkanina w makaroniki, cudowne cake pops (stąd), ciasteczka i pastele…

Synku, spełniaj marzenia, żegluj na falach wyobraźni, i uwierz w to, że niemożliwe nie istnieje. Wszystkiego najlepszego z okazji czwartych urodzin :*

Kulinarnie z Maluchem czyli pieczemy ciasteczka na urodziny!

Na Święta Bożego Narodzenia nie zdążyłam upiec ani jednego piernika. Upiekłam serię na Mikołajki. Część Maluchy pożarły w swoim Mikołajkowym tipi, a część wylądowała na Mikołajkowym stole, przy którym, jak co roku, zasiedli nasi sąsiedzi i przyjaciele. Jednak zimowy czas, to też czas Michałkowych urodzin, na których miały się pojawić  piernikowe choinki i gwiazdki zgodnie z życzeniem Jubilata. Tak więc zabraliśmy się do pieczenia. Poszły w ruch wszystkie wałki, bo każdy musi mieć swój, herbatka, kawa, foremki, kolorowe posypki… Bawiliśmy się całe przedpołudnie :)

 

Nie będę Wam przepisywać przepisu, z którego korzystam przy piernikowych wypiekach. Jest stąd. Pierniki są banalne w przygotowaniu, pieką się ekspresowo i, jeśli nie przytrzymacie ich za długo w piekarniku, będą mięciutkie i gotowe do spożycia od razu. Jeśli są twardawe, zamknijcie je w szczelnym pojemniku. Mi za piernikowy skarbiec posłużył cudowny słój z porcelanową pokrywką od Moja Mała Francja. Uwielbiam takie połączenie szkła i ceramiki, a szczególnie wtedy, gdy mogę naczynie praktycznie wykorzystać :)

 

Kolorowe posypki i cukierki Skittles posegregowaliśmy w moich ulubionych porcelanowych miseczkach Provence. Oczywiście największą frajdą byłoby przesypawanie zawartości jednej miski do drugiej, ale jakoś powstrzymałam Michała przed tym szalonym pomysłem. Całą energię wykorzystał na obsypywanie polukrowanych już choinek i gwiazdek.

Jeśli macie chwilę, pobawcie się z Maluchami w kucharzy i cukierników. Radość jest ogromna, a gdy ciastka finalnie pojawiają się stole, duma dziecka jest bezcenna. No bo gdy czterolatek przygotowuje sam poczęstunek dla swoich gości… jest się czym pochwalić ;)

Urodzinowe świeczki…

Oprócz pierników polecam Wam jeszcze jeden przepis na pyszne ciasteczka dżemowe oczka „thumbprint”, które ja nazwałam pawimi oczkami. Są bardzo proste w przygotowaniu i naprawdę pyszne – kruche, rozpływające się w ustach. Przepis pochodzi ze strony Moje Wypieki, ale ja kilka rzeczy delikatnie w nim zmieniłam, więc zamieszczę Wam tutaj przepis Doroty po moich zmianach.

Składniki:

125 g masła, zimnego i pokrojonego w plastry
1/3 szklanki cukru pudru
1 żółtko
130 g mąki pszennej
90 g zmielonych migdałów
ziarenka z jednej laski wanilii
pół łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli

Przygotowanie:

Ciasto ugniatamy (ja zrobiłam to ręcznie), zawijamy w folię spożywczą i wkładamy na ok. 1 godz.do lodówki. Następnie wyciągamy, odrywamy małe kawałki, formujemy z nich kulki, układamy na blasze bądź na stolnicy. Palcem, bądź końcówką łyżki robimy w kulkach wgłębienia, przez co kulki delikatnie się spłaszczają. W zagłębieniach umieszczamy dżem (ja użyłam porzeczkowego). Pieczemy w temp. 170 stopni przez ok. 15 min (tak, by ciastka się lekko zarumieniły). Studzimy i pałaszujemy :)

 To co? Pieczecie dziś? :)

Na zdjęciach:

Słój z kogutem - Moja Mała Francja

Miseczki Provence - Moja Mała Francja

Tort z zapiekanej owsianki na Nowy Rok!

Nie znoszę powiedzenia „Świąta, święta i po świętach”.  Dla mnie drugi dzień Świąt nie jest końcem wyjątkowego ucztowania. Ten cudowny, magiczny czas zimowego świętowania trwa o wiele dłużej. Uwielbiam te leniwe dni pomiędzy Bożym Narodzeniem, a Nowym Rokiem. Uwielbiam sylwestrową noc, bez względu na to czy gdzieś z Mężem idziemy czy nie. Lubię miło i spokojnie spędzać czas w Nowy Rok w mieszkaniu pełnym zimowych dekoracji. Lubię wspólne zimowe spacery, odwiedzanie przyjaciół, raczenie się aromatyczną kawą czy herbatą z cytryną i miodem. Noworoczne wspólne śniadaniowanie również okazuje się być doskonałą okazją do słodkiego, zimowego odpoczywania. Tak też w pierwszy dzień Nowego Roku 2016 uraczyliśmy się na naszym poddaszu torcikiem owsiankowym z kawałkami gruszek i jagodami goji. Na dobrą wróżbę, by było nam pysznie i zdrowo przez najbliższe 365 dni :)

Czasy kiedy umiałam jedynie zagotować wodę na herbatę i cieszyć się parówką na wykwintnym talerzyku minęły bezpowrotnie. Odkąd jestem mamą szukam przepisów na posiłki smaczne, zdrowe, sycące i atrakcyjne tak, by moje Maluchy i mój Małżonek jedząc byli w siódmym niebie (a jeśli nie w siódmym, to na prostej drodze do tegoż nieba właśnie). Przepis na zapiekaną owsiankę zaczerpnęłam stąd, choć odrobinę ją zmodyfikowałam. Wyszła naprawdę pyszna i szczerze ją polecam nie tylko jako świąteczne śniadanie, ale również jako smaczny podwieczorek – można ją bowiem jeść na ciepło lub na zimno.

A oto przepis:

Składniki*:

szklanka płatków owsianych błyskawicznych
łyżka suszonych jagód goji
łyżka płatków migdałowych 
pół łyżeczki proszku do pieczenia
jajko
3/4 szklanki mleka
1 mały słoiczek przecieru owocowego dla niemowląt – ja użyłam przecieru z owoców lata Bobovita
łyżka oliwy z oliwek
jeden banan rozciapany widelcem
jedna duża gruszka pokrojona w kostki
odrobina cynamonu

 Wykonanie:

W jednej misie łączymy płatki owsiane, płatki migdałowe, jagody goji i proszek do pieczenia.

W drugiej misie łączymy jajko, mleko, przecier ze słoiczka, oliwę z oliwek, banana, gruszkę.

Łączymy zawartość dwóch mis, czyli mokre składniki z suchymi, mieszamy dokładnie, doprawiamy cynamonem. Odstawiamy na kwadrans, by płatki owsiane napęczniały.

Masę owsiankową przelewamy do blaszki uprzednio posmarowanej cienką warstwą tłuszczu (oliwą z oliwek na przykład). Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni (u mnie z funkcją termoobiegu) i pieczemy przez ok. 25 min.

Smacznego!

*Ilość składników wystarczyła mi na upieczenie torcika w blaszce o średnicy 17 cm. Na większą tortownicę chyba lepiej będzie wziąć podwójne porcje (tak też radziła autorka oryginalnego przepisu).